5. rocznica śmierci Andrzeja Łapickiego

21 lipca 2017 r. mija piąta rocznica śmierci Andrzeja Łapickiego.

Andrzej Łapicki. Fot. Tadeusz Kubiak, źródło: Fototeka FN, fototeka.fn.org.pl

Andrzej Łapicki zmarł 21 lipca 2012 r., w swoim domu w Warszawie w wieku niespełna 88 lat. Był jednym z najwybitniejszych polskich aktorów oraz reżyser, pedagog i polityk. Miał w swoim dorobku ponad 100 ról teatralnych oraz kilkadziesiąt telewizyjnych i filmowych.

„Aktorstwo nie jest zawodem dla mężczyzny”

„Aktorstwo nie jest zawodem dla mężczyzny” – powtarzał w wielu wywiadach. „To ciągłe udawanie… Są ludzie z odchyleniami, którzy lubią się przebierać do późnej starości. Człowieka w pełni władz umysłowych musi to znużyć zwykle koło czterdziestki, kiedy robi się życiowe bilanse. Wtedy właśnie aktorzy stają się frustratami. A na zmianę jest już za późno, więc uciekają. Do reżyserii, polityki, pracy społecznej. Do kierowania własnym losem”.

Urodził się 11 listopada 1924 roku, w Rydze. Podczas okupacji rozpoczął studia w tajnym Polskim Instytucie Sztuki Teatralnej. Dyplom uzyskał już po wojnie. Na scenie zadebiutował w 1945 roku w krakowskim teatrze im. Juliusza Słowackiego. Trzy lata później związał się z warszawskim zespołem Erwina Axera, u którego jako Fred w „Ladacznicy z zasadami” Jean-Paul’a Sartre’a odniósł swój pierwszy duży sukces.

Zadebiutował niewielką rolą w „Zakazanych piosenkach” w 1942 roku. W 1947 r. został lektorem Polskiej Kroniki Filmowej – zajmował się czytaniem tekstów do propagandowych kronik filmowych; z tej pracy zrezygnował w 1956 roku.

Wielu uważa, że urodził się pół wieku za późno. Ze swoją „inteligenckością” w wyglądzie i zachowaniu zupełnie nie pasował do bohaterów ludowych epoki PRL. W powojennej Polsce grał więc żigolaków, Anglików, oficerów SS. Po rolach amantów, które kreował lekko i rezonersko, szalało za nim pół Polski. Oczywiście tej ładniejszej. Amanci w teatrze i filmie dawali Łapickiemu Złote Maski, zwycięstwa w plebiscytach popularności.

Problemy z krytyką

Wielokrotnie podkreślał, że nie miał szczęścia do krytyki, bo zawsze robił minę człowieka, któremu się powodzi.

„Jako szesnastolatek postanowiłem sobie: nikt po mnie nie pozna, że coś się dzieje. U Londona, Conrada, wyczytałem, że mężczyzna nigdy nie płacze. A u nas jest moda na jęczenie. Jak ktoś jest połamany, brudny, to wspaniale, Facet ogolony jest podejrzany. A jak jeszcze włoży krawat – to już zupełny banał. Potem wszędzie zrobiła się moda na ludzi przeciętnych. Nawet film amerykański odszedł od Clarków Gable’ów. Tam też modne są jakieś straszne kurduple – Dustin Hoffman, Al Pacino. Zresztą wspaniali aktorzy” zwierzył się w rozmowie Barbarze Hollender. A patrząc na pokolenie polskich aktorów przełomu XX i XXI wieku dodawał ze smutkiem: „Kto zechce zostać amantem, skoro z góry wie, że przylgnie do niego etykietka faceta płytkiego, głupiego i zakochanego w sobie”.

Na szczęście, z czasem krytyka potrafiła dostrzec w nim głębię i talent zarówno w teatrze, jak i filmie. Uznanie przyniosła mu rola Piotra w „Życiu raz jeszcze” Morgensterna, a przede wszystkim Pietuch w „Salcie” Konwickiego. Tu, jak pisano, zagrał wrak ludzki, człowieka przegranego, żałosnego, szarpanego pragnieniami. Jego bohater miał w sobie całe niedostosowanie pokolenia Kolumbów. To, które potem wniósł jako jedyny przedstawiciel okupacyjnego świata umarłych do kolejnego filmu Tadeusza Konwickiego „Jak daleko stąd, jak blisko”. Z Konwickim, u którego zagrał potem niewielką rolę Cara w ekranizacji „Dziadów”, miał szczególny rodzaj porozumienia. Przez lata, znali się i przyjaźnili. W kawiarni „Czytelnika” mieli swój legendarny stolik, przy którym codziennie spotykali się i dyskutowali w trójkę z Gustawem Holoubkiem. O ich intelektualnych dysputach krążyły legendy.

Podczas jednego ze spotkań przyznał: „Teraz granice między inteligencją, a aktorskim talentem trochę się pozacierały. Ale tak naprawdę wśród aktorskich sław wielu jest ludzi prymitywnych. Mastroianni rzadko był trzeźwy, miał poziom umysłowy ośmioletniego dziecka, a podziwia go cały świat”.

Ważną kartę filmową zapisał Andrzej Łapicki w obrazach Andrzeja Wajdy. Był wręcz wymarzonym Poetą w „Weselu”, Trawińskim w „Ziemi obiecanej”, Afraniuszem w „Piłacie i innych” na motywach „Mistrza i Małgorzaty”. We „Wszystko na sprzedaż” grał nawet porte parole reżysera.

Praca w teatrze

Choć grywał w filmach Wajdy, Konwickiego, Petelskich, Hasa, Antczaka, Majewskiego, Zanussiego, czy Sass uważał, że prawdziwą jego domeną był teatr. Wychował wiele pokoleń młodzieży, zarażając ich miłością do Fredry i Zapolskiej.

Dwukrotnie był rektorem stołecznej PWST (1981-1987, 1993-1996); przez wiele lat pełnił funkcję prezesa Związku Artystów Scen Polskich (1989-1996), a w latach 1989-1991 był też posłem na Sejm z ramienia „Solidarności”.

Co ciekawe, kilka lat wcześniej w rozmowie z Barbarą Hollender przyznał: „Nie należę do tych aktorów, którzy pod koniec życia mówią, że jeszcze raz wybraliby ten sam zawód. Nie, nie wybrałbym aktorstwa po raz drugi”.

Jan Bończa-Szabłowski

21.07.2017