"Chciałem już robić filmy!"

Krzysztof Jankowski. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

Rozmowa z Krzysztofem Jankowskim, reżyserem niezależnej produkcji „Odwyk”, która zdobywa nagrody na polskich festiwalach, nie tylko offowych.

 

PISF: Bohaterowie twojego filmu funkcjonują w szpitalu: zamkniętym, sztucznym świecie. Także, metaforycznie, w PRL-u. Tak to odbieram. W momencie, kiedy pojawia się czynnik zewnętrzny, jakim jest Konstanty Ildefons Gałczyński, tracą grunt pod nogami. Zachowują się jak dzieci.

 

Krzysztof Jankowski: Kiedyś przeczytałem w „Zniewolonym umyśle” Miłosza anegdotę o tym, że Gałczyński trafił do zakładu zamkniętego i przekonał tam wszystkich, żeby go sami wypuścili. Jeśli chciało się wtedy zostać w kraju i działać aktywnie, jak Gałczyński, trzeba było liczyć się z kompromisami lub szykanami. On trafił na przymusową terapię odwykową. Ale mimo wszystko nie umiał potulnie dostosować się do sytuacji. Taką miał naturę. Więc wykorzystując swoje poczucie humoru, intelekt i łatwość w przekabacaniu przedstawicieli tego systemu, próbował się tam odnaleźć i zakpić sobie z tego wszystkiego. To była forma zamanifestowania, że jak się chce, można wszystko to wywrócić do góry nogami. Rodzaj obrony.

 

Nie żyłem w tamtych czasach, ale domyślam się, że wszyscy uczestnicy tamtego zdarzenia, także lekarze, mieli narzuconą jakąś rolę, pewnie wcale nie najciekawszą, jaką mogli sobie wymarzyć. Ani minister ani doktor, który prowadzi jego chorobę, nie byli pewnie zadowoleni, że muszą tam być. Więc jak tylko mieli okazję, pokazywali zupełnie inne oblicze, mniej oficjalnie. Rozumiem to jako szukanie ujścia dla tego, co naprawdę w nich siedziało. To jest dobrze zarysowane na przykład w opowiadaniach Lema. Tworzymy jakieś światy i postawy wobec nich, ale w sytuacji intymnej okazuje się, że jesteśmy zupełnie inni, niż udajemy na co dzień.

 

Pokazujesz Gałczyńskiego, jakbyś go doskonale znał. Czy robiłeś duży research?

 

Research oczywiście robiłem. Nie było to łatwe, bo mało jest publikacji dotyczących tej postaci. Wszystkie analizują raczej jego twórczość. Życie prywatne opisują tylko dwie książki Kiry Gałczyńskiej, jego córki. Ale wiadomo, że biografia pisana przez członka rodziny jest ograniczona do pewnego wycinka rzeczywistości, nie o wszystkim chce się mówić i trudno być prawdziwie obiektywnym.

Ale o tym konkretnym wydarzeniu nie ma nigdzie informacji. Próbowaliśmy zatem, najpierw ja, potem także Wojtek Solarz grający tę postać, dotrzeć do tego, jaki był Gałczyński. Najwięcej trzeba było jednak dać z siebie. To była taka próba zgadnięcia jak on mógł się zachować, próba dostosowania własnych obserwacji do tamtych czasów. Bo my, aktorzy i reżyserzy, też staramy się aranżować na co dzień takie sytuacje, jakieś happeningi.

 

Zastanawiałem się, jak to się stało i co takiego musiał powiedzieć Gałczyński. Jak pokazał lekarzowi, że to wszystko jest bez sensu? Nie mieliśmy możliwości dotarcia do autentycznych dialogów. Czytaliśmy za to oczywiście wiersze Gałczyńskiego i krótkie felietony, np. z serii „Nieznani mieszkańcy naszych borów”. Próbować nawiązywać do opisanych tam postaci i czerpać z surrealistycznego humoru Gałczyńskiego.

 

Wspomniałeś o Wojtku Solarzu, który zagrał w twoim filmie. On sam też robi filmy, robicie razem projekcje. Mam wrażenie, że tworzycie taką nieformalną grupę.

 

Można to tak nazwać. Stanowimy grupę kolegów, przyjaciół – osób zajmujących się podobnym tematem. To się zaczęło już przy pierwszym filmie Wojtka, „Tajemnicy Alberta”. Modest Ruciński, który grał główna rolę w moim filmie „Ego”, jest jego przyjacielem. Powiedział mi, że Wojtek realizuje pierwszy film i czy nie mógłbym go wesprzeć. Współuczestniczyłem w tym zatem w roli swoistego doradcy, byłem nawet dwa dni na planie. Potem już razem z nim i Marcinem Cygalem pisaliśmy następny scenariusz. Wojtek zrobił teraz następny film, kolejną komedię. A ja, kiedy przygotowywałem „Odwyk”, naturalnie myślałem właśnie o Wojtku jako odtwórcy głównej roli. Mamy zbliżone poczucie humoru i pewien dystans do świata. Wojtek ma też moim zdaniem naturalny talent komediowy. Ale znów, to jest pewna interpretacja tej historii, bo jakby tak brać jeden do jednego, to Gałczyński w tamtych czasach miał około czterdziestu pięciu lat – Wojtek tylu oczywiście nie ma. Ja jednak nie chciałem tworzyć biografii tego pisarza.

 

Nie masz problemu z tym, że wykorzystujesz wizerunek znanej osoby?

 

Robiliśmy ten film zupełnie niezależnie. W założeniu nie była to produkcja o dużej sile rażenia, jak film kinowy lub telewizyjny. Teraz, kiedy stało się już o nim w jakiś sposób głośno, chcemy go wypromować i uważamy, że nie szarga wizerunku pisarza ani nie mówi nieprawdy. Przeciwnie, w ten sposób można młodym ludziom przybliżyć tę postać, zainteresować osobą samego Gałczyńskiego, a o to przecież chyba chodzi.

 

Teraz staramy się dotrzeć do jego córki. Mamy z Wojtkiem, który przecież go zagrał i będzie bezpośrednio oceniany – nadzieję, że ten film się po prostu Kirze Gałczyńskiej spodoba.

 

Powiedz mi, jak to jest twoim zdaniem z kinem niezależnym w Polsce? Czy jego niezależność wynika z tego, że ktoś chce coś powiedzieć sam czy raczej trudno pozyskać środki?

 

To jest bardziej złożone. Niezależność jako taka jest dość szeroko rozumiana, czasem nawet jako kino autorskie w ogóle. Niezależność to może być też kino offowe, czyli coś, co robi się zupełnie bez budżetu i niejako poza oficjalnym systemem produkcji.

 

Dla mnie liczy się, żeby mieć jak największą kontrolę nad całym procesem produkcji filmu. Bo same środki można przecież zdobyć oficjalnie i pozostać niezależnym. Chodzi o to, żeby być niezależnym w doborze obsady, tematu i środków, za pomocą których chcesz przedstawić historię, jak również w kwestii montażu, muzyki i ostatecznej wersji filmu.

 

Dlaczego zatem zrobiłeś „Odwyk” poza systemem?

 

W przeciągu czterech lat dwa moje projekty zostały odrzucone w programie „30 minut”. Wtedy zawsze pojawia się chęć, żeby zrobić je mimo wszystko samemu. Jak uda się zorganizować wspólnie grupę podobnie myślących ludzi, to można coś nakręcić. Film w zamierzeniu przygotowywany był w ten sposób żeby skrócić proces jego tworzenia. Trochę się bałem oficjalności i procedur, bo ten temat mógłby wymagać jakichś zgód i tak dalej. Postanowiliśmy najpierw zrobić film, zobaczyć, jak to wyjdzie i wtedy próbować ewentualnie rozwinąć temat. W planach mamy zainteresować tym Kirę Gałczyńską. Pomyślimy o pełnym metrażu.

 

Zawsze mnie intrygowało to, że ty z jednej strony jesteś prawnikiem w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a z drugiej, zupełnie obok tego, robisz filmy niezależne, które wygrywają festiwale, ostatnio Forum Niezależnych Filmów Fabularnych oraz Multimedia Happy End. Mogłeś pójść do szkoły filmowej, ale nie zrobiłeś tego. Skąd wybór takiej drogi?

 

Od razu po liceum było dla mnie za wcześnie, żeby podjąć taką decyzję. Później, po pięcioletnich studiach prawniczych, nie chciałem iść na kolejnych pięć lat do szkoły filmowej. Po tym, jak zacząłem kręcić filmy niezależnie, nie chciałem już zdradzać raz obranego kierunku. Dla mnie najważniejsza jest empiria: uczenie się poprzez praktykę.

 

Poza tym, skończyłem dwuletni kurs w Akademii Filmu i Telewizji. Chciałem, żeby to było coś krótkiego, praktycznego, najlepiej w weekendy. Przyznam, że na szkołę filmową szkoda mi było czasu. Wiedziałem, że to bardzo teoretyczna forma nauczania. A ja chciałem już robić filmy! Po szkole i tak trzeba pracować na planie, starać się robić filmy żeby jakoś zaistnieć. Pewnym luksusem było też dla mnie to, że mam wyższe wykształcenie i pracuję jako prawnik. Mogłem się skupić na tym, co mnie najbardziej filmowo interesowało, nie musiałem robić chałtur.

 

Jak łączysz reżyserię z codzienną praca w ministerstwie? Wyobrażam sobie, że to jako dwa zupełnie inne światy.

 

Masz rację. Ale to wciąż ministerstwo kultury, a nie na przykład rolnictwa. W ministerstwie wszyscy wiedzą, że robię filmy – tak, jak to, że inny kolega na przykład łowi ryby. Każdy ma jakieś zainteresowania. Ja bardzo cenię sobie tę odskocznię, nie zamykanie się tylko w środowisku artystycznym. Jest to moim zdaniem bardzo potrzebne, bo daje kontakt z prawdziwym życiem. Przez rozliczne kontakty towarzyskie, żyję trochę w świecie artystycznym, a trochę w prawniczym. Wszyscy moi koledzy ze studiów są adwokatami, radcami prawnymi, prokuratorami lub pracują w innych zawodach prawniczych. Te kontakty są naprawdę ożywcze, prawnicy to ciekawi ludzie, mają dużo interesujących tematów, trochę inny punkt widzenia. Wielu reżyserów kończyło najpierw inny kierunek studiów i potem poszło do szkoły filmowej. Ja zrobiłem podobnie, tylko że nie poszedłem do szkoły. Starałem się wnieść do moich filmów moje prawnicze doświadczenie. Ludzie często mi powtarzają, że w moich filmach widać punkt widzenia prawnika, wyważenie tematu.

 

Słyszałam, że następny projekt przygotowujesz właśnie o środowisku prawniczym.

 

Pracujemy teraz nad nim ze scenarzystą Dawidem Kowalewiczem. Chcemy ulepszyć mój scenariusz i spróbować znaleźć szansę na finansowanie komercyjne. Ten sensacyjny dramat będzie opowiadał o adwokacie i pewnej skomplikowanej sprawie sądowej, o całym tym środowisku. Ale oprócz tego piszemy z Marcinem Cygalem kolejną krótkometrażową komedię. Walczę więc o projekty duże, nie zapominając o tych niezależnych krótkometrażowych, które dają twórcy niespotykaną wolność. Zawsze lubię mieć pewnik, że coś zrobię. Niektórym po paru offowych produkcjach nudzi się już bieganie po planie ze statywem i robienie filmu w partyzanckich warunkach. Mi jak na razie nie, a po „Odwyku” spodobało mi się robienie komedii i mam ambicję robić je dalej. To nie jest łatwy gatunek – musiałem się go najpierw nauczyć. Myślę, że ludzie czekają na komedie bardziej inteligentne, niż te, które ostatnio pojawiają się w kinach. To mobilizuje, żeby je nakręcić.

 

Rozmawiała Aleksandra Różdżyńska

07.12.2011