Eryk Lubos zdobył Nagrodę Cybulskiego

Eryk Lubos otrzymał wczoraj tegoroczną nagrodę dla najbardziej obiecującego polskiego aktora młodego pokolenia za rolę boksera w filmie „Moja krew” Marcina Wrony.

Laureat był autentycznie zaskoczony jednogłośnym werdyktem jury: – Dziękuję po pierwsze panu Zbyszkowi Cybulskiemu. Ta nagroda to nawet nie zaszczyt, to odpowiedzialność. Czuję się częścią tej wspaniałej tradycji polskiego kina – jak jej dziecko. Życzę naszemu kino, żeby nigdy nie zrobiło swojego ostatniego filmu.

Jurorami byli: aktorka Stanisława Celińska, reżyser Tadeusz Chmielewski, krytyk filmowy Andrzej Kołodyński, reżyser Paweł Miśkiewicz i Piotr Reisch, prezes Telewizji Kino Polska.

– Cieszę się, że jest z nami też Zbyszek Cybulski, bo przecież jest – mówiła pomysłodawczyni Nagrody Wiesława Czapińska. Nagroda przyznawana jest od 1969 r. młodym aktorom, którzy nie przekroczyli 35. roku życia, za kreację wyróżniającą się wyrazistością i indywidualnością.

Nagroda publiczności – wynik internetowego głosowania – trafiła w tym roku do Agaty Buzek za rolę w filmie „Rewers” Borysa Lankosza. Wręczył ją partnerujący jej na ekranie Marcin Dorociński, laureat Nagrody Cybulskiego sprzed kilku lat.

– Dla aktora wyróżnienie publiczności to najlepsze, co może dostać. Bo to znaczy, że moja praca się ludziom podoba – dziękowała aktorka.

Dwie Nagrody Specjalne, za lata 1981-82, gdy Nagroda im. Zbyszka Cybulskiego nie była przyznawana z powodu stanu wojennego, odebrali Joanna Szczepkowska za rolę w filmie „Matka Królów” i Bogusław Linda za „Gorączkę”, „Kobietę samotną” i „Przypadek”.

– Nie wiedzieliśmy wtedy, że robimy filmy, które spędzą kilka lat na półkach cenzorów. Myślałem, że ludzie poznają moja pracę. Tym bardziej cieszę się teraz z tej nagrody – mówił Linda.

Podczas uroczystości wręczono również Nagrodę im. Bolesława Michałka dla najlepszej książki filmowej 2009 r. Otrzymał ją Konrad Klejsa za „Filmowe oblicza kontestacji”, próbą podsumowania przełomu roku 1968 w kinie amerykańskim i zachodnioeuropejskim.

Fundatorem Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego i Nagrody im. Bolesława Michałka jest PISF.

 

 

SZTUKA JEST KŁAMSTWEM, KTÓRE PRZEZ MOMENT STAJE SIĘ PRAWDĄ

 

Rozmowa z Erykiem Lubosem, zdobywcą Nagrody im. Cybulskiego 2009 za rolę w filmie „Moja krew” Marcina Wrony


W polskim kinie dawno nie było takiej postaci, jak Igor z „Mojej krwi”. On działa instynktownie, słucha swojego ciała, intuicji. Mamy w naszych filmach więcej intelektualistów i niezdecydowanych romantyków…

 

Eryk Lubos: – Postać pięściarza z fajką i długą brodą, w okularach rogowych z dwunastoma dioptriami, operującego Proustem byłaby bardzo interesująca, ale nieprawdziwa.

 

Ale nie chodzi wcale o to, że bokser powinien być taki, a nie inny. Kiedy pana bohater wsłuchuje się w siebie, reaguje na impulsy, to wszystko mu wychodzi. W tym sensie wygrywa, stawia na swoim. Czy tak pan rozumie tę postać?


– W życiu chyba aż tak bardzo nie myślimy. Jak widzimy niedźwiedzia w lesie, to najpierw uciekamy, a potem zaczynamy myśleć, co się wydarzyło. Możemy być inteligentami z wykształcenia, ale nikt nie ma planu na życie.

A w przypadku Igora jest jeszcze trudniej. Pamiętajmy, że on ma naprawdę mało czasu – po pierwsze: zajmuje się sportem, po drugie: na horyzoncie pojawia się choroba. Musi działać, czas na myślenie się skończył.

 

Mówi pan zawsze, że reżyser mocno zaraził Pana rolą. Jak nad nią pracowaliście? Ważniejsza była analiza bohatera, czy jego emocje?

 

– Spędziliśmy z Marcinem Wroną naprawdę dużo czasu nad tym materiałem. Najpierw była analiza tekstu, potem próby. Szukaliśmy sposobu, jak to ugryźć. A potem wszystko zostawiliśmy, spuściliśmy psy ze smyczy. Grałem spontanicznie, mając gdzieś w tyle głowy to, czego się dowiedziałem o bohaterze.

A i tak reżyser wybiera potem te duble, które mu najbardziej odpowiadają. Mieliśmy parę wersji głównego bohatera i jego historii. Wydaje mi się, że mogłyby z tego powstać dwa różne filmy. Marcin to zmontował i wybrał wersję, która najbardziej odpowiadała jego wizji. Czyli to reżyser postawił na instynkt.

 

Jak się z nim pracowało?

 

– „Moja krew” to moja pierwsza główna rola. Marcin był jednym z najlepiej przygotowanych i pracowitych młodych reżyserów, z jakimi pracowałem. Ten projekt to jego dziecko. Mimo, że nie było łatwo, cały czas wierzył, że film powstanie. Mnie też wciągnął w tę swoją wizję.

 

Zgadzam się na wszystko, jeśli czuję, że człowiek, z którym pracuję, ma pasję i wie, co chce zrobić. Jestem ze Śląska i umiem pracować, wyssałem to z mlekiem matki. Uwielbiam kierat, jeśli nie pracuję, to wymyślam sobie jakąś robotę. I Marcin też taki jest, nie odpuszcza. A nawet, jeśli chciał odpuścić, to ja się nie zgadzałem. Robiliśmy dziesiątki dubli. Kiedy już było nam niedobrze i nie mogliśmy na siebie patrzeć, stwierdzaliśmy, że to jest chyba to. Spotkaliśmy się więc nie tylko na planie, ale też na poziomie podejścia do pracy.

 

Był kiedyś w polskim kinie taki sznyt sportowy: nieustanne poprawianie, walka o jeszcze lepszy film. Chodziło o przesuwanie granic swoich możliwości, nie o sam wynik. I ciągle mamy to gdzieś zakodowane.

 

Czyli kluczem jest praca i warsztat?

 

– Czuję nową falę, jest kilku ciekawych młodych reżyserów, którzy obchodzą się bez blichtru i efekciarstwa. Marcin jest jednym z nich. Uda mu się, bo jest zawsze przygotowany i ciężko pracuje. Bez tego nie ma nic. To jedyna droga, jedyny sens.

 

Czy myśli pan, że wchodzi nowe pokolenie twórców? Czy to jest szansa dla aktorów, żeby mówić do ludzi młodych?

 

– Mam nadzieję. Ale ta zmiana się odbywa cały czas, to nie jest jeden moment. Nie będzie młodego pokolenia bez doświadczonego: ludzi, którzy zjedli zęby, zdrowie i energię na robocie w tym fachu.
Mam jedenastoletniego syna, który nosi rozmiar buta 42. Sam nie wiem, kiedy to się stało. Rośnie mi młody wilk przy boku. Taka jest kolej rzeczy, dynamika życia.

 

Film „Moja krew” bardzo podoba się mężczyznom.

 

– Ja się spotkałem z dobrymi opiniami ze strony kobiet. Nie róbmy z tego męskiego kina. Słyszałem już szowinistyczne interpretacje tej historii, zupełnie nietrafione. Jeżeli tak twardy facet, jak Igor, dostępuje stanu łaski, którym jest miłość, jeśli umie się na nią otworzyć, to jest to historia uniwersalna, nie tylko dla facetów.

Mit męskości upada. Zauważyłem, że akcent w kinie się przenosi – mężczyzna z twardego macho staje się trochę innym bohaterem. To jest też w filmie Marcina.

 

Ale film przemawia jednak do publiczności, która wcześniej narzekała, że brakuje w polskim kinie mocnych, męskich bohaterów. Pan też odczuwa taki brak?

 

– Chcę przede wszystkim, żeby polskie kino nie poddało się narracji telewizyjnej. Unikałbym chęci przypodobania się większości. Kino to coś więcej. Czekam na prawdziwe, wciągające historie. Jest ich coraz więcej.

Wiadomo, że filmy muszą się zwracać i tak dalej: dochody, widownia… Ale to nie powinno być jedynym kryterium. Komercyjny sukces na pewno nie oznacza jakości filmu. Nie wiadomo przecież, kiedy przyjdzie jego czas, kiedy on dojrzeje i trafi na odpowiedni grunt.

 

Ale jeśli film nie będzie się nikomu podobał, to też źle…

 

– Nie powstanie, jeśli nie będzie się nikomu podobał. Decyzję o produkcji podejmują specjaliści. Moim zdaniem duże zadanie stoi teraz przed producentami, którzy naprawdę zarobili już mnóstwo pieniędzy i mogą sobie pozwolić na ryzyko.

 

Na jakie filmy pan czeka?

 

– W kinie i literaturze jest pięć tematów: Bóg, Diabeł, miłość, śmierć. Piąty wolę zostawić jako tajemnicę.

 

„Moja krew” jest o tym wszystkim.

 

– Nie wiem jeszcze, to musi we mnie osiąść. Ciekawi mnie, co powie mój syn, bo ta ciągłość pokoleniowa ma dla mnie duże znaczenie.

 

Zauważyłem, że współczesność ucieka od ważnego zagadnienia, które fascynuje mnie coraz bardziej – od tematu śmierci. W „Mojej krwi” jest proste oswajanie śmierci. Bohater musi być na nią przygotowany. Pojawia się miłość i Igor przestaje się bać. Bardzo mi się to podoba.

 

Mówi pan, że w zawodzie aktora ważna jest osobowość, która przekłada się na to, co odbierają widzowie. Co pana najbardziej zaskoczyło w tej pracy?

 

– To, że im więcej pracuję, tym mam więcej energii. Im jestem bardziej zorany przez reżysera i przez robotę, to tym bardziej się staram – próbuję wejść w nie swoje życie. Świat wokół mnie staje się inny, inaczej myślę i oddycham. To uzależnia jak ciężki narkotyk. Gramy dla widzów, ale aktorom to też daje masę energii.

 

Z czego się bierze ta energia?

 

– Nie mam pojęcia. Może z tego, że sztuka jest kłamstwem, które przez moment staje się prawdą? To jak symulacja życia. Dajemy innym przeżyć w pigułce to, co normalnie trwa kilkanaście lat. I nie mówię tu o uzewnętrznianiu się i epatowaniu widzów sobą. Jeśli aktor przeżywa emocje naprawdę, to jest źle. On jest narzędziem do przeżywania, odbiera i przekazuje emocje dalej, jako ktoś inny. Otwiera klapki świadomości. Cybulski działał na widzów właśnie na tym poziomie. Jest drugi po Bogu w polskim kinie.

 

A kto w tym fachu jest drugi po Bogu w ogóle?

 

– Dla mnie to energia. Przesypiamy większość czasu, nawet na jawie. Tylko nieliczni mają tę moc i energię, która nas uruchamia. W pracy aktora udaje się to mistrzom.

 

Dużo pan gra w filmach niskobudżetowych, krótkometrażowych. Co różni taką pracę od produkcji pełnometrażowej?

 

– Te wielkie produkcje mają to do siebie, że obracają głównie pieniędzmi, a to stwarza pewne ograniczenia. Kapitałem tych mniejszych jest czystość i pasja. Ludzie, którzy przy tym pracują, mają cel. Ci debiutanci, młode chłopaki i dziewczyny naprawdę zmieniają świat, to nie iluzja. Jeśli potrafią zmienić moje nastawienie i przekonać mnie do swoich wizji, to wchodzę w projekt.

 

Nie przeszkadzają mi niekomfortowe warunki na planie. Jestem punkowcem. Nie muszę mieć swojej przyczepy. Mogę jeść surowe mięso. Mogę spać na ziemi. Nie raz tak było. Kiedy byłem zmęczony, to odpoczywałem, łapałem energię. Jeśli jest pasja i cel, wytrzymam wszystko.

 

Wszyscy w tej branży jesteśmy wariatami. Jeśli ktoś przez trzy miesiące zastanawia się, jak powiedzieć jedno zdanie, to musi być wariatem. Naszym celem nie jest przypodobanie się publiczności, ale poruszenie jej, zasianie niepokoju. Ci ludzie idą potem po seansie do domu i trawią to, co zobaczyli, zastanawiają się.

 

Mam nadzieję, że ten kraj nie zwariuje, że nie będziemy myśleć tylko o tym, co i jak możemy kupić i sprzedać. Jest tyle lepszych rzeczy w życiu. Objawienia i prawdziwe emocje, które są nam dane tylko wtedy, jeśli na nie ciężko zapracujemy. W kinie i w życiu na to najbardziej potrzebujemy czasu.

 

Rozmawiała Aleksandra Różdżyńska

07.12.2009