Nadal pozostaje amantem

Jan Nowicki urodził się 5 listopada 1939 roku w Kowalu koło Włocławka. Maturę zdał w 1958 roku w Łodzi. – Na studia w Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej w Łodzi namówiła mnie dyrektorka łódzkiego liceum. Po dwóch tygodniach już miałem dosyć. Kiedy dublowałem pierwszy rok, profesorowie się składali, żebym miał z czego żyć, a ja to natychmiast np. przegrywałem w karty. Kiedy w końcu mnie wylali, kompletnie nie miałem poczucia krzywdy. Pojechałem na Śląsk do pracy w kopalni. Dopiero tam dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak poczucie obowiązku – mówił w wywiadzie udzielonym dziennikowi „Polska” w 2009 roku.

 

Studia aktorskie kontynuował w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, dyplom otrzymał w 1964 roku. W tym samym roku zadebiutował w kinie, zagrał Anglika w „Pierwszym dniu wolności” Aleksandra Forda, u boku Tadeusza Łomnickiego oraz Beaty Tyszkiewicz.

Role filmowe

Kolejne role na dużym ekranie Jan Nowicki zagrał u młodych reżyserów: Andrzeja Wajdy w „Popiołach” (1965) oraz Jerzego Skolimowskiego w „Barierze” (1966). W tym ostatnim filmie wystąpił jako bezimienny bohater, ruszający w Polskę szukać alternatywy dla swojego dotychczasowego życia. W rozmowie z Bożeną Janicką, która odwiedziła plan „Bariery” przyznawał, że swoją postać zrozumiał dopiero w trakcie kręcenia kolejnych scen (Kino, nr 10/1966). Zagadkowym bohaterem – choć w zupełnie innym znaczeniu – był agent kontrwywiadu, kapitan Nawrot, zagrany przez Nowickiego w filmie sensacyjnym „Hasło Korn” Waldemara Podgórskiego (1968). W 1969 roku aktor zagrał Ketlinga w pełnej rozmachu adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski” Jerzego Hoffmana.

 

W kolejnych latach Nowicki zagrał pamiętne role u największych osobowości polskiego kina artystycznego: Wojciecha Jerzego Hasa („Sanatorium pod klepsydrą” z 1973 roku), Krzysztofa Zanussiego („Życie rodzinne” z 1970 roku, „Spirala” z 1978 roku), Andrzeja Żuławskiego („Trzecia część nocy” z 1971 roku), Wojciecha Marczewskiego („Zmory” z 1978 roku), Piotra Szulkina („Golem” z 1978 roku, „O-bi, O-ba. Koniec cywilizacji” z 1984, „Gaga, chwała bohaterom” z 1985 roku), Tadeusza Konwickiego („Lawa” z 1989 roku), Filipa Bajona („Magnat” z 1986 roku, „Bal na dworcu w Koluszkach”, z 1989 roku) czy Edwarda Żebrowskiego („W biały dzień” z 1980 roku).

 

Nowicki nie stronił nigdy od kina komercyjnego, występ w „Anatomii miłości” Romana Załuskiego (1972) z Barbarą Brylską zapewnił mu popularność i przyłożył się do wizerunku amanta. Jednak największą sławę zdobył dzięki roli życiowo przegranego szulera, tytułowego „Wielkiego Szu” w kryminale Sylwestra Chęcińskiego. Scenarzysta Jan Purzycki tak wspominał wspólną pracę: – Podczas pierwszej sceny karcianej okazało się, że Janek Nowicki bał się kart, wypadały mu z rąk, miał tremę. Reżyser pod pretekstem, że operator nie ma ekspozycji, przerwał zdjęcia i powiedział do mnie: „My tego filmu nie zrobimy, przecież nikt nie uwierzy, że on jest szulerem”. Przypomniałem sobie, że znam iluzjonistę, który ma karty na nitkach. Dojechałem do hotelu i napisałem scenę, w której Szu mówi do Młodego: „Zobacz, ja całe życie uczyłem moje ręce niezdarności w kontakcie z kartami. Pewnie, że można i tak”, puszcza wachlarz kart i mówi: „Ale kto z tobą usiądzie do gry?”. Po tej scenie Jankowi karty już mogły wypadać, bo wiadomo było, że Szu udaje. Po „Wielkim Szu” Nowicki zagrał jeszcze w kilku innych filmach gatunkowych, m.in. „Sztosie” i „Sztosie 2”, „E=Mc2” Olafa Lubaszenki czy „Młodych wilkach” Jarosława Żamojdy. Sporą pozycję w filmografii aktora zajmują role w zagranicznym kinie, szczególnie u węgierskiej reżyserki Marty Meszaros: „One dwie” (1977), „Jak to w domu” (1978), „Po drodze” (1979) czy „Niepochowany” (2004), gdzie zagrał premiera Imre Nagy, nagrodzoną na festiwalu w Tarnowie w 2005 roku.

 

Za rolę w „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, zdobył nagrodę za pierwszoplanową rolę męską na festiwalu w Gdyni. Reżyser początkowo napisał rolę starzejącego się, cynicznego amanta dla innego aktora: – Kiedyś Leon Niemczyk z niebywałym zachwytem – choć on miał dość cyniczny stosunek do tego zawodu, którego jednocześnie był entuzjastą – opowiadał mi o tym filmie. Ale Leon zmarł i ja miałem zagrać jego rolę. Przesiedzieliśmy parę dni i nocy z Jackiem Bławutem, przeoraliśmy scenariusz, który był pisany dla Leona, łącznie z cytatami z jego filmów. Leon to był wielki aktor i niezwykły człowiek. Zastanawiam się, czy jest zadowolony z mojej roli… – mówił Nowicki dziennikowi „Polska”. Przez ostatnie lata Nowicki mniej pojawiał się w kinie, oglądać go było można w drugoplanowej roli hrabiego von Nogaia w „Daas” Adriana Panka (2011) czy jako prawnika w komedii „Pokaż kotku, co masz w środku” Sławomira Kryńskiego (2011). W 2015 roku pojawi się najnowszy film z udziałem aktora – „11 minut” Jerzego Skolimowskiego.

Role teatralne

Jan Nowicki przez lata był związany z krakowskim Starym Teatrem, gdzie grał u takich reżyserów jak Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda. Najbardziej wyróżniane role to te z lat 70-tych: Stawrogina w „Biesach” Fiodora Dostojewskiego, Józefa K. w „Procesie” Franza Kafki, Wielkiego Księcia w „Nocy listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego oraz Rogożyna w „Nastazji Filipownej” według „Idioty” Dostojewskiego. W kolejnych latach współpracował też z innymi scenami, szukając dla siebie nowych wyzwań. Reżyser teatralny Krystian Lupa tak mówił o Nowickim: – Twarz ta przemienia się, starzeje, w zakątkach rysów osadza się zmęczenie i rozczarowanie… a przecież nadal hipnotyzuje ze szczyptą autorefleksyjnego dystansu. Uśmiech stał się bardziej sardoniczny, kiedy przestał (przynajmniej tak bezpośrednio) być erotycznym zewem… Choć przecież Nowicki nadal pozostaje amantem.

 

Jan Nowicki jest też pisarzem, w 2014 roku wyszła jego najnowsza książka „Białe walce”. Znany z wyrazistych opinii i dystansu do samego siebie, tak mówi o swoim fachu: – Aktor jest wtedy dobry, kiedy przekracza swoje możliwości. Sam w sobie jest nieciekawy. Kto to jest Jan Nowicki? To jest za mała rzecz do pokazania. Trzeba zagrać kogoś: Otella, Lira czy Hamleta i wtedy jest się kimś. Więc kiedy dowiedziałem się, że rzecz sprowadza się do zagrania samego siebie, zadrżałem z niepokoju. Ten niepokój mnie dotąd nie opuszcza.

 

Ola Salwa

07.10.2014