Dzień Polaków z Hollywood

dariusz wolski

Dariusz Wolski. Fot Marcin Kułakowski, PISF

 

Poniedziałek był na Plus Camerimage dniem polskich operatorów pracujących na świecie.

W Filmówce ze studentami spotkał się jej absolwent Dariusz Wolski, który odebrał w sobotę Nagrodę dla Polskiego Autora Zdjęć Filmowych za Szczególny Wkład w Sztukę Filmową. Na życzenie gościa spotkanie odbyło się w języku polskim. Słynna sala wykładowa Filmówki była wypełniona do ostatniego miejsca.

Wolski wyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1979 r., zaraz po ukończeniu łódzkiej szkoły. Zaczynał od teledysków. Jest autorem zdjęć do klipów wielu gwiazd, m.in. Pauli Abdul, Davida Bowie, Eltona Johna, Neila Younga, Aerosmith i Stinga.

– To była wtedy zupełnie nowa forma. Robiłem teledyski, żeby zarobić na życie. Poznałem przy okazji wielu ludzi, którzy potem pomogli mi w karierze, znalezieniu ciekawego zlecenia. Tworzyliśmy grupę mlodych filmowców z głowami pełnymi planów. Nikt nie chciał zajmować się samymi wideoklipami. I to się udało, wszysci ci ludzie są teraz cenionymi specjalistami w Hollywood – opowiadał Wolski.

– W Stanach jest pod tym względem inaczej niż w Europie. Najpierw musisz udowodnić, że coś umiesz, jesteś dobrym rzemieślnikiem, zrobić kilka dobrych filmów. Wtedy dopiero można starać się być artystą. W Polsce każdy po szkole uważa się za artystę. Ja właściwie jestem już z tej anglosaskiej kultury, przynajmniej w sensie zawodowym. Ich podejście jest mi bliższe – mówił.

Wolski jest autorem zdjęć do filmów: „Morderstwo idealne”, „Wygrane marzenia”, trzech części sagi „Piratów z Karaibów” i dwóch najnowszych produkcji Tima Burtona.

– Z Timem pracuje się bardzo dobrze. Jest otwarty na pomysły ludzi z którymi współpracuje. Naszym najnowszych filmem będzie trójwymiarowa „Alicja w Krainie Czarów”. To ciekawy projekt, myślę jednak, że 3D nie stanie się głównym nurtem kina, jak wieszczą niektóre media. Już kilka razy miało tak być – uważa Wolski.

Studenci prosili go o rady dla młodych operatorów. – Muszą pamiętać o kilku sprawach. Przede wszystkim, film to praca zespołowa. Na ostateczny efekt pracuje wiele osób. Trzeba mieć pewien dystans, bo nie wszystko zależy od nas – odpowiedział Wolski. – Nie można trzymać się na siłę jednego pomysłu. Czasem wszystko się wali i wtedy najlepsze decyzje podejmuje się w ostatniej chwili, instynktownie. Dobrzy operatorzy to ci, którzy podejmują ryzyko. Ja nie boję się dyskutować z reżyserem i producentem, przekonywać ich do moich racji.


– Każdy film jest dla mnie nowym doświadczeniem – mówił Dariusz Wolski. – To przygoda, która jest najciekawsza na etapie pracy na planie, bo potem film staje się już własnością widzów i krytyków. Kolejny projekt robi się tak, jakby był pierwszy. Doświadczenie pomaga tylko częściowo.

Jak wygląda praca w Hollywood? – Generalnie w Hollywood liczy się profesjonalizm. To jest przemysł, więc musicie się liczyć z tym, że nie zawsze będzie miło. Jeśli to jest dla was ważne, nie radzę się tam pchać. Ale to działa też w drugą stronę: jeśli jesteście dobrzy, nie musicie się do wszystkich uśmiechać, a i tak będziecie mieli dużo propozycji.

A co robić, jeśli reżyser ma swoją wizję, a operator swoją? Upierać się przy swoim? – pytali studenci.
– Po pierwsze: wizja to bardzo pretensjonalne słowo… Ona powinna się przekładać na konkretne rozwiązania. Co ja bym zrobił w podobnej sytuacji? Zawsze można robić swoje i udawać, że realizuje się pomysły reżysera – żartował. – Zachęcam do bycia niepoprawnym. W tym sensie, że nie ma nic gorszego, niż doskonale, podręcznikowo naświetlony negatyw. To strasznie nudne. A tym, co robi największe wrażenie, jest zawsze prostota. Najlepsi mistrzowie nią operują. W Polsce takim atrystą jest dla mnie Witold Sobociński.


W tym samym czasie w siedzibie Opus Film ze studentami spotkał się Andrzej Bartkowiak, jeden z najbardziej cenionych polskich operatorów na stałe pracujących w Hollywood. Podobnie jak Wolski ukończył Filmówkę. Jest autorem zdjęć do obrazów „Werdykt”, „Bliźniaki”, „Speed – niebezpieczna szybkość”, „Jade”, „Miłość ma dwie twarze” i „Adwokat diabła”. W 2000 r. Bartkowiak zadebiutował jako reżyser, realizując film sztuk walki „Romeo musi umrzeć”.

Artysta jest częstym gościem festiwalu Camerimage. Po raz pierwszy był nominowany do Złotej Żaby w 1993 r. za film „Upadek”.

 

Rozmawiał ze studentami o sztuce tworzenia teledysków. Bartkowiak jest jednym z jurorów w tegorocznym Konkursie Wideoklipów.

 

30.11.2009