Rozmowa z Julią Sokolnicką

Rozmawiamy z Julią Sokolnicką – autorką krótkometrażowego filmu dokumentalnego „Pobocze”, prezentowanego na 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty w Konkursie Polskie Filmy Krótkometrażowe.

PISF: Gdzie dotychczas można było zobaczyć „Pobocze”?

Julia Sokolnicka: Mój film miał premierę na festiwalu w Los Angeles. Zależało mi bardzo, aby ten film pokazywać poza Polską. W Polsce chciałam go pokazać w Krakowie i we Wrocławiu i na oba festiwale film się dostał. Na tych festiwalach pokazywane jest kino, z którym się identyfikuję. Oczywiście super, jeśli uda się pokazać „Pobocza” także w innych miejscach. 24 czerwca pokazywałam też ten film w EYE Institute w Amsterdamie w ramach prezentacji filmów z mojej szkoły.

Jaki miałaś pomysł na ten dokument?

Chciałam, żeby mój film miał w sobie ciepło i czułość. Mam wrażenie, że ostatnio w naszym kraju rośnie niepokój, pojawiają się podziały, a mnie bardzo denerwuje takie dzielenie. Zanim rozpoczęłam studia w Holandii jeździłam bardzo dużo po Polsce, robiłam kostiumy do filmów i pracowałam w teatrze. Miałam bazę w Gdańsku, mieszkanie w Warszawie, przyjaciół w Katowicach, filmy kręciliśmy np. w Krakowie. Podróżując tak dużo po Polsce, wpadłam na pomysł realizacji filmu o osobach spotykanych podczas podróżowania autostopem. Próbowałam zdawać do szkół filmowych w Polsce, byłam wolnym słuchaczem. Potem Maciej Pieprzyca mi doradził studia zagraniczne. Wybrałam szkołę w Holandii.

Główne zdjęcia trwały dwa lata, dwie zimy. Jeszcze zanim ukazała się książka „Wanna z kolumnadą” Filipa Springera bardzo dużo rozmawiano o przestrzeni publicznej, o projekcie Ustawy Krajobrazowej. Jeżdżąc dużo po Polsce, widziałam ten krajobraz i nie potrafiłam przestać się nim zachwycać, podczas kiedy wszyscy mówili, że to okropne i ohydne. Tak, jest to nachalne i osaczające. Oczywiście chciałabym, żeby wszystko było ładne, ale pomyślałam, że taki właśnie jest ten kraj. Tacy są tutaj ludzie – mają swój biznes, sprzedają dachówki, włożyli w to całe oszczędności i chcą je sprzedać. Dla mnie przestrzeń, krajobraz jest równie ważnym bohaterem filmu, jak człowiek. Bardzo lubię obserwować ludzi, ale uważam, że dużo można wyczytać tez np. z architektury, z zagospodarowania przestrzeni publicznej. Dlatego też realizowałam ten film zimą, kiedy ten krajobraz lepiej widać.

Czy dowiedziałaś się czegoś nowego o Polsce, realizując ten film?

Tak, o to mi chodziło. Jestem osobą wrażliwą na cudzą krzywdę, na niesprawiedliwość, ale bardzo dużo było we mnie złości. Staram się np. zrozumieć, dlaczego ludzie są dla siebie niemili, czy jak mówi jeden z bohaterów mojego filmu dlaczego „Polacy są z założenia smutni”. Tutaj ludzie żyją z traumami, których nie przepracowują. Dlatego ważne są takie filmy jak „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” Pawła Łozińskiego, otwierający ludzi na psychoterapię. Ludzie wstydzą się pójść do psychologa. Tutaj nawet reklamy radiowe mówią nam o tym, że jesteśmy do niczego, mamy łamliwe paznokcie i brzydko nam pachnie z ust. Wszystko też jest reklamowane jako tanie. Nie proponuje się nam produktu dobrego, wysokiej jakości, tylko za wszystkim musi stać komunikat: „stać cię”. W końcu zdecydowałam się kręcić w okolicach Białegostoku i wywiało mnie na ten Wschód, gdzie zobaczyłam, że ludzie może nie tyle lepiej sobie radzą z biedą, co mają chyba większy szacunek do własnej kultury. Tam ludzie są bardzo rodzinni i bardzo muzykalni. Disco Polo jest tam totalną odtrutką. Robiłam kiedyś film o dziewczynie, która jeździła tirem i marzyła, że zostanie gwiazdą Disco Polo. Ona mnie wiele o tej muzyce nauczyła. „Jest smutno, jest źle, ciężko się żyje. Ludzie za dużo pracują – takie mamy czasy. Ale chodzi o to, żeby się koncentrować na tym, co mamy: miłość, rozstania, emocje” – mówiła. I rzeczywiście, wszystkie te piosenki o tym opowiadają. Te teksty potrafią być przerażające, mocno szowinistyczne. Jednak wolę to niż propagandę strachu i ciągłe udowadnianie ludziom, że są gorsi.

Jak znalazłaś swoich bohaterów? Po prostu filmowałaś współpasażerów czy poznałaś ich wcześniej?

Naprawdę poznawaliśmy te osoby podczas podróży autostopem. Podczas ostatnich zdjęć już trochę wiedziałam, kogo mi brakuje do montażu, więc już szukałam konkretnych ludzi. To było właśnie na Podlasiu. Jednak większość osób filmowaliśmy z marszu, mówiąc po prostu, że jesteśmy studentami ze szkoły filmowej, na dorobku. Zabierali nas na przykład bardzo biedni ludzie, mający rozklekotany samochód, którzy współczuli nam, że to my nie mamy samochodu. Ale nie wiedzieli, że mamy ze sobą sprzęt filmowy, wart tyle co trzykrotna wartość ich samochodu. Ale to był też trudny finansowo moment dla mnie i jestem wdzięczna autorowi zdjęć Mateuszowi Wołoczko, że zgodził się na współpracę. Ja organizowałam wszystko od strony produkcyjnej i nie mieliśmy nawet dźwięku na planie, we dwójkę pracowaliśmy tymi środkami jakie mieliśmy, wyciskając ze studenckich technik ile się da. Koniec końców film jest trochę „rozklekotany” i „krzywy” i wszystko się trzęsie, jak to na polskich drogach.

Jednak udało wam się zrobić film pokazujący różne osoby i różne doświadczenia. Momentami jest to obraz bardzo wzruszający. Jak choćby sceny ze starszą panią, która pod koniec filmu śpiewa w aucie.

Spotkaliśmy sporo osób, które się bardzo otwierały, ale ona była niesamowita. Sama napisała tę piosenkę. Mam ją nagraną i czasem do niej wracam. Ta pani całe życie mieszkała ze swoim mężem w jednej wsi, nigdzie specjalnie nie wyjeżdżając. 48 lat spędziła z jednym facetem! Pisze wiersze i na znane jej od dziecka melodie ludowe je śpiewa. Takich ludzi poznałam sporo. Na przykład facet, który na Kaszubach ratuje architekturę drewnianą, jest totalnym pasjonatem. Jednak rozmowa z nim zrobiła się bardzo polityczna i pesymistyczna, kiedy zaczął opowiadać o biurokracji i o tym, że nikt mu nie pomaga.

Mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o długość filmu. Nie chciałaś zrealizować dokumentu pełnometrażowego?

Wiele osób jest podobnego zdania. Montowałam ten film z montażystą, który jest Hiszpanem i trochę mi zależało na tym, aby Polskę w tym filmie zamknąć w pigułce, spojrzeć na nią z zewnątrz. Udało mi się zostawić sporo smaczków, które wydają się być zrozumiałe tylko dla Polaków. Zauważyłam, że inne sceny śmieszą nas, a inne cudzoziemców. Chciałam pokazać słowiański smutek, który trochę trzeba odpakować, by znaleźć pod spodem gorące serce. Tak się odpakowuje paczkę pt. „Polak”. Ludzi otwiera też to, że jesteśmy w ich przestrzeni prywatnej, w ich samochodzie. Jednak podobała mi się okazywana rezerwa, że nie wchodzimy za głęboko w te historie. Spotkałam np. ludzi, którzy płakali i się otwierali, bo w ogóle kamera ma taką moc. Mój nowy film będzie o mediach społecznościowych i zauważyłam, że kamera jest trochę jak Facebook, buduje od razu społeczne odniesienie. Kamera jest wehikułem, który odnosi nas do uniwersalnej oceny i często ludzie pozwalają jej się „dotknąć”. Ale to nie o tym miał być ten film. Chciałam, by było to spojrzenie z zewnątrz, spojrzenie też na nasze czasy. Estetycznie to jest jakiś moment w Polsce. Miałam najpierw pomysł na film czterdziestominutowy, miałam też tyle materiału. Coś takiego było w formule kina drogi, że wprowadza nas ono w trans, więc może trwać i trwać i trwać. Jednak człowiek już zaczyna od tych bohaterów słyszeć to samo.

Mogłabym zrobić film o tym „dotykaniu” ludzi, ale wtedy to nie byłby film o poboczu, o krajobrazie. Chcąc zrobić taki film, jednocześnie otwierający ludzi i o krajobrazie, musiałabym umieścić w filmie np. rozmowy z ludźmi, którzy za ten krajobraz odpowiadają. To byłoby już o czymś innym. Wydało mi się, że w tej krótkiej formie udało mi się rzeczy sprężyć.

Z Julią Sokolnicką rozmawiała Marta Sikorska

26.07.2016