50. KFF: dyskusje o dokumentach

Jubileuszowa edycja Krakowskiego Festiwalu Filmowego, obok rozbudowanego programu projekcji obfituje w spotkania. Każdej z konkursowych prezentacji towarzyszy rozmowa autorów poszczególnych filmów z publicznością. Podczas jednego z seansów, jakie odbyły się w środę sytuacja wyglądała zgoła inaczej – widzowie mieli możliwość porozmawiać z bohaterami filmu. Była to trójka twórców, którzy (obok wielu innych) wystąpili w filmie Jędrzeja Lipskiego i Piotra Mielecha „Dokumentaliści”. Przez ponad godzinę z publicznością zgromadzoną w Kinie Pod Baranami o kondycji polskiego filmu dokumentalnego rozmawiali: Maria Zmarz-Koczanowicz, Maciej Drygas i Andrzej Fidyk.

 

Natomiast w czwartek, w Międzynarodowym Centrum Kultury odbył się panel dyskusyjny „Czy jeszcze dokument czy już fikcja?”, z udziałem prof. Tadeusza Lubelskiego, Michała Oleszczyka i Anity Piotrowskiej oraz reżyserów: Marcina Koszałki i Marcina Sautera.

 

Powołuję do życia własny, autorski świat – co nie znaczy, że przezroczystość, czy cierpliwa obserwacja jest również filmem dokumentalnym – tak o swoim warsztacie opowiadał Maciej Drygas – przewodniczący Jury tegorocznego Konkursu Polskiego.

 

Myślę, że najbardziej w tym gatunku zamieszało wprowadzenie programów „bigbrotheropodobnych” – dodał, ale tu weszła mu w słowo Maria Zmarz-Koczanowicz: – To są programy, to nie są filmy. Ja bym tego nie mieszała.

 

To jest zupełnie coś innego, ponieważ tym się różnią reality show od dokumentu, że w reality show bohaterowie znajdują się w niecodziennych warunkach, nie są u siebie. A w dokumencie ludzie są u siebie – dodał Andrzej Fidyk. – Jest jeszcze pytanie co jest filmem, a co nie jest – tak postawiła zagadnienie Zmarz-Koczanowicz. – Kiedy film dokumentalny był jeszcze dodatkiem do fabuły, kiedy nie było małych kamer – wtedy rzeczywiście ten świat dokumentalny był szalenie szlachetny – to było operowanie obrazem, budowanie wyższych pięter. – Sztuka pewnej kompensacji? – zapytał prowadzący spotkanie Jerzy Armata. – Oczywiście. Natomiast myślę, że estetycznie ten gatunek został zamordowany przez telewizję, w momencie kiedy pojawiły się formaty 30-minutowe czy godzinne.

 

Maciej Drygas dodał, iż skonstruowanie takiego godzinnego dokumentu wymaga dużej pieczołowitości, dobrego materiału i ułożenia jakiejś dobrej siatki dramaturgicznej, żeby to był film. Natomiast strasznie dużo rzeczy, które nie są filmami nazywa się filmami i to się przemieszało. – Trudno mi sobie wyobrazić film „Muzykanci” [1960, Kazimierz Karabasz] w wersji 50-minutowej – on byłby nie do zniesienia…On był znakomity, dlatego, że był skondensowany, ze był dodatkiem” – powiedział Jerzy Armata.

 

Czy telewizja ogranicza, czy wyzwala? – tak Maria Zmarz-Koczanowicz pytała Andrzeja Fidyka, który przez kilka lat prowadził w TVP cykl „Czas na dokument” w porze największej oglądalności. – Jest to zawsze jakieś wyzwanie, że jest ten określony czas trwania filmu. Wtedy trzeba się bardziej zmobilizować, bo dobry film można zrobić w zasadzie o dowolnej długości – to jest tylko dodatkowe wyzwanie – jak masz zrobić 28 minut to musisz mieć dobrego materiału na 28 minut, a nie na 22 minuty, bo wtedy brakuje czegoś, film się rozłazi. Maciej Drygas i Maria Zmarz-Koczanowicz wspominali, jak robili filmy dla redakcji prowadzonej przez Andrzeja Fidyka: – Nie zmuszał do dwóch ważnych rzeczy dla ludzi robiących filmy: nie zmuszał, żeby oddawać pod karą śmierci w terminie, który był przewidziany – ja nad jednym filmem u Andrzeja pracowałam przez rok. Zmusił mnie do przemontowywania i dokręcania – dodawała żartobliwym tonem dokumentalistka. – Przyznaję, że to naprawdę miało sens i ten film był lepszy później.

 

Pamiętam jeszcze takie czasy, kiedy nasi zachodni koledzy podczas festiwalu w Amsterdamie pytali się, kiedy u nas są pokazywane filmy dokumentalne – to mówiliśmy: trzy razy w tygodniu w paśmie prime-time. I to był dla nich szok absolutny. Myśmy sobie nie zdawali wtedy z tego sprawy, że to się w którymś momencie skończy. I skończyło się, dość dramatycznie – w tej chwili chyba o pierwszej w nocy dokument jest pokazywany – dodał Maciej Drygas.

 

Zapytani przez publiczność dokumentaliści odpowiedzieli na pytanie, jakie dokumenty ich ostatnio poruszyły. Maria Zmarz-Koczanowicz wspomniała o „Wide Awake” Alana Berlinera, a Maciej Drygas – nagrodzony na zeszłorocznym KFF – wymienił film izraelski „Unmistaken child” Nati Baratza. Następnie dyskusja przekształciła się w rozmowę o szansach filmu dokumentalnego na zaistnienie w świadomości widza. – Myślę, że nie zawsze trzeba się dopasowywać do widza – trzeba go również wychowywać – powiedziała Zmarz-Koczanowicz. Niezwykle gorącą dyskusję o dostępności dokumentu, porach telewizyjnych emisji, oglądalności podsumowano dość optymistycznie: twórcy odwiedzający światowe festiwale filmu dokumentalnego mogą zobaczyć coraz więcej ciekawych propozycji, a dziś każdy może, dzięki Internetowi oglądać słynne filmy dokumentalne. Coraz częściej też dokument trafia do kin. Z klasyką polskiego dokumentu widz może się natomiast zapoznać dzięki TVP Kultura lub wydawnictwu Narodowego Instytutu Audiowizualnego: propozycji zupełnie wyjątkowej, jak podsumowali twórcy, którzy zaskoczyli publiczność tym, że nie mają nic przeciwko obecności ich filmów w Internecie.

 

Podczas czwartkowego panelu, dotyczącego granic i prawdy poruszanych w filmie dokumentalnym filmowcy i krytycy dyskutowali o najnowszych tendencjach tego gatunku. Zastanawiano się, jak dziś wygląda umowa o autentyczności i prawdziwości przedstawianej historii, zawierana między widzem i autorem. Gdzie można wytyczyć granice tego paktu – i czy w ogóle powinno się to robić? Krytycy podawali tutaj przypadki polskich filmów już z lat 70-tych, choćby twórczości Marka Piwowskiego, który w swoich dokumentach potrafił obsadzać ludzi, a nie filmować autentyczne postaci. Mówiono także o gatunku, jakim jest mockumentary – film przedrzeźniający dokument, walczący z jego schematami.

 

Anita Piotrowska zastanawiała się, jak możemy określić filmy Wernera Herzoga, które są po części inscenizowane. Podawano przykłady takie jak „Spotkania na krańcach świata” Herzoga, czy „Tarnation” Jonathana Caouette’a, gdzie następuje zatarcie granic między dokumentem, a fabułą – To przestaje mieć znaczenie. Film jest po prostu filmem – powiedziała Piotrowska.

 

Michał Oleszczyk przypomniał o filmach w rodzaju „Blair Witch Project” czy „Paranormal Activity”, w których bohaterem jest jednocześnie operator kamery. Z drugiej strony, są takie produkcje jak nagrodzona w Cannes „Klasa” Laurenta Canteta – film również mający cechy dokumentu. Krytyk zauważył, że kino fabularne szuka obecnie prawdy posiłkując się często technikami dotąd kojarzonymi głównie z filmem dokumentalnym. Innym gatunkiem filmowym jest z kolei esej dokumentalny – podczas czwartkowej dyskusji długo rozmawiano o filmie „Odgłosy robaków – zapiski mumii” Petera Liechti, który podbija festiwale jako film dokumentalny – a jest fikcją, opartą na powieści, która z kolei została napisana na podstawie raportów policyjnych.

 

Marcin Koszałka powiedział natomiast, że jego zdaniem kręcenie filmów dokumentalnych daje dobry warsztat do robienia fabuły i dodał: – Moi bohaterowie grają siebie – to odróżnia dokument od fabuły, gdzie występują zawsze aktorzy.

 

Po przedstawieniu przez Oleszczyka sylwetek klasycznych amerykańskich dokumentalistów m.in. Errola Morrisa zauważono, że często dokumentaliści stosują dwie techniki realizacji: jest to cierpliwa obserwacja, nieskupiająca się na emocjonalnym życiu bohaterów lub też inscenizacja, np. w oparciu o materiał fotograficzny. Przy okazji rozmowy o filmie „Standardowe procedury operacyjne” Errola Morrisa, w którym zrekonstruowano tortury, jakie przeprowadzano w więzieniu Abu Ghraib, wywiązała się dyskusja dotycząca pojęcia oszustwa w kinie dokumentalnym. Paneliści dyskutowali m.in. o tym, jak niekomfortowa i nieprawdziwa potrafi być treść dokumentu oraz o tym, jak często widzowie mogą pomieszać rzeczywistość z tym, co znają np. z telewizji. Spierano się, czy praca nad filmem dokumentalnym może wyglądać podobnie jak nad fabułą i czy reżyser powinien występować przed kamerą, czy pozostawać milczącym obserwatorem – wiadomo, że kamera w dokumencie determinuje zachowania bohaterów i nawet w dokumencie „ludzie grają” jak zauważył Koszałka.

 

Reżyser ten pytany o uczciwość dokumentalisty w jego przypadku powiedział, iż dla niego polega ona na unikaniu tematów, które go nie interesują. – Poziom emocji, a nie gatunek decyduje o odbiorze – zauważył. Mówił także o intuicyjnym podejściu dokumentalisty do własnej pracy, jak również o technologii cyfrowej, która – jego zdaniem bardzo – zubożyła i wręcz upokorzyła dokument. – Co z tego że jest temat i emocje w filmie, gdy obraz jest beznadziejny? – pytał Koszałka.

 

Podczas spotkania próbowano zdefiniować pojęcie filmu dokumentalnego dzisiaj. Czy filmowiec powinien obserwować jak fotograf, czy też raczej inscenizować sytuacje? Jak dalece można poprzez montaż manipulować materiałem? Czy tylko sumienie powinno kierować dokumentalistą? Gdzie leży granica intymności w opowiadaniu o człowieku? Czy są jeszcze w Polsce twórcy mające jakieś jasno określone artystyczne credo? Co robić, gdy czysta rejestracja nie wystarcza? – mnóstwo pytań padło podczas spotkania. Być może odpowiedź na wiele z nich tak twórcy jak i widzowie tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego znajdą podczas trwania tej imprezy.

04.06.2010