"Kino, które opowiada o nas"

Tadeusz Król. Fot. Piotr Szymański PISF
Tadeusz Król. Fot. Piotr Szymański, PISF
Marta Sikorska rozmawia z Tadeuszem Królem, autorem filmów dokumentalnych, debiutującym jako reżyser filmu fabularnego „Zwerbowana miłość”.

 

PISF: Co sprawiło, że reżyser filmów dokumentalnych zapragnął zrealizować fabułę?

 

Tadeusz Król: O filmie fabularnym wszyscy marzą. Można powiedzieć, że reżyserem filmów dokumentalnych zostałem z przypadku. Od samego początku film fabularny był moim marzeniem docelowym. Jakieś 15 lat temu, kiedy byłem w telewizji publicznej, przyniosłem swój pierwszy scenariusz i wszyscy mi powiedzieli: „świetnie napisany scenariusz, ale musisz najpierw zrobić jakiś film dokumentalny, żeby pokazać, że umiesz pracować”. No i tak rzeczywiście robiłem te filmy dokumentalne, żeby pokazać, że jestem sprawny, zdolny, inteligentny (śmiech) i mam trochę talentu, aż w końcu zostałem szefem redakcji filmu dokumentalnego w telewizji publicznej. Scenariusz, który pisałem z miłości do filmu fabularnego gdzieś nagle zaskoczył, a miał już jakieś 10 lat, i w pewnym momencie producenci się tym zainteresowali.

 

 

Podczas premiery filmu w warszawskim kinie Praha wspominał Pan, że na realizację „Zwerbowanej miłości” czekał Pan 10 lat.

 

Rzeczywiście ten scenariusz powstał 10 lat temu. No ale to nie jest tak, że każdy, kto napisze scenariusz musi mieć za rok realizację. Różne są losy projektów. Mój był składany do telewizji, kiedyś zainteresował się nim Maciej Karpiński. Po 10 latach od napisania został zrealizowany.

 

Co inspirowało Pana podczas pisania scenariusza „Zwerbowanej miłości”?

 

Jako dokumentalista jestem uwrażliwiony na to, że tematy filmowe leżą na ulicy, trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Tematy wtedy same do nas trafiają. Kiedyś, ze współautorem Pawłem Szlachetką, siedzieliśmy w knajpie i w tak zwanych „miłych okolicznościach przyrody” przysiadł się do nas jakiś człowiek, który przedstawiał się jako pracownik MSW, jako agent, coś bełkotał o jakimś przerzucie, jakichś teczkach, jakiejś prostytutce… Wtedy, wbrew naszej czujności, nie byliśmy zainteresowani tym tematem, ale następnego dnia doszliśmy do wniosku, że coś w tym było. Tak się zaczęło. Próbowaliśmy później dotrzeć do tego człowieka, to było dosyć kłopotliwe, on się naprawdę okazał agentem, pracującym za granicą. Reszta jest trochę fikcją, czerpaliśmy również z ogólnodostępnej wiedzy.

 

Jak rozumiem, kiedy powstawał scenariusz nie myślał Pan o konkretnych aktorach?

 

Na początku nie. Tak naprawdę pisze się 15, 20 wersji scenariusza. W którymś momencie dopiero można powiedzieć o tym, że jest to skończona całość. Kiedy autor scenariusza słyszy, że jest szansa na realizację, to skacze adrenalina. Wtedy jest łatwiej, wtedy się bardziej chce.

 

Koproducentką obrazu jest odtwórczyni głównej roli. Czy było tak od początku?

 

Nie. Firma Joanny i Pawła Orleańskich weszła do filmu już po zdjęciach. Nie było jakiegoś wcześniejszego powinowactwa interesów.

 

Jak wyglądał casting do filmu?

 

Byłem przekonany, że główną rolę chcę powierzyć Joannie. Producenci upierali się, żeby zrobić dodatkowy casting. Okazało się jednak, że moja intuicja mnie nie zawiodła. Co do pozostałych aktorów – od początku wiedzieliśmy, że to ma być taki zestaw. Joannę Orleańską widziałem wcześniej w „Pręgach” Magdaleny Piekorz, a jeszcze wcześniej w jakimś teatrze telewizji, chyba nawet w dwóch realizacjach, gdzie mnie zachwyciła – nie tylko urodą, bo to czasami jest tak naprawdę sprawa drugorzędna, ale jej wrażliwością aktorską. Miałem wrażenie, że jej aktorstwo jest niczym dotykanie żywego mięsa, zawsze bolesne i szybko reagujące… Stąd się to wzięło, dlatego wybór padł na nią.

 

Dlaczego akcja filmu rozgrywa się w 1989 roku?

 

Tak tą historię umieścił w czasie ten pracownik MSW. I tak już zostało. Nie ma to nic wspólnego z komercją, czy modą. Z drugiej zaś strony to czasy mojej młodości. Lady Pank, Perfect, Maanam, to są czasy, kiedy chodziło się na koncerty. Pochodzę z Łodzi, pamiętam tamtą atmosferę. Koncerty, kiedy cała sala śpiewała „chcemy być sobą”. To był w pewnym momencie hymn pokolenia. Później, gdy patrzyłem na komercyjną stronę tego filmu to zdałem sobie sprawę, że to są „dobre czasy”. Trudno osadzić tę historię w innym czasie, kiedy to było już nieprawdą. Wtedy, w ‘89 było takie zamieszanie polityczno-społeczne, nikt nic o niczym nie wiedział. Wtedy takie przekręty wydaje mi się, że były prawdopodobne. Z wielu źródeł, także tych nieoficjalnych, wiemy, że do takich historii dochodziło. Daleko nie szukając – historia agenta Tomka, do którego Robert Więckiewicz czasami jest porównywany, jako postać. Proszę zobaczyć, jeżeli teraz są takie metody, to wtedy tym bardziej. Wpływ służb na rzeczywistość był tak duży, że grupa tak zwanego „Romeo” działała nie tylko w światku prostytutek i nie tylko w Polsce. Oczywiście, realia przykroiliśmy do naszej fabuły. Jeśli dziś kobiety ze świata polityki czy show biznesu ulegają czarowi agenta, to znaczy, że ci faceci są w pewien sposób szkoleni, umieją to robić.

 

Mam jednak wrażenie, że muzyka czy kostiumy są odrobinę wcześniejsze niż rok ‘89. Rozumiem, że wtedy nowości nie pojawiały się tak szybko jak dziś i mody nie zmieniały się tak często.

 

Powiem szczerze, ja mam w ogóle wątpliwości dotyczące kostiumu, szczegółów historyczno-scenograficznych. Oczywiście, są reżyserzy, którzy przywiązują ogromną wagę do historycznych detali. To świetnie, to także dobrze działa. Ale mój film nie miał być rekonstrukcją. „Zwerbowana miłość” jest historią miłosną, romansem. Oczywiście, jest w jakiś sposób zanurzony w sensacyjno-kryminalnym sosie, ale historia jest absolutnym tłem. Wydawało mi się, że nie trzeba zmieniać daty, bo dla głównych bohaterów nie ma znaczenia, kiedy to się dzieje. Oczywiście, od strony dramaturgicznej, narracyjnej czy wpływu historii polityczno-społecznej to może mieć jakieś znaczenie. Bardziej chodziło mi o pokazanie relacji kata i ofiary. Pokazanie, że nie do końca jest możliwe odkupienie winy za to, co się robi. Z drugiej zaś strony igranie z miłością jest niebezpieczne, bo łatwo pada się jej ofiarą. Co ważniejsze, jest drugi biegun tej historii – kwestia odkupienia, kwestia kary. Myślę, że wszyscy w życiu popełniamy błędy. Za pewne rzeczy można przeprosić, pewne winy można odkupić. Pewnych win jednak się po prostu nie da odkupić. Bohater naszego filmu, niezależnie od tego, na ile jest prawdziwy, a na ile nie, na ile uległ temu uczuciu, nie jest w stanie nic zrobić, by odkupić swoje winy. Karą, na którą sam siebie skazuje, jest samotność.

 

Jak doszło do Pana współpracy z twórcą ścieżki dźwiękowej do filmu? Muzyka znakomicie ilustruje przebieg akcji.

 

To rzeczywiście jest fantastyczny przypadek. Pracowałem kiedyś z takim mistrzem, który nazywał się Nikodem Wołk-Łaniewski, fantastyczny dźwiękowiec, legenda polskiego kina. To właśnie on mi pokazał rolę dźwięku w filmie. Przy „Zwerbowanej” był taki moment, że zaczęliśmy szukać kompozytora, który zrobiłby dobrą muzykę i zmieścił w realiach budżetowych. Rzeczywiście, pojawiło się kilkanaście propozycji współpracy. Zupełnym przypadkiem dostałem płytę z kilkoma utworami napisanymi przez Agima Dżeljilji i przez grupę Oszibarack. Pamiętam, że słuchałem tych utworów: pierwszy był taki sobie, drugi był słaby, trzeci też taki sobie, czwarty nie pasujący do filmu. I nagle pojawił się utwór piąty. Pamiętam, słuchałem tej płyty w samochodzie, zatrzymałem się i wiedziałem, że to jest dokładnie to, czego szukałem. Ten motyw muzyczny przewija się przez cały film, zapamiętuje się go. Być może kompozytor będzie chciał wydać płytę ze ścieżką dźwiękową. Jestem zachwycony tą muzyką. Trafiliśmy też na fantastycznego człowieka – Stefana Krzyżanowskiego, który robił, wręcz kreował, dla nas dźwięk, i myślę że jest to jeden z lepiej zrobionych dźwięków w polskiej kinematografii w ostatnim czasie. Szkoda, że nie zostało to nigdzie docenione, a przede wszystkim w Gdyni. Najsłabszym ogniwem filmu był chyba debiutujący reżyser (śmiech). Świetne zdjęcia Tomka Augustynka, aktorstwo, świetny dźwięk, świetna muzyka. Tylko reżyser debiutujący w filmie fabularnym ma zawsze pod górę, dla niego to zawsze jest nowy świat. Rzeczywiście, to jest zupełnie inny świat niż świat filmu dokumentalnego. A i dalsze losy debiutującego też są zazwyczaj niewiadome. Dejczer zrobił „300 mil do nieba” i na następny film musiał czekać 8 lat. Jak się dalej potoczą losy kolejnych realizacji Borysa Lankosza po „Rewersie”? Losy reżyserów są nieprzewidywalne. „300 mil do nieba” i „Wesele” Wojtka Smarzowskiego to chyba dwa najlepsze i najważniejsze filmy w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

 

Mnie się w Pana scenariuszu „Zwerbowanej miłości” bardzo spodobała próba opisania grupy prostytutek, z której wywodzi się główna bohaterka. To ciekawie zarysowane postaci, mimo że czasem są tylko przez kilka minut na ekranie.

 

Ja będąc w szkole podstawowej miałem kolegę, którego mama była prostytutką. Pamiętam, że ta mama miała przyjaciela, był bodajże bokserem, który ją chronił. Ona natomiast swój dom traktowała absolutnie jaką taką swoją świętość. Ale to też było rozpasanie. To były futra z lisów, nocne imprezy w hotelach, specyficzny język i życie niebieskiego ptaka. Jednak to generalnie przypadek, że ten wątek pojawił się w filmie, nie ma to jakichś freudowskich konotacji (śmiech). Inspiracja wynikła z samej historii.

 

Czego zatem Panu brakuje przy tworzeniu scenariusza?

 

Brakuje wsparcia. Reżyser, który sam pisze, jest osamotniony. Wszystko odbywa się takimi prywatnymi „kanałkami”: przeczyta kolega, znajomy, komuś głupio powiedzieć, że mu się nie podoba, kumpel to kumpel. Nie zawsze jest to osoba wiarygodna. Nie bez kozery rynek amerykańskiego filmu jest uznawany za najlepiej skonstruowany. To się bierze nie tylko stąd, że filmy kosztują 200 milionów dolarów, ale cały proces produkcyjny jest niezwykle ważny i podchodzi się do wszystkich etapów z ogromną pieczołowitością. W Polsce zapomina się o czymś, co nazywa się scenariuszem. Oczywiście, są programy zajmujące się developmentem, stypendia scenariuszowe. To się jednak kończy na jednej czy na dwóch osobach, które pracują nad tekstem. Taki scenariusz dostaje reżyser – o ile sam nie jest współautorem scenariusza – i na tym praca nad scenariuszem się kończy. W Stanach są całe grupy – nie chcę ich nazywać pisarzami, ale literatami, którzy pracują nad dialogami. Są grupy zajmujące się wyłącznie dialogami wesołymi czy też smutnymi. Są grupy, które zastanawiają się, jak film zakończyć happy-endem. Są też grupy, zajmujące się tylko 3 pierwszymi minutami filmu. Jak my możemy się z tym mierzyć? Możemy robić mniej lub bardziej intelektualne i inteligentne filmy, które próbują trafić do widza. Natomiast nie będziemy mieli szans, jako kino europejskie, z amerykańskimi gigantami. U nas nie istnieje ktoś taki jak script doctor. Niezwykle ważne jest takie wsparcie. Zwłaszcza dla reżyserów, którzy sobie sami piszą scenariusze. Był kiedyś taki człowiek, który byłby idealnym script doctorem – Piotrek Wereśniak. To jeden z bardziej utalentowanych scenarzystów w Polsce. Ale poszedł swoją drogą. Szkoda. Moim zdaniem taka funkcja script doctora nie wykluczałaby z prac nad własnymi rzeczami, taka osoba może być znakomitym scenarzystą. Tego bardzo, bardzo brakuje. Nasze filmy są niedopracowane scenariuszowo. To nie bierze się z niechęci czy braku talentu, tylko potrzebny jest zawodowiec, który spojrzy i powie: tu nie, tutaj tak, coś wynika z czegoś, to trzeba wyrzucić. W pewnym momencie ani aktor, ani reżyser czy operator nie widzą tego, traci się dystans. A tu potrzebne jest szkiełko i oko.

 

Mam takie wrażenie, że jako kinematografia zostajemy w tyle. Kino czeskie nas wyprzedza, Rosjanie bardzo podobnie. Kino fińskie, irańskie, chińskie… Zaczynamy trochę przegrywać. Myślę, że z jednej strony bierze się to ze scenariusza, bo nie wierzę w brak talentu naszych realizatorów. Z drugiej strony, ja mam wrażenie, że w polskim kinie brakuje pewnej artystycznej odwagi. Proszę sobie wyobrazić, że do oceny trafia scenariusz pt. „Guzikowcy”, o człowieku, który tylną częścią ciała ogryza guziki z kanapy. Nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce taki film powstał. Nie jesteśmy na tyle odważni artystycznie.

 

W tym czeskim filmie pojawia się także wątek weterana wojennego…

 

O tak, absolutnie! My nie potrafimy się zdystansować do naszego świata, do naszej historii, naszych kompleksów. A Czesi opowiadają o sobie. I mają widzów na swoich filmach. Takie „Butelki zwrotne”. To jest historia o 70 procentach emerytów w naszym kraju. To samo musi dotyczyć Czechów. Fantastyczny film o samotności, miłości, spełnieniu, niespełnieniu, codzienności. Można zrobić? Można obejrzeć? Może się społeczeństwo przejrzeć w takim filmie? My jednak jesteśmy skazani na robienie filmów stricte kasowych, przynoszących zysk, który jest odbierany jako sukces, albo filmów z pogranicza filmu artystycznego, takiego, z którym nie wiadomo, co zrobić. Nie mówię tutaj o kinie martyrologicznym, zawsze u nas obecnym i które trzeba uszanować. Zawsze będziemy opowiadali o Katyniu, wojnie bolszewickiej. Jesteśmy takim narodem, i musimy sobie takie rzeczy rozliczać. Natomiast powinno być jeszcze kino nasze – kino które opowiada o nas. Po prostu.

Nie mogę nie zapytać o „Różyczkę”, film, z którym „Zwerbowana miłość” jest jakoś kojarzona. Jak odbiera Pan takie porównania? Czy wystarczy, żeby Robert Więckiewicz zagrał w dwóch filmach agenta, żeby polskiej krytyce wydawało się, że filmy są o tym samym?

 

Mnie jest trochę niezręcznie o tym mówić. O gustach się nie dyskutuje. Natomiast mam żal do jurorów festiwalu w Gdyni, że nie pokazali obu tych filmów. Te filmy powinny zostać postawione obok siebie. Nie rozumiem, dlaczego film nie został zakwalifikowany do głównego konkursu na festiwalu w Gdyni. Wszyscy byliśmy bardzo tym zaskoczeni. Okazuje się, że opinie ludzi, także fachowców, którzy oglądali „Różyczkę” i „Zwerbowaną” są podzielone. Mam żal za brak odwagi, że nie pokazano i nie oceniono obu tych filmów, na jednym festiwalu. Można by zorganizować spotkanie obu ekip, wywołać jakiś ferment. Były takie przypadki, że robiono jednocześnie filmy na podobny temat, prawda?

 

Tak, ostatnio w Danii i Francji, gdzie filmowcy z obu krajów niemal w tym samym czasie zrealizowali filmy o muzułmanach przebywających w europejskich więzieniach. O „Proroku” słyszało wiele osób, natomiast o filmie „R” już tylko publiczność festiwalowa. Miałam okazję rozmawiać z reżyserem „R”, Michaelem Noerem, podczas festiwalu Off Plus Camera. Powiedział, że ogromnie cieszy go to, że powstały dwa filmy na ten temat, bo to oznacza, że problem ten jest jakoś istotny dla krajów Europy.

 

Oczywiście. Podobną dyskusję podejmuje też „Essential Killing”. Trzeba mieć tylko otwartą głowę. My często jesteśmy zaściankowi, boimy się. Film jest sztuką, a do sztuki potrzeba odwagi. Odwagi twórców, ale i odwagi urzędników. Jeżeli tego nie będzie, to nie powstaną u nas filmy w rodzaju „Guzikowców” czy „Butelek zwrotnych”. Urzędnik musi być otwarty na odwagę. Podobnie jest z festiwalami. Potrzeba odwagi.

 

Nie kusiło Pana zamienienie w fabułę któregoś z Pańskich filmów dokumentalnych? Na przykład historii fryzjera Antoine’a, opowiedzianej w filmie „Ręka fryzjera”?

 

Kusiło mnie, oczywiście. Ten dokument to był kawał ciężkiej roboty, realizowaliśmy go ponad rok. Lubię ten film, rzeczywiście opowiedziana w nim historia jest historią fabularną, przecież to jest taki polski „Awiator”. Zrobienie takiego filmu podnieca. Historia chłopca z polskiej wsi, który potrafi trochę czesać i który w wieku 14 lat wyjeżdża z 5 zaszytymi monetami do Francji, a po 15 latach jest jednym z najbogatszych Europejczyków. To jest człowiek, który skończył cztery klasy szkoły podstawowej. Człowiek, który czesał cały świat. Wszystkie najważniejsze kobiety… I on osiąga wszystko. I nagle zostaje oszukany przez kobietę – żonę, która go po prostu zdradza.

 

A przyszłość? Teraz kończymy dokument o miłości Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Film jest finansowany przez TVP i PISF. Być może powstanie z tego scenariusz filmu fabularnego. Wiele lat temu Andrzej Wajda chciał zrobić film na ten sam temat. Jestem pod ogromnym wrażeniem tragicznej historii tych dwojga artystów. A jeżeli chodzi o fabułę… Pracujemy nad filmem „Ostatnie piętro”. Tutaj wracamy do początku naszej rozmowy – tematy leżą na ulicy. Scenariusz został zainspirowany krótką notatką przeczytaną w gazecie. Parę linijek. Trochę odwagi twórców i urzędników i mamy nadzieję, że zaczniemy zdjęcia za kilka miesięcy…

 

Rozmawiała Marta Sikorska

29.12.2010