Krytyk nie może pouczać

Michał Walkiewicz. Fot. Piotr Szymański, PISF
Michał Walkiewicz. Fot. Piotr Szymański, PISF

 

Krytyk nie może pouczać

Rozmowa z Michałem Walkiewiczem, krytykiem filmowym i szefem publicystyki Filmwebu.

Pierwsze Ujęcie PISF: Jak młoda krytyka widzi młode polskie kino?

Michał Walkiewicz: Mogę mówić tylko za siebie. Na pewno pojawiło się dużo młodych reżyserów i na pewno z mojej perspektywy to jest kino, które chce mówić o młodych ludziach, głownie przez popkulturowe asocjacje. Szuka również swojego języka, co różnie mu wychodzi. Na przykład „Sala samobójców” to próba mówienia językiem, którym młodzi ludzie się posługują. Uderza mnie jednak fakt, że wiele filmów jest spóźnionych, a wielu reżyserów jest o pół kroku za resztą świata. Nie czarujmy się, przy takim „The Social Network” film Komasy jest po prostu nieaktualny.

Czy młode kino jest dla interesujące dla krytyków z tego samego pokolenia?

Oczywiście, że tak. Gdyby nie było, nie mielibyśmy o nim tak skrajnych opinii. To w dużej mierze wynika z tego, że to rzeczy z naszego podwórka. Stąd się biorą się głosy polemiczne i zapalczywy ton. Ja się tym kinem przejmuję, ponieważ mi na nim zależy. To oczywiste, że mam i będę miał więcej zarzutów w stosunku do rodzimego kina niż do kina europejskiego lub amerykańskiego. I że będę więcej wymagał. Co jakiś czas wraca temat: dlaczego młoda polska krytyka nie pomaga młodym polskim filmowcom? I zaraz za tym idzie krytyka postulatywna – plany reformowania polskiego kina – w którą po prostu nie wierzę. Ale nawet to mówienie twórcom, co powinni, a czego nie powinni robić – to przecież również wynika z faktu, jesteśmy z tym kinem, czy tego chcemy, czy nie.

Ale istnieje jednak wrażenie, że młodzi krytycy są negatywnie nastawieni do filmowców swojego pokolenia. Nawet polemizowaliśmy na ten temat na Filmwebie.

Teza, wynikająca z mojego tekstu, jest taka, że w Polsce cały czas pokutują stare, inteligenckie pretensje. Każdy młody filmowiec, który się bierze za debiut, myśli o nim jak o dziele sztuki. Więc czuję się zmuszony, by orbitować w sferze wysokiej kultury – jeśli na potrzeby tego pytania przyjmiemy takie podziały. Stąd rodzą się wszystkie problemy. Na przykład takie, że nie ma w Polsce solidnego kina gatunkowego. W nim używa się określonych, skodyfikowanych sposobów opowiadania. Ale to wymaga umiejętności przeprowadzenia historii od a do z, tak, żeby się kleiła, miała sens i spełniała bardzo konkretne, ustalone od dekad, oczekiwania publiczności. Myślę, że to jest drogowskaz dla debiutantów.


Uruchomiliście teraz serwis Filmweb 24 Magazyn, którym kierujesz.

Ta część Filmwebu nastawiona jest na treści publicystyczne. Zależy nam na tym, żeby niczego nie pomijać, pisać o wszystkim. Nie tworzyć podziałów na to, o czym warto i nie warto mówić. Bo teraz materiały w sieci to z jednej strony ambitne wycieczki, a z drugiej populistyczne pisanie, z którym identyfikowany jest cały Internet. My chcemy pisać o wszystkich zjawiskach. Będą stałe cykle: Hollywood od kulis, czyli o mechanizmach produkcji w Fabryce Snów, o kinie granicznym, czyli kontrowersyjnym, eksperymentalnym, nostalgiczny cykl o starych filmach z kaset wideo, a także dział o serialach, w których ponownie objawił się geniusz wielu amerykańskich, i nie tylko amerykańskich, filmowców i które przejęły w pewnym sensie rolę kina. W Magazynie pisaliśmy już np. o „Oz” – serialu, którego twórcy położyli podwaliny pod większość współczesnej, ambitnej serialowej produkcji.

 

Ważnym działem Filmweb 24 jest hyde park poświęcony polskiemu kinu, „Pol(if)onia”. Chcemy, żeby to była swobodna eseistyka, nie deprecjonujemy żadnych języków, sposobów myślenia i pisania o kinie. Czekamy na rzeczy felietonowe, różnego typu. Jeśli więc ktoś będzie przykładał do filmowej analizy modne matryce naukowe, będzie taka możliwość. Jeśli komuś będzie zależało na komentarzu, dostanie miejsce. Chcemy pokazać, że o kinie można pisać swobodnie, a jednocześnie inspirująco i inteligentnie.

Kiedy wystartował hyde park?

Filmweb 24 Magazyn działa już od lutego i spotkał się z ciepłym przyjęciem czytelników. Właśnie otworzyliśmy polski dział i to jest forum, na którym każdy może się wypowiedzieć: filmowiec, krytyk filmowy, dziennikarz, użytkownik społeczności, czy wnikliwy czytelnik. Na przykład: jeśli ktoś wycofa swój film z Gdyni, damy mu możliwość opublikowania uzasadnienia. Będzie miał wtedy pewność, że przeczyta to ogromna ilość osób. Filmweb jest najpopularniejszym portalem filmowym w Polsce i dajemy zainteresowanym możliwość wykorzystania tego faktu.

Jak to działa? Robicie selekcję czy można samemu umieszczać materiał na stronie?

Trzeba przesyłać teksty do nas, ale pracujemy z tym materiałem trochę inaczej niż w przypadku reszty cykli publicystycznych. Nie na zasadzie tradycyjnego zbierania tekstów, selekcji, redakcji i tak dalej. To kształtuje się w sposób płynny, reagujemy na bieżąco. Może ktoś będzie chciał zabrać głos w jakiejś sprawie? Może pojawią głosy polemiczne? Nie zależy nam jednak na postulatach. Nie chcemy niczego żądać od filmowców i krytyków, bo nie o to chodzi. Kiedyś to się sprawdzało, ale teraz do niczego nie prowadzi. Chcemy być kimś w rodzaju moderatora dyskusji.

Widzisz już jakieś punkty zapalne? Może w pozytywnym sensie tego słowa. Coś, o czym będzie się mówiło.

Takie rzeczy na pewno się znajdą. Ale to będzie się działo na bieżąco. Co roku na przykład odnawia się spór o kształt Festiwalu w Gdyni, więc można spokojnie założyć, że gdy nastanie wiosna, temat powróci. Zwłaszcza, że festiwal ma nowego dyrektora. Młode polskie kino też jest takim tematem. Szczególnie, że za sprawą filmu Komasy okazało się, że jednak da się w Polsce zadebiutować przed trzydziestką.

Myślisz, że dla dwudziestolatków Internet jest teraz, bardziej niż gazety, źródłem wiedzy o kinie, miejscem, w którym się dyskutuje?

Myślę, że tak. Po pierwsze mówią to tym liczby. Internet to dziś potężne medium, czytane przez ogromną liczbę ludzi. Tego się nie da zanegować. Poza tym, autorytet krytyka i kogoś, kto zawodowo zajmował się pisaniem o filmie, był kiedyś o wiele mocniejszy. Teraz każdy może się wypowiedzieć, więc relacja autorytet – czytelnik zanika. Powstaje bardziej naturalny dialog. W tym tkwi olbrzymia moc sieci.

Może więc jest tak, że zawód krytyka jako taki traci na znaczeniu, bo każdy staje się krytykiem.

Coś się zmienia, przekształca. Krytyk może i powinien być partnerem w rozmowie, ale absolutnie nie powinien pouczać filmowców. Nie będzie też głównym źródłem wiedzy dla widzów, bo przecież mają oni dostęp do ogromnej ilości informacji w sieci. Teraz zadaniem krytyka jest trafienie do widza, zafascynowanie go swoim sposobem myślenia o kinie. Może on zwrócić uwagę na rzeczy, których widz nie zna lub do których nie ma dostępu, bo na przykład nie funkcjonuje w tym środowisku. Dziś rola krytyki jest więc bardziej przyziemna niż kiedyś. Wiadomo, że zawsze pojawią się osoby, które będą spoglądać na kino w sposób na tyle ciekawy i tak oryginalnie o nim pisać, że będą dla kogoś ważni, że ktoś będzie ich czytał. To istota Filmweb 24 Magazyn. Ma on trafiać do ludzi, którzy chcą czytać ciekawe teksty o kinie.

Dlaczego krytycy nie powinni dawać rad?

Uważam, że trzeba być bardzo ostrożnym w ocenianiu swoich kompetencji jako krytyka i dziennikarza filmowego. U nas dominuje model, o którym parę lat temu pisał Kuba Socha w świetnym tekście „Obcy kontra Predator”. To krytyka warsztatu. Że zdjęcia kiepskie, że trzeci plan niedoświetlony, a aktorzy źle grają. Dla mnie to absolutnie nie do przyjęcia. Co w ogóle znaczą te sformułowania? Czy jesteśmy kompetentni, żeby to oceniać? Wiąże się z tym spore ryzyko. Moim zdaniem krytyk może pomagać reżyserowi wyciągnąć jakieś rzeczy z gotowego już filmu. Po prostu, wykonać pracę interpretacyjną, która mogłaby poruszyć reżysera, wpłynąć jakoś na niego. To lepsze niż udzielanie rad na etapie planowania projektu.

Mam nadzieję, że się jakoś koszmarnie nie mylę, ale pokładam dużą wiarę w to, że filmowcy to jednak specjaliści od kręcenia filmów. W przeciwieństwie do krytyków. Nie w tym miejscu powinna przebiegać linia dialogu.

Może się on toczyć w Internecie?

Mamy teraz kryzys prasy. Do niedawna funkcjonowały pewne szufladki i stereotypy. Panowała opinia, że dobre teksty nie pojawiają się w Internecie, tylko w gazetach. Od dawna już tak nie jest i jeśli ktoś czyta teksty w sieci, to często wystarczą mu dwa pierwsze akapity wie, żeby wiedzieć, że są to wartościowe rzeczy. Jeśli ktoś myśli inaczej, to znaczy, że pewnie nie zadał sobie trudu, że zgłębić temat. Internet, również z racji tego, że jest przestrzenią nieograniczoną i o nieograniczonym potencjale, będzie teraz w coraz większym stopniu przejmował wszelkie treści, włączając w to dłuższe materiały publicystyczne. Po pierwsze, jest na to miejsce. Po drugie, nie ma już czegoś takiego jak różnica w jakości tekstów między prasą a portalami. To mit. Wymysł ludzi z klapkami na oczach, którzy nie potrafiąc się pogodzić ze zmierzchem papierowych mediów, po prostu obrażających się na rzeczywistość.

Rozmawiała Aleksandra Różdżyńska

 

Teksty Pol(if)onii będą pojawiać się na stronie www.filmweb24.pl. Każdy, kto chciałby się wypowiedzieć w ramach „Pol(if)onii” może to zrobić pisząc na adres: publicystyka@filmweb.pl.

10.03.2011