Byliśmy na planie „Lęku wysokości"

Marcin Dorociński

Marcin Dorociński. Fot. MarcinKułakowski, PISF

 

Ekipa spędza całe dnie w śmierdzącym stęchlizną, pełnym pyłu i zagraconym do granic możliwości domu. Bartek Konopka, którego „Królik po berlińsku” jest na liście ośmiu filmów mających największą szansę na tegorocznego Oscara za dokument pełnometrażowy, pracuje właśnie nad debiutem fabularnym.


Film będzie opowiadał o młodym reporterze telewizyjnym, który pewnego dnia dowiaduje się, że jego ojciec ma poważne problemy psychiczne. Tomek, pamiętający trudne dzieciństwo, wykorzystuje to jako okazję do rewanżu. Jednak wraz z kolejnymi wizytami w mieszkaniu ojca stopniowo zanurza się w świat jego przeżyć.

 

Duża część zdjęć odbywa się w Fabryce Wódek na warszawskiej Pradze, która gra w filmie śląskie mieszkanie ojca. Tam rozgrywają się najistotniejsze momenty akcji. Wszędzie walają się porozrzucane rzeczy: stare gazety, makulatura, książki, kasety wideo i butelki po wodzie mineralnej. W kuchni brudne garnki i stare, przyklejone do talerzy jedzenie.

 

Jest też sporo rzeczy, które w tej scenerii zaskakują: kilka starych telewizorów i pilotów przyczepionych sznurkami do sufitu, stół i sprzęt kreślarski, szkice i precyzyjne plany różnych obiektów. Wszystko wygląda, jakby leżało tu wiele lat.

 

– Jeszcze niedawno to był pustostan. Te rzeczy są pozbierane na śmietnikach – wyprzedza nasze pytanie reżyser Bartek Konopka. – Sceny w mieszkaniu ojca chcieliśmy robić na Śląsku, ale okazało się, że kosztowałyby drożej ze względu na dojazd ekipy. Gorzej było też z dyspozycyjnością aktorów, którzy grają w warszawskich teatrach. Zresztą lokalizacja nie ma tu tak naprawdę dużego znaczenia. Liczy się to, co dzieje się we wnętrzach. Mamy w sumie 30 dni zdjęciowych, większość już za sobą. Ale i tak film będzie gotowy dopiero jesienią – kilka ujęć musimy dokręcić wiosną, a potem czeka nas postprodukcja.
Jak porównuję pracę przy fabule do dokumentu? Chyba nie da się porównać. Jest inaczej, ale bardzo miło.


Rzeczywiście, Bartek sprawia wrażenie dobrego ducha planu. Jest bardzo spokojny, nikogo nie pośpiesza, znajduje czas dla tych, którzy chcą omówić z nim różne rozwiązania i sprawy techniczne. Sam pyta, czy wszyscy rozumieją kolejną scenę. Dużo czasu spędza w małym pomieszczeniu na końcu „mieszkania”. Tu na ekranie podglądowym widzi wszystko, co dzieje się przed kamerą.
„Stop, dziękuję” – kończy każde ujęcie przez walkie talkie.
„No i?” – pyta po dublu sekretarz planu.
„Dla mnie wszystko OK, po ujęciu”.

 

– Dopiero teraz w czasie zdjęć widzę, jak gęsto napisany jest scenariusz. Dużo w nim dziwnych, paranoicznych sytuacji. Absurdów, które ciągną się w niemym napięciu. Ja akurat bardzo to lubię, na przykład u Polańskiego – opowiada nam w przerwie Bartek Konopka. – Osią opowieści są spotkania ojca z synem, zakłócone chorobą psychiczną. Widzowie są zaskakiwani. Podobnie, jak ojciec, nie wiedzą, co się dzieje i czego mogą się spodziewać po synu. Pewnego dnia Tomek przyprowadza na przykład do ojca nieznaną kobietę i pokazuje jej, jak on mieszka. Z czasem orientujemy się, że planuje zamianę mieszkania, a tata jest potrzebny tylko, żeby podpisać papier. Ojciec włącza się w tę grę. Pyta, czy nowi lokatorzy chcą jego telewizor. Kiedy słyszy, że nie, wyrzuca go przez okno.
– Scenariusz składa się z takich sytuacji. Najłatwiej porównać to do „Rain Mana”. Tam przeżycia i przygody budują męską relację między braćmi.

 

O aktorach grających główne role: – Zauważyłem, że Krzysztof Stroiński gra inaczej niż zazwyczaj. To będzie chyba coś ciekawego i nowego. Ma bardzo niedużo dialogów. Przede wszystkim jest nieobliczalny, do końca nie wiadomo, co myśli. Trochę, jak postać z kosmosu. Ale to właśnie spotkania z nim niosą cały film. One siedzą ciągle w głowie głównego bohatera, nie dają mu spokoju. Dlatego wraca po raz kolejny. Czuje, że powinien wrócić do zapomnianych spraw, bo dzięki temu jego obecne życie zyska sens.

– Stroiński i Dorociński są zupełnie inni. Na pierwszy rzut oka nie pasują do siebie. Ale mają wspólną wrażliwość, delikatność. Bohaterowie nie pokazują tego, bo są wybuchowi, walczą ze sobą. Jednak nigdy nie stawiają spraw na ostrzu noża. Balansują.


– To jest opowieść o rozdwojeniu: przeszłość – teraźniejszość, ojciec – matka, normalność-nienormalność – mówi Konopka. – Napięcie wynika z tego, że bohaterowie zawsze chcą być gdzie indziej, niż są. Próbujemy oddać to też w formie filmu: część warszawska, czyli praca Tomka w telewizji, mieszkanie, żona – to jest sfotografowane statycznie i opowiadane bardzo spokojnie. Natomiast wszystkiemu, co dzieje się na Śląsku, gdzie pojawia się ojciec bohatera, towarzyszy narracja dynamiczna i nerwowa. Kamera przygląda się ze zdziwieniem, co tam się w ogóle dzieje. Rzadko się tak robi, bo to może przeszkadzać w oglądaniu. Ale chcemy oddać tę schizofrenię, więc idziemy na całość, ryzykujemy.


Główną rolę w „Lęku wysokości” gra Marcin Dorociński i to on ma najwięcej dni zdjęciowych.

 

– Robimy rzecz, do której reżyser nas bardzo zapalił. Przeczytałem scenariusz, który wydaje mi się ważny. Mamy wszyscy nadzieję, że będzie ważny też dla widzów. Dla każdego to pewnie znaczy co innego – mówi nam Dorociński. – Zgadzam się z Bartkiem, że to swego rodzaju love story między ojcem a synem. Więzi rodzinne to przecież wielkie uczucie. Dobrze, jeśli są pielęgnowane przez całe życie. Tutaj przeciwnie, mój bohater staje przed sytuacją ekstremalną: zaniedbanymi relacjami, które nagle wybuchają z wielką siłą. I odczuwają to wszyscy, cała rodzina, nawet sąsiedzi, którzy muszą się do tego odnieść. Cieszę się, że mam okazję pracować z Krzysztofem Stroińskim. Już kiedyś spotkaliśmy się na planie i chciałem to powtórzyć.


– Uwielbiam debiutantów i ostatnio mam do nich szczęście – deklaruje Dorociński. – Na początku roku pracowałem z Borysem Lankoszem, wcześniej zrobiłem film z Kasią Adamik. To twórcy, którzy, jak Bartek, mają doświadczenie w dokumencie i dlatego są wyczuleni na prawdę i świeżość. Operatorzy, z którymi pracowałem, to też dokumentaliści: Marcin Koszałka, Jacek Petrycki.


Dwie najważniejsze kobiety w życiu bohatera, żonę i matkę, grają Magdalena Popławska i Dorota Kolak. Autorem zdjęć jest Piotr Niemyjski.

 

Bartek Konopka, absolwent UJ, reżyserii na WRiTV Uniwersytetu Śląskiego i dwóch kursów w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, wyreżyserował już kilka filmów krótkometrażowych, między innymi „Trójkę do wzięcia” i „Balladę o kozie”.

„Lęk wysokości” to pierwszy nienowelowy, pełnometrażowy film fabularny Studia Munka działającego przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Scenariusz filmu, autorstwa Piotra Borkowskiego i Bartka Konopki, został nagrodzony w tegorocznej edycji konkursu Hartley-Merrill.

Aleksandra Różdżyńska

21.12.2009