Wspomnienia z Cannes: Agnieszka Holland

Z reżyserką Agnieszką Holland dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes rozmawia Marcin Zawiśliński.

Marcin Zawiśliński: Panuje przekonanie, że Złota Palma z Cannes, jest tym dla kina europejskiego, czym Oscar dla kinematografii amerykańskiej. Podziela je Pani?

Agnieszka Holland: W ciągu minionych 10-15 lat sytuacja się trochę zmieniła. Nagroda w Cannes nie jest już gwarantem światowego sukcesu filmu. Zresztą trochę podobnie jest z Oscarami.

Dlaczego tak się stało?

W ostatnich latach na dużych festiwalach skurczyła się ilość filmów, reprezentujących tzw. kino środka. Chodzi o takie filmy, które będąc artystyczne, osobiste i nowatorskie, są równocześnie atrakcyjne dla szerszej widowni. Kiedyś takie właśnie filmy zdobywały w Cannes główne nagrody, dziś często otrzymują je utwory bardziej elitarne. W Stanach Zjednoczonych Oscarami też coraz częściej nagradzane są produkcje niszowe. A one nie przekładają się na dobry boxoffice i duże zyski finansowe ze sprzedaży biletów. Od pewnego czasu, zarówno Złota Palma jak i Oscary, nie gwarantują już, że na nagrodzony nimi film do kin pójdą tłumy ludzi. Co więcej, w ciągu minionej dekady kilka filmów, które zdobyły najważniejsze nagrody na festiwalu w Cannes, nie zostało nawet kupionych przez amerykańskich dystrybutorów.

W 1980 roku w Cannes, za pełnometrażowy debiut fabularny „Aktorzy prowincjonalni”, zdobyła pani Nagrodę FIPRESCI.

To był mój pierwszy i jak dotąd jedyny film pokazywany na tym festiwalu. Było to dla mnie wielkie, wręcz sensualne, przeżycie. Drugi mój wyjazd na Zachód, a pierwszy do Francji, po kilkunastu latach zakazu opuszczania Polski. Spędziłam wtedy we Francji raptem 2-3 dni. Pamiętam, że moi znajomi zabrali mnie wówczas na kilkugodzinny objazd skuterem po Paryżu. Byłam młodą reżyserką i tak do końca nie zdawałam sobie sprawy z rangi tej imprezy oraz nagrody, jaką na niej otrzymałam.

Po zrealizowaniu „Gorączki” i wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, wyemigrowała pani do Paryża. Stamtąd było już blisko do Cannes.

Bywałam tam wielokrotnie. Dwukrotnie z Krzysztofem Kieślowskim, z którym świetnie się wówczas bawiliśmy. Pamiętam też festiwal w 1990 roku, na którym Krystyna Janda dostała nagrodę aktorską za rolę Antoniny Dziwisz w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Wtedy też powstało to słynne zdjęcie, na którym stoję w towarzystwie Romana Polańskiego, Andrzeja Wajdy, Andrzeja Żuławskiego, Ryszarda Bugajskiego i wspomnianego już Krzysztofa Kieślowskiego.

Z jakimi odczuciami przyjeżdża tam Pani obecnie?

To jest z jednej strony mekka ambitnego kina, a równocześnie bardzo snobistyczne miejsce. Ja, na przykład, bardzo nie lubię oglądać w Cannes filmów. Nie wydaje mi się, żeby tam przyjeżdżała najlepsza publiczność, którą potem spotykamy w kinach. Cenię jednak ten festiwal, bo filmy które kwalifikują się tam do konkursu głównego, stanowią gwarancję jakości. Uważam też, że każdy filmowiec powinien choć raz tam pojechać. Ja bywam w Cannes tylko, jeśli mam tam jakiś interes, ostatnio jako szefowa Europejskiej Akademii Filmowej. Nuży mnie trochę, że to jest taki boys club, że skład reżyserów jest zawsze przewidywalny, ale przyznaję, że to bez wyjątku fantastyczni filmowcy. Ubolewam za to, że polskie filmy nie mają dziś zbyt dużych szans na zaistnienie na tym festiwalu. Jeszcze nie zapanował tam na nie snobizm. Mam jednak nadzieję, że to wkrótce przyjdzie!

To sprawa poziomu tych filmów czy raczej zmieniających się mód, które charakteryzują tę imprezę?

To zdecydowanie kwestia mody na określony typ kina, określone kinematografie. Moda rzeczywiście jest czymś ważnym w Cannes.

Rozmawiał Marcin Zawiśliński dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes.

22.05.2017