Nowe projekty dokumentalistów

Fot. Jana Kadrevis, Ex Oriente Films
Marta Golba i Piotr Rosołowski. Fot. Jana Kadrevis, Ex Oriente Films

 

19 czerwca zakończyła się w Pradze druga sesja międzynarodowych warsztatów Ex Oriente Films, przeznaczonych dla twórców filmów dokumentalnych. Wśród rozwijanych projektów znalazły się dwa polskie filmy: „Mendax” Grzegorza Packa (produkcja: Monika Braid, Braidmade Films) oraz „The Domino Effect” Piotra Rosołowskiego i Elwiry Niewiery (produkcja: Marta Golba, Otter Films). O programie warsztatów, roli spotkań z twórcami innych filmów dokumentalnych i nowych projektach rozmawiamy z Piotrem Rosołowskim i Martą Golbą.

 

 

PISF: Dlaczego zdecydowaliście się zgłosić swój projekt na warsztaty Ex Oriente Films?

 

Piotr Rosołowski: Mam z Ex Oriente bardzo dobre wspomnienia – w 2005 roku razem z Bartkiem Konopką rozwijaliśmy tutaj scenariusz „Królika po berlińsku”. Gdyby nie te warsztaty, to film być może by nie powstał. Rozpoczęliśmy je z innym projektem i w trakcie warsztatów, na drugiej sesji, pojawił się ten pomysł i wszyscy powiedzieli: „musicie to zrobić, to jest genialne”. Tak zaczęła się praca, narodziny filmu zaczęły się właśnie od Ex Oriente. Potem był udany pitching w Jihlavie. Ze wspomnieniami i doświadczeniami z tamtych lat pomyśleliśmy, że mając projekt, który nie jest lokalnym, który ma potencjał na międzynarodową widownię trzeba go przygotować, trzeba go rozwinąć i to będą chyba najlepsze warsztaty dla niego. Ex Oriente stworzone zostało dla tematów wschodnioeuropejskich, redaktorzy telewizyjni przyjeżdżają na pitching w Jihlavie już z takim zainteresowaniem. Zbiór tych rzeczy zadecydował o tym, że się zgłosiliśmy.

 

Marta Golba: O warsztatach słyszałam wcześniej od kilku znajomych, którzy w nich uczestniczyli.
Pomagają one przede wszystkim w rozwoju projektów filmowych, ale również nawiązaniu kontaktów międzynarodowych. Spotykamy się 3 razy w roku i spędzamy ze sobą tydzień. Oprócz pracy nad scenariuszami, mamy okazję spotkać się i porozmawiać np. o rynkach filmowych w innych krajach.
Druga sprawa to przygotowanie filmu pod kątem prezentacji i pitchingów. Jakie są mocne punkty naszych tematów? Co może zainteresować zagranicznego koproducenta czy nadawcę? Jak sprzedać nasz film międzynarodowej publiczności? Jeśli chcemy robić i finansować nasze filmy musimy się tego niestety nauczyć. Taka praca w międzynarodowym środowisku na pewno bardzo poszerza horyzonty.

 

Czego dotyczy projekt „The Domino Effect”? O czym będzie opowiadał wasz film?

 

PR: W dużym skrócie: ten projekt w jakimś sensie powstał w oparciu o dwa równoległe wydarzenia. Elwira Niewiera, która jest współautorem tego projektu zainteresowała się sytuacją na Kaukazie, po wojnie Gruzji z Rosją z 2008 roku. Po pierwszym i w zasadzie prostym reaserchu znaleźliśmy sposób, jak poprzez sport, poprzez grę w domino pokazać konflikt, który tam się rozgrywa. W jakimś sensie inspiracją dla nas była też książka Ryszarda Kapuścińskiego „Wojna futbolowa”, w której autor opowiada przez futbol o konflikcie Hondurasu z Salwadorem. To połączenie sportu i polityki, pokazanie jak te sfery się nawzajem przenikają jest dla nas inspiracją. Myślę, że znaleźliśmy dobry trop. Przez sport opowiemy o pewnym konflikcie, pokażemy nieznane jego kulisy. Będzie to mieszanka absurdu, humoru, ale i pewnej autentycznej tragedii.

 

Jakie wyzwania produkcyjne niesie ze sobą realizacja tego filmu?

 

MG: Na pewno sfinansowanie filmu. Nie jest to typowo „polski” temat. Dlatego też liczymy się z tym, że finansów będziemy zmuszeni szukać także poza granicami kraju. Stąd też pomysł na Ex Oriente. Prezentowanie filmu w międzynarodowym środowisku pozwala nam wyczuć, jakie kraje i jacy nadawcy mogą być potencjalnie zainteresowani tematem. Musimy być też bardzo ostrożni, gdyż film dotyka delikatnych politycznych kwestii. Chcemy w tym pozostać jak najbardziej obiektywni. Ale również nie przeładować go informacjami. Nie mniej jednak wytłumaczenie historycznych kontekstów jest niezbędne. Jak opowiedzieć o lokalnym politycznym konflikcie w ciekawy artystycznie sposób i zrozumiały dla międzynarodowej publiczności? W tym między innymi pomagają nam warsztaty.

 

Spotykamy się podczas drugiej sesji warsztatów Ex Oriente, wasz projekt nieco się zmienił od poprzedniego spotkania.


PR: Myślę, że zmiany, które następują są sumą pracy nad projektem i spotkań z tutorami. Jesteśmy tu ciągle zmuszani do prezentowania swojego projektu, rozmawiania o nim. Dzięki warsztatom od razu widzimy odbiór naszej pracy: gdzie jest siła i potencjał tego projektu, a gdzie jej nie ma. Opowiadając o filmie tak naprawdę sami zmuszamy się jeszcze raz, żeby o nim pomyśleć. Suma tych doświadczeń po pierwszych warsztatach plus kolejny wyjazd reasercherski, plus wykonane zdjęcia – to wszystko powoduje zmiany i już teraz wiemy, że ta wersja treatmentu, która jest w katalogu będzie zmieniana po raz kolejny. I to jest właśnie naturalna kolej rzeczy. Podejrzewam, że gdybyśmy zostali sami z tym, to na pewno wszystko by trwało dużo wolniej, a w przypadku tego projektu nie mamy zbyt wiele czasu.

 

MG: Spotykamy się w Pradze zarówno z osobami z Europy Wschodniej jak i z Europy Zachodniej. To pozwala nam znaleźć uniwersalny język dla naszych filmów, zrozumiały nie tylko w naszej części Europy, ale także w innych częściach świata.

 

Co wydało wam się najważniejsze dla waszego projektu podczas drugiej sesji Ex Oriente?

 

PR: Dla mnie najciekawsze były indywidualne prezentacje i konsultacje projektu z różnymi osobami, które pokazały nam różnice w odbiorze i pewne słabości tego, co mamy w tym momencie. To na pewno wytyczy dalszą drogę rozwoju naszego filmu. Fajnym dodatkiem do warsztatów jest to, iż mają one formę trochę takiego święta filmu dokumentalnego. Spotykamy tutaj innych młodych twórców, ale też znanych reżyserów, którzy pokazują swoje filmy, opowiadają jak doszło do ich powstania. Reżyserzy z naszego regionu, z którego jak wiemy jest trudno przebić się do międzynarodowej widowni opowiadają o swoich osiągnięciach. Tak więc oprócz pracy nad projektem jest to także święto dokumentu. Wiem, że Marta równolegle miała spotkania produkcyjne, w których nie uczestniczyłem, ale kiedy o tym rozmawiamy to fajnie jest usłyszeć, jaki jest potencjał naszego tematu wśród międzynarodowej widowni. To jest problemem wielu tych projektów – na ile są one tematami lokalnymi, a na ile są faktycznie międzynarodowe. Długo rozmawialiśmy o fenomenie firmy AGITPROP i producentki Martichki Bozhilovej, która potrafiła swoją zawziętością, bystrością i pracowitością tak to wszystko pospinać, że powstało bardzo wiele filmów o Bułgarii, które przyciągnęły międzynarodowych producentów i widownię. To jest coś, czego my wszyscy staramy się w tych projektach szukać – jak tą historię, która jest w przypadku każdego z tych filmów opowiadana gdzieś w Europie Wschodniej, w małych, zapomnianych krajach, uczynić czymś, co będzie uniwersalne.

 

MG: Bardzo cenne oczywiście są tu spotkania produkcyjne. Robimy artystyczne filmy, ale musimy je jakoś finansować, sprzedawać etc. Uczymy się tu trochę jak takie projekty sprzedawać w bardziej „komercyjny” sposób. Czy da się to zrobić, czy można zadziałać na szeroka skalę. Fenomenem w tej części Europy jest bułgarska producentka Martichka Bozhilova, Dlatego też spotkanie z nią, na którym opowiadała o mechanizmach swoich działań, ale także problemach było bardzo inspirujące. Drugim mocnym punktem była całodzienna sesja z niemieckim prawnikiem Stefanem Rüllem. Tworzenie międzynarodowej umowy koprodukcyjnej jest kluczowe dla całego przedsięwzięcia. Tu mieliśmy okazje przekonać się o tym niemalże „w praktyce”. Zostaliśmy podzieleni na trzy kraje, dostaliśmy pewne wytyczne i… każda ze stron musiała wynegocjować dla siebie zadane warunki. Dopiero w takiej żywej dyskusji widzimy jak wiele czujności musimy zachować przy tworzeniu umów. Zmusza to naprawdę do kreatywnego myślenia.

 

Dla mnie osobiście niezwykle ważne jest też uczestniczenie w konsultacjach scenariuszowych wspólnie z Piotrem. Producent musi być nie tylko organizacyjnym, ale i artystycznym partnerem dla reżysera. W polskich szkołach filmowych na kierunkach produkcyjnych jest to niestety pomijane. A czasem nie wystarczy sam dobry smak czy intuicja. Tego typu warsztaty pomagają nam się tego trochę nauczyć.

 

Na pewno te warsztaty są odbiciem rynku filmu dokumentalnego w naszej części Europy. Jak sądzicie, jak w tym układzie wygląda kondycja naszego dokumentu?

 

PR: Warto podkreślić, jakie kraje uczestniczą w warsztatach. Litwa, Łotwa, Estonia, Niemcy, Bułgaria, Serbia, Chorwacja, Słowacja, Czechy… Jeśli chodzi o rynek filmu dokumentalnego Polska wypada całkiem nieźle, z dużym Instytutem Sztuki Filmowej, który to wspiera i z dużą ilością firm produkujących filmy dokumentalne. Może w porównaniu z Niemcami ciągle jest ich mało, ale jednak jakieś są. Bardzo często w mniejszych krajach, chociażby na Bałkanach ten rynek dokumentalny jest mniejszy i właściwie skazany tylko i wyłącznie na koprodukcje. Lokalne wsparcie finansowe jest tam niewielkie. Prawda, że bardzo często narzekamy na to, jak to wygląda w Polsce, jednak zobaczyliśmy, że są miejsca, gdzie to wygląda gorzej. Jesteśmy wszyscy skazani na koprodukcje, jeśli chcemy zrobić coś, co wymaga więcej pracy, więcej środków. Ale też dzięki temu temat lokalny może zyskać międzynarodowy wydźwięk i obejrzy go więcej widzów. Nie oszukujmy się, dokument jest niszowym produktem, czymś, co jeśli trafia do dystrybucji kinowej to tylko do kin studyjnych. Także im więcej się potrafi znaleźć uniwersalnego języka, tym lepiej. Co prawda wydłuża to produkcję i ma też inne produkcyjne konsekwencje. Już przychodząc na te warsztaty wiedzieliśmy, że aby robić większe, ciekawe projekty dokumentalne jesteśmy wszyscy w Europie Wschodniej skazani na koprodukcje międzynarodowe.

 

MG: Dodam tylko, że naszym atutem jest zaplecze, które posiadamy. W Polsce jest liczna grupa osób, która zajmuje się dokumentem. Dzięki temu nie borykamy się z takimi problemami jak nasi koledzy z mniejszych krajów, którzy często muszą poza granicami szukać operatorów czy montażystów do swoich filmów. U nas szkoła dokumentu ma duże tradycje, także mamy wielu wspaniałych twórców, którzy są dla reżyserów wsparciem artystycznym i partnerem. Dokument u nas ma się naprawdę całkiem nieźle na tle innych krajów w regionie. Polscy twórcy rozpoznawani są na świecie, a ich filmy zdobywają liczne nagrody na festiwalach międzynarodowych.

 

Patrząc już na krajowy rynek – co uznalibyście za największą przeszkodę dla twórców dokumentu w Polsce?

 

PR: Tutaj nie będę wcale oryginalny, ale według mnie największą przeszkodą jest brak aktywnego lokalnego nadawcy w Polsce, który by wspierał ciekawe projekty dokumentalne. Właściwie jako filmowcy, nawet przygotowując bardzo dobry projekt, mając listy intencyjne z zagranicy możemy liczyć w pierwszej kolejności głównie na PISF, bo jeśli chodzi o lokalnych nadawców… Albo to nie będzie odpowiadało prywatnym stacjom, albo, jak w przypadku Telewizji Polskiej trudno powiedzieć, z jakim to się spotka odbiorem, z jaka mocą decyzyjną. Wszystko jest pod dużymi znakami zapytania, także trudno brać to pod uwagę, nawet, jeśli miałyby to być nieduże pieniądze. Np. znana fińska telewizja YLE jest bardzo aktywnym graczem na rynku, mimo że oferuje bardzo często niewielkie kwoty, rzędu 5-10 tys. euro, ale to jest często bardzo dużo w przypadku wielu projektów. Zatem nie mówię tutaj o możliwości otrzymywania dużych kwot, ale jakiegokolwiek wsparcia, merytorycznej rozmowy. To wydaje się w dalszym ciągu nieuporządkowane, niestabilne, trudno na tym polegać.

 

MG: Zgadzam się tu absolutnie z Piotrem. Sam PISF nie jest w stanie sfinansować wszystkich projektów filmowych. Potrzebujemy jakiegoś alternatywnego źródła. W tym momencie w Polsce takiego nie ma. Rozwijają się co prawda fundusze regionalne. Ale tam ewentualne możliwości mają znów tylko lokalne tematy. Taką alternatywą i wsparciem powinna być właśnie Telewizja. Powstaje mnóstwo ciekawych filmów dokumentalnych, które na pewno cieszyłyby się dużą oglądalnością.

Myślę, że polscy widzowie spragnieni są innego rodzaju rozrywki niż ta, którą oferują największe stacje telewizyjne w tzw. prime time. Świadczyć o tym może np. popularność stacji Kino Polska. Rolą nadawców jest też w pewnym sensie „wychowanie” odbiorców, pokazanie im tego, co jest wartościowe. A w Polsce niestety sama wiedza o dokumencie jest często znikoma, co pokazała przeprowadzona ostatnio przez Otter Films sonda. I to też powinniśmy zmienić.

Nie mogę nie zapytać was o plany dotyczące kolejnych filmów. Wiem, że rozwijacie kilka projektów.

 

MG: Wspólnie z Piotrem i Bartkiem Konopką pracujemy intensywnie nad filmem produkowanym przez Otter Films dla Instytutu Adama Mickiewicza. Jest to projekt realizowany w ramach „Przewodnika do Polaków ” – cyklu 5 filmów dokumentalnych. Nasz opowiadać będzie o Polakach i ich obyczajach w PRL-u, widzianych z dość zaskakującej perspektywy – oczami kapłana Wudu. Jest to film niezwykle skomplikowany, łączący w sobie elementy dokumentalne, fabularyzowane oraz liczne materiały archiwalne. Tytuł to „Sztuka znikania”. I to pochłania jakieś 90 procent naszego czasu, gdyż nieubłaganie zbliża się termin ukończenia filmu. Sama firma Otter Films, z którą jestem na stałe związana działa bardzo prężnie. Szereg filmów jest w fazie dewelopmentu i produkcji. Nowe głośne przedsięwzięcie to „Six Degrees” Bartosza Dombrowskiego – dokument połączony z szeroką akcją multimedialną, który będzie starał się udowodnić teorię Six Degrees of Separation, a przy okazji spróbuje sprawdzić kondycję międzyludzkich kontaktów w dzisiejszych czasach. W zaawansowanej fazie produkcji jest też film Joli Dylewskiej „I była miłość w Getcie” na podstawie książki Marka Edelmana o tym samym tytule. Dokument będzie opowiadał o tym, jak w ekstremalnych warunkach rodziły się silne uczucia, które dawały nadzieję i pomagały przetrwać.

PR: Mogę dodać, że „Sztuka znikania” powstaje na kanwie autentycznego wydarzenia, wizyty kapłana Wudu w Polsce w wyjątkowym okresie wielkich strajków na wybrzeżu tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego w 81 roku. Staramy się odtworzyć szczegóły tej wizyty, odkryć jej tajemnice. Szukając śladów tego człowieka i docierając do okruchów prawdy przede wszystkim opowiadamy o PRL-u, jednak widzianym z zupełnie innej perspektywy. To skomplikowany, wielopłaszczyznowy projekt, nad którym teraz pracujemy i musimy ukończyć go na jesieni. Warto dodać, że „Sztuka znikania” i „Six Degrees of Separation” będą prezentowane w Karlowych Warach na sesji „Docu Talents from the East”.

 

Rozmawiała Marta Sikorska

 

Więcej informacji o Ex Oriente Films: www.dokweb.net.

01.07.2011