Małgorzata Buczkowska: "Prawdę widać w sytuacji ekstremalnej"

Małgorzata Buczkowska

Małgorzata Buczkowska. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

Rozmowiamy z Małgorzatą Buczkowską nominowaną do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego dla młodych aktorów za rolę w filmie „Jestem twój” Mariusza Grzegorzka

Marta z filmu „Jestem twój” jest postacią niezwykle neurotyczną, może nawet na granicy obłędu. Widzimy ją w relacjach z trzeba osobami. W kontaktach z mężem stara się utrzymać równowagę, nad siostrą zdaje się dominować, natomiast nie umie zapanować na sobą, kiedy spotyka Artura – młodego dozorcę budynku, w którym mieszka. W każdym z tych trzech układów jest trochę inna. Który definiuje ją najlepiej?

Małgorzata Buczkowska: – Myślę, że najwięcej prawdy o człowieku widać zawsze w sytuacji ekstremalnej. Tutaj jest to relacja Marty z Arturem i jego matką. Wtedy tak naprawdę wychodzi na jaw, kim jest bohaterka. Puszczają wszystkie hamulce, wylewa się z niej to, co było skumulowane przez lata. Moją bohaterkę dobrze opisuje też silny związek z siostrą. Ale tam odgrywa jednak rolę opiekunki, która musi kontrolować pewne emocje.

 

W kontaktach z mężem nie zawsze jest opanowana. W jednej z pierwszych scen wyrzuca go z domu i nagle zdaje sobie chyba sprawę, że popełniła błąd, że poszła za daleko. Wycofuje się z tego.

 

– No właśnie. Kluczem do tej postaci była dla mnie próba wyobrażenia sobie jej przeszłości. Podobno na psychikę każdego człowieka składają się wszystkie przeżycia od urodzenia, a nawet z okresu prenatalnego. Mam dzieci, więc trochę o tym czytałam. Zastanawiałam się, co mogło się dziać w życiu bohaterki. I tak starałam się skleić tę postać. Myślę, że moja bohaterka jest bardzo niedojrzała emocjonalnie. Mówi nawet w pewnym momencie, że siedzi w niej coś dziwnego. Te słowa to czysty lęk, który wyłazi na różne dziwne sposoby, bardzo intensywnie. Ale sytuacje, w których ją oglądamy, bardzo ją zmieniają. Dojrzewa, staje się bardziej odpowiedzialna.

 

Podkreślasz zawsze, że rola Marty wymagała ogromnego zaangażowania. Nie kończyłaś pracy po ostatnim klapsie na planie, ale brałaś tę postać ze sobą do domu.

– Tak. Na szczęście kręciliśmy to w Łodzi, a dziecko i mąż zostali w Warszawie. Mogłam się skupić na postaci Marty i nie przenosić do domu tego, co było na planie.
Ale nawet będąc sama, nie umiałam się wyłączyć i odstresować. Marta była ze mną 24 godziny na dobę.


Zależało ci na takiej koncentracji?

 

– Wcale tego nie planowałam, to wyszło w trakcie pracy. Właściwie każdy aktor, który gra główna rolę, wchodzi w pewien specyficzny rytm i pozostaje w nim do zakończenia projektu. Zdjęcia trwają od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych i nie ma czasu na odpoczynek. Trzeba znajdować go w ciągu dnia, w przerwach, rozkładać umiejętnie siły.

 

A jaką rolę odgrywa w tym reżyser? Czy jego zadaniem jest rozładowanie napięcia, które siedzi w aktorze, czy raczej powinien wyciągać z niego te mocne emocje?

 

– To zależy od materiału. Akurat w przypadku filmu „Jestem twój” reżyser szukał tego napięcia. Chciał, żeby emocje szalały i hulały praktycznie w każdej scenie. Znał nasze możliwości, bo pracowaliśmy już wcześniej w teatrze. To w pewien sposób ułatwiło pracę. Wiedzieliśmy, w jaki sposób osiągać pewne stany. Ale tak czy inaczej praca była ciężka, bo takie funkcjonowanie w stresie nie jest przyjemne dla nikogo.

 

W zeszłym roku byłaś nominowana do Nagrody Cybulskiego jako jedyna kobieta. A teraz jest przeciwnie: w gronie nominowanych jest tylko jeden mężczyzna, Eryk Lubos. Myślisz, że w polskim kinie jest więcej ciekawych ról dla kobiet?

 

– Może się coś ruszyło – oby tak było. Mam nadzieję, że tegoroczne nominacje na to wskazują. Wszystkie tego chcemy. Cieszę się, że zostałam dostrzeżona przez kapitułę już po raz drugi, ale konkurencja duża….

Ale czujesz, że dostajesz więcej ciekawych propozycji? Bo bywały lata na festiwalu w Gdyni, kiedy w ogóle nie przyznawano nagród za pierwszoplanowe role kobiece. Jury nie mogło się doszukać wystarczająco ciekawego materiału.

 

– Mówić już teraz o dużym postępie byłoby chyba myśleniem życzeniowym. Liczę w każdym razie na zmianę, na więcej ciekawych ról dla kobiet. Kiedy pierwszy raz byłam w Gdyni z filmem „Oda do radości”, czułam, że moja rola była zauważona, mimo, że nie dostałam nagrody. Ale to się w żaden sposób nie przełożyło na moje życie zawodowe. Wręcz przeciwnie, potem przez dwa lata prawie w ogóle nie pracowałam. A dostałam wtedy nagrodę w Stanach na festiwalu River Run, a zatem ktoś uznał moją pracę za najlepszą w gronie międzynarodowym.

 

Jesteś nominowana po raz drugi za rolę dramatyczną. A podkreślasz, że lubisz pracę przy komediach, że czekasz również na takie propozycje.

 

– Rzeczywiście. Żaden aktor nie chciałby być zaszufladkowany. Mnie się na razie udaje, bo dostaję różnego rodzaju propozycje, nie tylko dramatyczne. Poza tym, jeśli ciągle pracuje się nad rolami dramatycznymi, pomysły na interpretację roli są coraz słabsze, mniej świeże. Potrzebna jest odmiana. Dlatego fakt, że mogę grać w dramacie i w komedii, buduje mnie aktorsko, pozwala się rozwijać. Jest to też innego rodzaju satysfakcja z pracy.

 

Jaka?

 

– Lżejsza forma to dla mnie mniej stresu, bo wszystko opiera się na innego rodzaju mobilizacji. Materiał, nad jakim pracuję, przenosi się na moje codzienne funkcjonowanie na planie, więc po prostu jest przyjemniej, kiedy to komedia. Ale oczywiście wiele zależy od reżysera i ekipy, jaką atmosferę budujemy wszyscy razem.


Mówisz w wywiadach, że długo dojrzewałaś do zawodu aktorki.

 

– Moja przygoda z aktorstwem zaczęła się jeszcze w ognisku państwa Machulskich, do którego należałam pod koniec podstawówki. Ale absolutnie nie marzyłam wtedy o tym, żeby zostać aktorką. Chyba zdawałam do szkoły z ciekawości, bo w kręgu moich znajomych było dużo ludzi, którzy się dostali.

 

Jak porównujesz wyobrażenie z tamtych czasów z rzeczywistością? Czy praca aktorki jest taka, jak ją sobie wyobrażałaś? Co cię najbardziej zaskoczyło?

 

– Zaskoczyło mnie kilka rzeczy. Przede wszystkim nie spodziewałam się, że ten zawód to funkcjonowanie w chronicznym braku stabilizacji. Trudno cokolwiek zaplanować. Nie ułatwia to również życia rodzinnego. Poza tym są jeszcze castingi. Chyba w żadnym innym zawodzie nie odbywa się rozmowy o pracę co dwa dni…

 

Czyli rzeczywistość okazała się trudna?

 

– Powiedziałabym raczej, że codzienność jest trudna. Bo aktorstwo jest mimo wszystko fascynującym zawodem. To nie jest posada biurowa od 8 do 16, ale raczej skumulowana przez miesiąc, dwa intensywna praca. Potem jest długi odpoczynek. Każda rola daje możliwość rozwijania się na różnych polach. W tym sensie jest to niezwykle ciekawy zawód. Spotyka się kolegów ze studiów, których się pamięta z różnych śmiesznych sytuacji, a teraz część z nich jest cenionymi aktorami. Ale oczywiście pojawiają się też nowi ludzie. Każdy inaczej pracuje. Reżyserzy wymagają zawsze czego innego. To wszystko jest fascynujące.

 

A nagrody, uznanie publiczności?

 

– Filmy są przecież dla publiczności więc poczucie, że jest się przez nią docenioną jest bardzo ważne i przyjemne. Natomiast nagroda, to znak że doceniają również ludzie z branży. To dodaje skrzydeł.

 

Zauważyłaś, że jesteś jedyną nominowaną do Nagrody Cybulskiego, która nie została wyróżniona za rolę w filmie młodego reżysera? Widzisz zmianę pokoleniową w polskim kinie?

– Zmianę? Przecież doświadczeni twórcy nadal robią filmy, wiec zmiana chyba jeszcze nie nastąpiła. Ale na pewno doszła do głosu nowa grupa fajnych reżyserów i bardzo dobrze. To daje poczucie, że zrobiło się więcej miejsca, że powstaje więcej filmów. Śmiesznie, ale ja, choć co prawda debiutowałam przy debiutantach, to potem miałam już raczej do czynienia z reżyserami, którzy pracują dość długo w zawodzie. Więc nie poczułam tej fali młodych w polskim kinie na własnej skórze. Kto wie, może to się zmieni?

 

Rozmawiała Aleksandra Różdżyńska

 

23.11.2009