Wspomnienia z Cannes: Jerzy Skolimowski

Z reżyserem Jerzym Skolimowskim dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes rozmawia Marcin Zawiśliński.

Marcin Zawiśliński: To niesamowite, ale po raz pierwszy pokazał Pan swój film na festiwalu w Cannes ponad pół wieku temu!

Jerzy Skolimowski: To był „Walkower”, prezentowany w Semaine de la Critique w 1965 roku. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat. W tej samej sekcji western „W poszukiwaniu zemsty” pokazał również Jack Nicholson. Nasza, nawiązana wówczas przyjaźń, trwa do dziś.

Co Was do siebie zbliżyło?

Poznał nas ze sobą Roman Polański. Obejrzeliśmy nawzajem swoje filmy. Spodobały nam się. W Cannes spędziliśmy wspólnie kilka dni, świetnie się bawiąc. Przy okazji dowiedziałem się, że za parę dni zaczyna się festiwal w Pesaro. Za marne grosze, które miałem, kupiłem bilet trzeciej klasy i pojechałem tam pociągiem. Wysiadam na miejscu, zabieram swoje pudła z filmami i widzę, jak z sąsiedniego wagonu wychodzi… Jack Nicholson, dźwigając pudła ze swoim westernem. Dzięki temu spędziliśmy razem kolejny tydzień. Spotkałem tam też m.in. Milosa Formana, Ivana Passera, Volkera Schloendorffa. To było dla mnie nawet ważniejsze przeżycie niż pobyt w Cannes. Uświadomiło mi, że oni wszyscy, mimo że pochodzą z różnych krajów, robią podobne filmy.

Nie pomyślał Pan, żeby już wtedy zostać na Zachodzie?

Wręcz przeciwnie! Wróciłem do Polski z nadzieją, że będę kręcił kolejne filmy. Tymczasem po „Walkowerze” postawiono mi pierwszy szlaban. Nie pozwolono mi zagrać w „Barierze”. To było po słynnym wystąpieniu Władysława Gomułki, który powiedział, że „niepotrzebne są nam takie filmy, jak jakieś »Noże w wodzie« czy »Rysopisy«. Nie takich bohaterów pragniemy oglądać na ekranach”. W następnym roku w „Rękach do góry” udało mi się co prawda wystąpić, ale film i tak został wyklęty i wycofany z festiwalu w Wenecji. Walczyłem o tę produkcję. Interweniowałem u tow. Zenona Kliszki, człowieka nr 2 w KC PZPR. Kiedy o 8:00 rano wchodziłem do jego gabinetu, sekretarka ostrzegła mnie, że mam tylko pięć minut. Gorączkowo starałem się przekonać Kliszkę do zmiany zdania. Kiedy rzuciłem na szalę ostatni argument, mówiąc że jeśli ten film miałby nie wejść do kin, to ja nie widzę siebie robiącego kolejne filmy w Polsce, tow. Kliszko wstał zza biurka i rzekł dwa słowa: „Szczęśliwej drogi”. Następnego dnia dostarczono mi do domu paszport. Cóż miałem robić? Wyjechałem.

W konkursie głównym festiwalu w Cannes znalazły się cztery pańskie filmy. Wszystkie powstały za granicą. Dwa z nich dostały nagrody.

W 1978 roku za „Krzyk” otrzymałem Grand Prix de Jury. Po Złotym Niedźwiedziu w Berlinie Zachodnim, którego dostałem za zrobiony we Francji „Start” i po Złotym Lwie w Wenecji za całokształt twórczości, to mój największy sukces festiwalowy.

W 1982 roku „Fucha”, kolejny pański film brytyjski, zdobyła Nagrodę Jury za scenariusz.

To był dla mnie pewnego rodzaju zawód. Ten film był typowany do Złotej Palmy. Okazało się, że jedyną osobą w jury, która była temu przeciwna, był jego przewodniczący, lewicowy pisarz Gabriel Garcia Marquez. Uważał i stawiał to jako zarzut, że to film antykomunistyczny. I trzeba przyznać, że poniekąd miał rację.

Pięć lat później tym razem to Pan znalazł się w jury, które pod przewodnictwem Yvesa Montanda, przyznawało Złotą Palmę. Jak przebiegały obrady?

Do pewnego momentu wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie większością głosów. Tak było do czasu, kiedy mieliśmy przyznać nagrodę dla najlepszej aktorki. Jeden z przysłuchujących się obradom jury przedstawicieli organizatorów poinformował nas wówczas, że Faye Dunaway jest jeszcze w Cannes, sugerując, że to jej powinna przypaść ta nagroda. Yves Montand zaproponował szybko: „Kto jest za?”. Podniosło się kilka rąk i natychmiast wpisano do protokołu: „Nagroda dla Faye Dunaway”. Wówczas ja zaprotestowałem, iż nie było dyskusji nad żadną kontrkandydatką. Zaproponowałem Barbarę Hershey, która zagrała fenomenalnie w „Cichych ludziach” Andrieja Konczałowskiego. Okazało się, że ta propozycja niespodziewanie zyskała poparcie pozostałych jurorów. Jeden z nich, amerykański pisarz Norman Mailer, powiedział mi potem: „Jerzy, obróciłeś bieg historii”.

W 2008 roku – po 17 latach przerwy w robieniu filmów – przyjechał Pan do Cannes z „Czterema nocami z Anną”. Dlaczego tam?

To była koprodukcja polsko-francuska. Mój producent, Paolo Branco, zgłosił ten film do konkursu głównego. Zaproponowano nam jednak sekcję Un Certain Regard. My oczekiwaliśmy czegoś więcej i ostatecznie „Cztery noce z Anną” zainaugurowały 40. edycję prestiżowej sekcji Quinzaine des Realisateurs. Przed tym pokazem powiedziałem do publiczności: „Cieszę się, że znowu tu jestem. Dla swoich przyjaciół mam wiadomość: »I’m back«. Mam też wiadomość dla swoich wrogów: »I’m back«”.

Rozmawiał Marcin Zawiśliński dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes.

22.05.2017