Artur Majer: Debiuty na równych prawach

O sytuacji młodych filmowców i nowych Programach Operacyjnych PISF rozmawiamy z Arturem Majerem, kierownikiem Działu Produkcji Filmowej i Rozwoju Projektów Filmowych.

Jakie pytanie młodzi filmowcy zadają panu najczęściej?

 

„Mam pomysł na film i chciałbym dostać na niego pieniądze. Jak to zrobić?”

Polecam odwiedzanie strony internetowej i dokładne czytanie dokumentów i instrukcji, które się tam znajdują. Uzbrojeni w wiedzę na temat zasad działania PISF młodzi twórcy mają więcej szans na merytoryczną i uzasadnioną z ich punktu widzenia rozmowę z producentem.

 

Często słyszę, że mają problem ze zrobieniem filmu i chcieliby sami zająć się produkcją. Nasze Programy Operacyjne to pestka prawnicza w porównaniu do zasad prawnych prowadzenia działalności gospodarczej, księgowości, obsługi prawnej umów i tak dalej…

 

Co ma zatem zrobić młody filmowiec, który ma pomysł na film albo nawet pierwszą wersję scenariusza? Czy na tym etapie PISF może mu jakoś pomóc?

 

Ktoś, który chce zacząć robić filmy, musi mieć odwagę, a może nawet tupet. To zapewne zaprowadzi go do wytwórni i studiów filmowych, które mogą mu pomoc, także w staraniu się o pieniądze z PISF. A z drugiej strony, musi mieć dużo pokory, kiedy kolejny producent mówi, że ma już pięć projektów i większą ilością nie może się zajmować. Albo po prostu, że go to nie interesuje, bo scenariusz jest kiepski. To podcina skrzydła.

 

Wiem to z pracy w PISF-ie. Jeśli projekt nie otrzymuje dotacji, młodzi odwołując się, piszą najczęściej, że „eksperci nie zrozumieli”. To prawda, mogli nie zrozumieć. Ale weźmy też poprawkę na to, że niektóre projekty są słabe. Trzeba się z tym pogodzić.

 

W samym Instytucie jest tak:

Jeżeli twórca ma ciekawy pomysł na scenariusz, to proponujemy prostą ścieżkę stypendium scenariuszowego. Można złożyć projekt indywidualnie jako scenarzysta, także debiutant. I warto to zrobić, żeby sprawdzić, czy według ekspertów dany treatment rokuje powstanie dobrego scenariusza, a ten z kolei prowadzi do powstania dobrego filmu. Jeśli tak jest, stypendium zostanie przyznane jako finansowa pomoc, patronat Instytutu nad pracą autora nad scenariuszem. Nie można jednak traktować go jako wypłaty za pisanie scenariusza i łudzić się, że zastąpi ono bardziej lub mniej stałą pracę zarobkową.

 

Natomiast, jeżeli ktoś ma gotowy scenariusz i chce zrobić film, to musi mieć producenta. To nie jest wymysł PISF-u. Jeżeli chcemy wydawać pieniądze – zwłaszcza pieniądze publiczne – rozliczać je i odprowadzać podatki, musimy być firmą. Albo jako osoba fizyczna mieć zarejestrowaną działalność gospodarczą. Tylko firma może gromadzić potrzebne środki na rynku albo założyć pieniądze z własnego kapitału.

 

Do kogo wobec tego można przyjść po radę dotyczącą wiarygodnych producentów?

 

Do Koła Młodych Stowarzyszenia Filmowców Polskich. SFP nie tylko zrzesza ludzi filmu, ale też tłumaczy zasady funkcjonowania rynku. Oni mogą polecić dobrą firmę producencką.

 

Samemu też można stać się swoim producentem.


Tak, ale jest to naprawdę bardzo odważna i trudna decyzja, którą powinno się bardzo dobrze przemyśleć. Prowadzący działalność producencką musi wiedzieć, że według prawa nie może sobie z pieniędzy PISF-u wypłacić ani grosza. Bo nie może podpisać umowy sam ze sobą. Zatem pracując przy projekcie na przykład jako reżyser, scenarzysta, kierownik produkcji i operator – będzie musiał traktować swoją pracę jako oszacowany wkład rzeczowy, a nie źródło utrzymania. Rozsądniej jest pójść do doświadczonego producenta i na przykład sprzedać mu scenariusz pod warunkiem, że będzie się też zatrudnionym jako reżyser.

 

Na czym z punktu widzenia PISF-u polega różnica między debiutami, a filmami uznanych twórców? Dlaczego debiuty są dla niego ważne?

 

Projekty sygnowane przez uznanych twórców, które należą do tak zwanego kina artystycznego i z tego względu mało prawdopodobne wydaje się, że zgromadzą w kinach dużą widownię mogą otrzymać dotację sięgającą siedemdziesięciu procent budżetu filmu. Mówimy wówczas, że mamy do czynienia z „filmem trudnym”, bo taką definicję podaje ustawa o kinematografii. Na pierwszy rzut oka widać, że tą definicją można swobodnie manewrować, a nawet manipulować. Tymczasem ustawa wyraźnie podkreśla, że z całą pewnością „filmem trudnym” jest zawsze debiut reżyserski. To podstawowa różnica i powód, dlaczego PISF od początku swojego istnienia traktuje debiuty wyjątkowo.

 

Można jednak podać argument – że się tak wyrażę – idealistyczny: aby sztuka się rozwijała, potrzebna jest zawsze nowa krew i nowa wrażliwość. Kolejne pokolenia patrzą na świat zupełnie inaczej. Mogą być nawet okrutniejsze w podejmowaniu niektórych tematów. Na przykład Andrzej Wajda prawdopodobnie nigdy nie zrobiłby takiego filmu, jak „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Jeżeli nie będziemy dbać, żeby ta różnica pokoleniowa była punktem zapalnym do dyskusji i tworzenia czegoś nowego – to sztuka przestanie się rozwijać.

 

Ta banalna prawda nie zmienia oczywiście faktu, że młodym twórcom jest bardzo trudno zdobyć pieniądze na rynku. Producenci stosunkowo niechętnie sięgają po ich projekty. Dlatego Instytut próbuje wszelkimi sposobami zachęcić producentów do inwestowania w debiuty. To są czasami bardzo wyraźne znaki, na przykład tylko debiut reżyserski może w PISF otrzymać dofinansowanie sięgające dziewięćdziesięciu procent budżetu filmu.

 

W tym roku zmieniają się programy operacyjne PISF. Nie będzie już wydzielonego priorytetu „Debiuty”, jak było wcześniej. Debiutanci będą więc konkurowali o te sama pule pieniędzy z uznanymi twórcami?

 

Jesteśmy zobowiązani przyznawać co najmniej dwadzieścia procent ze wszystkich środków w każdym priorytecie na debiuty, na każdym etapie: pisania scenariusza, developmentu i produkcji. To ryzyko, bo nawet jeśli w danym roku nie będzie dobrych debiutów, PISF i tak zobowiązuje się je wspierać. Sam jestem ciekaw, jak to się sprawdzi.

Priorytet pierwszy „Debiuty” sugerował w minionych latach, że naszym głównym celem jest wspieranie debiutantów. To nieprawda. Naszym celem jest wspieranie dobrych filmów. Od początku istnienia PISF Priorytet „Debiuty” był po prostu szansą na zrobienie pierwszego, czasem drugiego filmu.

 

Teraz chodzi o to, żeby projekt debiutanta stanął w jednym szeregu z projektem uznanego twórcy. Debiutanci boją się tego. A ja sądzę, że może się okazać, iż debiuty będą teraz lepiej przygotowywane, a więc i oceniane. Debiutanci będą dzięki temu przez całe środowisko traktowani na równi z uznanymi twórcami, bo liczy przede wszystkim jakość projektu i scenariusz.

 

Liczymy, że nowy system będzie bardziej sprawiedliwy od poprzedniego. Wejdzie w życie w marcu 2010 roku, ale można powiedzieć, że w całym 2010 roku pieniądze będą rozdzielane według nowych Programów Operacyjnych.

 

Czy drugi film danego reżysera będzie również traktowany jako debiut, jak dotychczas?

 

Tak, jest taki zapis w Programach Operacyjnych PISF na rok 2010 – po raz kolejny gorąco namawiam młodych twórców i producentów do ich wnikliwej lektury.

 

Po ostatnim festiwalu w Gdyni mówi się o wysypie debiutów, nowej fali młodego dobrego kina. Jest pan na bieżąco z tym, co się produkuje. Czy następna Gdynia zapowiada się podobnie?

 

Sądzę, że to bardzo prawdopodobne. Festiwal odbędzie się w tym roku w maju i do tego czasu kilka filmów dofinansowanych przez Instytut powinno być skończonych. Wśród nich jest dużo debiutów. Niektóre widziałem na przeglądach, albo na tak zwanym odbiorze obrazu. Są to bardzo ciekawe propozycje. Inne, niż „Rewers” i „Zero”, ale równie interesujące: charakterystyczne, autorskie filmy. Mam nadzieję, że debiuty znów będą święcić tryumfy, nie tylko na festiwalach, ale i później w kinach.

 

Rozmawiała Aleksandra Różdżyńska

 

05.01.2010