Dystrybucja dokumentów w W. Brytanii

Oli Harbottle, fot. Jana Kadrevis, Ex Oriente Films
Oli Harbottle, fot. Jana Kadrevis, Ex Oriente Films

 

Jednym z gości odbywających się w Czechach warsztatów Ex Oriente Films przeznaczonych dla twórców filmów dokumentalnych był Oli Harbottle – przedstawiciel powstałej w 2004 r. firmy Dogwoof, będącej czołowym dystrybutorem filmów dokumentalnych w Wielkiej Brytanii.

 

Dogwoof specjalizuje się w dystrybucji filmów o przesłaniu społecznym, poruszających kwestie przestrzegania praw człowieka i opisujących wyjątkowe zjawiska we współczesnym świecie. Firma rozpowszechnia filmy dokumentalne na nośnikach cyfrowych, a także w Internecie oraz na dvd. Dogwoof to firma, która w Wielkiej Brytanii zajmuje się dystrybucją m.in. takich tytułów jak „Food Inc”, „Burma VJ”, „End of the Line”, „GasLand”, „Budrus”, „Age of Stupid” i „Restrepo”. Jedną z osób wspierających ich działania jest sir Paul McCartney. Więcej informacji o działalności Dogwoof: www.dogwoof.com.

 

PISF: Dlaczego na międzynarodowym rynku filmowym potrzebne są takie firmy jak Dogwoof?

 

Oli Harbottle: W ostatnich latach znacznie wzrosła liczba widzów oglądających filmy dokumentalne. Nie do końca wiem, jak wygląda sytuacja w innych krajach, ale w Wielkiej Brytanii dokumenty były dotychczas niemal zupełnie zepchnięte do telewizyjnych formatów. Oczywiście sytuacja zmieniła się jakieś dziesięć lat temu, kiedy pojawiły się ważne pełnometrażowe filmy takich autorów jak Michael Moore czy Morgan Spurlock. Chyba wtedy zdaliśmy sobie sprawę z istnienia szerokiego rynku dla filmu dokumentalnego. Wzięło się to także z rozczarowania tym, co normalnie trafiało do kin, miało się wrażenie, że na ekranach królują wciąż te same filmy z Hollywood. Uważam, że najlepsze historie można znaleźć w filmach dokumentalnych i wiem, że istnieje publiczność chcąca oglądać takie historie. Zdecydowaliśmy się wypełnić lukę i dać dokumentom szansę – tak twórcom, wyrównując ich szanse z filmami fabularnymi, wydobywając je z telewizyjnego obiegu, jak i spełniając pragnienia widzów, szukających nowych, pełnych wyzwań filmów.

 

Kiedy chce się wprowadzić film do kin należy go promować. Jaka jest wasza strategia promocji dokumentów?

 

Dla dystrybutorów promocja jest zazwyczaj drogim przedsięwzięciem. Ale publiczność również ma tendencję do polegania na tradycyjnych formach reklamy, takich jak czasopisma czy magazyny – a to jest kosztowne. Równocześnie ludzie dzisiaj nie uzyskują informacji w taki sposób, jak działo się to kiedyś, mniej ludzi kupuje gazety, mniej ludzi kupuje magazyny. To jak ludzie podejmują decyzje o sposobach spędzania wolnego czasu często zależy od ich znajomych, od ich sugestii, a ludzie rozmawiają o tym w sieci. 90 procent naszych działań promocyjnych skupiliśmy więc na działaniu w Internecie. Wprowadzając do dystrybucji film rozpoczynamy od rozwijania jego strony internetowej – staramy się rozpocząć te działania tak szybko jak to tylko możliwe, kiedy już zdobędziemy prawa do danego tytułu. Używamy strony jako źródła informacji o filmie, ale także zawsze zawiera ona odnośniki do portali społecznościowych takich jak Twitter czy Facebook. Staramy się od początku wytworzyć wokół filmu społeczność, aby kiedy film trafi do kin istniała już grupa widzów chcących go zobaczyć. Oczywiście, korzystanie z sieci sprawia, że ludzie dzielą się swoimi opiniami o filmie z innymi osobami, zawsze w tym jest „efekt wirusowy” (viral effect). W ten sposób przy użyciu niewielkich sum pieniędzy i w mocniejszy sposób znajdujemy widzów dzięki Internetowi. Oczywiście, że jest potrzeba, by być obecnymi w tradycyjny sposób na łamach prasy, więc obok sporej ilości marketingu w sieci staramy się także być PR-owo obecni w prasie, np. poprzez wywiady z reżyserami. Wspaniałą rzeczą dotyczącą dokumentu jest fakt, że pisanie o nim często pozwala na zamieszczenie informacji o nim raczej w sekcji informacyjnej, na stronach z newsami, niż tylko na stronach poświęconych filmom, kulturze. Postępując tak zdobywa się dużą publiczność, dużo mniejszym kosztem niż tylko publikacją reklamy.

 

O ile tańsza może być kampania reklamowa filmu dokumentalnego w Internecie niż w tradycyjnych mediach?

 

Media społecznościowe, takie jak Facebook są darmowe. Kosztuje jedynie praca ludzi, którzy są w biurze. Mamy mały budżet na umieszczanie reklam w sieci, ale bardziej chodzi nam o stworzenie wspólnoty. Dużo wysiłku i zasobów wkładamy w tworzenie strony filmu, ale to i tak jest ułamek kwot wydawanych na tradycyjna reklamę. Jedynym sposobem mierzenia kosztów jest przeliczanie ich na liczbę godzin pracy danej osoby w biurze, a rozpatrując te pieniądze w kwotach rzeczywiście wydanych na bezpośrednie koszta działania w sieci były to kwoty minimalne. Skorzystaliśmy z usług agencji marketingowej zajmującej się Internetem, która pomogła nam w stworzeniu „efektu wirusowego” i oczywiście płaciliśmy twórcom strony, ale to nadal jest ułamek kwoty, którą wydalibyśmy na reklamę prasową, chcąc osiągnąć ten sam efekt.

 

Wyobraźmy sobie, że film przez was rozpowszechniany wchodzi do kin w maju. Na ile wcześniej rozpoczynacie działania promocyjne wokół niego?

 

Zazwyczaj rozpoczynamy działania promocyjne cztery miesiące przed kinową premierą. Tyle czasu potrzeba na przeprowadzenie przyzwoitej kampanii. Jeśli chcemy mieć artykuły w czołowych pismach, trzeba rezerwować miejsce na wywiady i artykuły na stronach gazet czasem 3 miesiące wcześniej. Ale im wcześniej się rozpocznie działania, tym lepiej. Gdy tylko nabywamy prawa do danego tytułu pierwszą rzeczą jaką robimy jest kupienie domeny z tytułem filmu na terenie Wielkiej Brytanii i stworzenie profilu filmu na stronach społecznościowych. Można to zrobić nawet dziesięć miesięcy przed premierą, ale prawdziwa praca zaczyna się cztery miesiące przed tą datą.

 

Na świecie istnieją setki tysięcy filmów dokumentalnych. Jak wybieracie te, których dystrybucją się zajmujecie?

 

Rzeczywiście, powstaje mnóstwo filmów dokumentalnych. Dla nas istotne są dwa kryteria: po pierwsze musi być to oczywiście mocny film, opowiadający ciekawą historię. Po drugie, co jest bardziej istotne – nie możemy zająć się dystrybucją każdego dobrego filmu, musi on mieć dla nas potencjalnych odbiorców w Wielkiej Brytanii. Filmowcy, tworząc swoje filmy powinni zawsze myśleć o tym, dla kogo go robią, kim jest ich widz – na tym dystrybutorzy opierają swoje decyzje. Szczególnie, jeśli chodzi o filmy dokumentalne, w których powinien być poruszany wyjątkowy temat, oddziałujący na publiczność. To w zasadzie decyduje o tym, czy spodoba nam się film.

 

Czy kiedykolwiek rozważaliście wprowadzenie do angielskich kin dokumentów pochodzących z Europy wschodniej i środkowej?

 

Tak, oczywiście, nie specjalizujemy się w żadnym szczególnym obszarze. Staramy się w naszej ofercie mieć filmy zagraniczne. Rozpowszechnialiśmy już sporo dokumentów pochodzących ze Skandynawii, gdzie dobrze rozwinięta jest produkcja filmów dokumentalnych. Niedawno zajmowaliśmy się dystrybucją chińskiego filmu „Last Train Home”. Jak już powiedziałem nie specjalizujemy się w żadnym szczególnym obszarze, jedynym warunkiem musi być element, wartość, która trafi do angielskiej publiczności. Jesteśmy otwarci na filmy z różnych obszarów i kręgów kulturowych.

 

Wiem też, że zajmujecie się rozpowszechnianiem filmów w Internecie i tworzycie grupy, które same organizują pokazy, tzw. DIY Screenings. Co sądzisz o zjawisku piractwa w sieci?

 

Moim zdaniem nie da się uciec od piractwa i wiele sił jest traconych na walkę z nim. Żyjemy w erze Internetu, gdzie odbiorca dyktuje warunki rynku. Kiedyś to dystrybutorzy i właściciele kin decydowali, kiedy dać widzowi film. Teraz wszystko stanęło na głowie. Musimy zdać sobie sprawę, że odbiorca ma pierwszeństwo. W Dogwoof bardzo to podkreślamy i dlatego staramy się udostępniać filmy na różnych nośnikach i w różnych formatach gdy tylko trafiają na rynek. Zawsze staramy się udostępniać filmy nie tylko w kinach i na specjalnych pokazach, ale także w sieci i na dvd tak szybko, jak to tylko możliwe. Jeśli ludziom pozwala się oglądać filmy w takiej formie, w jakiej tego chcą, a nie każe im się czekać na film wydany na dvd ludzie są zadowoleni, gdy mogą legalnie kupić film w Internecie. Więc tak naprawdę to nie piractwo stanowi problem, ono będzie zawsze istniało, chodzi o przesunięcie punktu ciężkości i pozwolenie, by odbiorca decydował o tym, kiedy i gdzie chce zobaczyć film. Chodzi także o zbudowanie poczucia lojalności wobec danej marki, wobec danego filmu.

 

Stworzyliście także specjalny program ambasadorów. Czy mógłbyś wyjaśnić ich rolę i jak powstał ten sposób kreowania więzi z widzami?

 

Program ambasadorów uruchomiliśmy w zeszłym roku przy okazji wprowadzania na ekrany filmu „Restrepo”. Wciąż trudno jest zdobywać publiczność, chcącą oglądać filmy dokumentalne w kinach. Nawet jeśli się to udaje, to jest wiele miejsc w kraju, gdzie ludzie mieszkają zbyt daleko od kin, w których pokazywane są nasze dokumenty. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak bardzo zależy nam na tym, by to widz decydował kiedy i gdzie chce obejrzeć film, chcieliśmy udostępnić go w całym kraju w tym samym czasie, by ludzie chcący obejrzeć film sami organizowali pokazy np. na terenach gdzie nie ma kin, lub gdzie kino nie pokazuje danego tytułu. Chcieliśmy, by ci mniej uprzywilejowani widzowie mogli skorzystać z tego, co właśnie teraz dla nich przygotowaliśmy i co reklamowaliśmy. Wystartowaliśmy więc z programem ambasadorów, by porzucić tradycyjne czekanie, aż widz będzie mógł obejrzeć film. Przy okazji „Restrepo” stworzyliśmy możliwość zgłaszania się do zostania ambasadorem, rodzajem przedstawiciela tego właśnie tytułu, kierując naszą akcję do ludzi związanych z wojskiem, ale także z działalnością charytatywną wokół weteranów wojennych. Zwróciliśmy się także do wielbicieli kina, fanów filmów dokumentalnych, do różnych osób mogących zorganizować pokazy i otrzymać za to wynagrodzenie. Nasz program zakłada, że ambasadorowie również mogą czerpać zyski z pokazu – to oni decydują o cenie biletu, my otrzymujemy jedynie wcześniej ustaloną kwotę podstawową. Oni mogą zatrzymać część pieniędzy. Przy okazji „Restrepo” mieliśmy ponad sto zgłoszeń – musieliśmy sprawdzić, czy te osoby mają doświadczenie w organizowaniu imprez i upewnić się, że pokazy nie będą odbywać się w rejonach, gdzie działające kina również pokazywały nasz film, ponieważ chcemy doceniać także pracę tych kin. Wszystko okazało się być sprawą łączącą geografię i doświadczenie organizatorów pokazów.

 

Z czego finansowana jest działalność Dogwoof?

 

Otrzymaliśmy wsparcie dla programu ambasadorów z UK Film Council. Wspierają oni także dystrybucję poszczególnych tytułów.

 

Czy tak było w przypadku angielskiego dokumentu o dyktaturze Mugabe?

 

Nie, ten film nie miał rządowego wsparcia. Pieniędzy nie otrzymuje każdy film tylko dlatego, że jest realizowany przez kogoś z Wielkiej Brytanii. Trzeba aplikować po fundusze i mieć ciekawą strategię rozpowszechniania. Dla rozpowszechniania „Restrepo” był to właśnie program ambasadorów.

 

Rozmawiała Marta Sikorska

23.03.2011