PISF odpowiada red. Sobolewskiemu

W ubiegły piątek Gazeta Wyborcza opublikowała tekst red. Tadeusza Sobolewskiego „Tak dobrze, że aż źle”, dotyczący międzynarodowej promocji polskich filmów. Niestety PISF, tak często przytaczany w tekście, nie miał możliwości wypowiedzi i odniesienia się do wielu uwag, które nas dotyczą. Nie dana nam była także możliwość odpowiedzi na łamach Gazety. Dziś publikujemy tekst polemiczny do tego artykułu.

 

Dlaczego nie ma nas w Berlinie

Maciej Karpiński, Pełnomocnik Dyrektora Instytutu ds. międzynarodowych.

 

Z prawdziwym ubolewaniem zapoznaliśmy się z obszernym artykułem red. Tadeusza Sobolewskiego, poświęconym tematowi tak interesującemu i ważnemu, jakim jest promocja polskiego filmu za granicą. Doprawdy wielka szkoda, że podejmując ten temat na łamach poważnej i poczytnej gazety red. Sobolewski, cieszący się zasłużenie opinią przenikliwego krytyka filmowego, tym razem nie zadał sobie trudu głębszego wniknięcia w poruszane zagadnienia, lecz oparł się na informacjach i poglądach, zasłyszanych od niekiedy zupełnie przypadkowych osób, takich jak np.  Pani Mae Tan, która – choć nie świadczą o tym żadne fakty – w oczach autora stała się „współpracującą z kinematografiami środkowej Europy producentką, dobrze orientującą się w problemach polskiej kinematografii”. Można by daremnie pytać, co takiego pani Tan wyprodukowała lub na czym polegają jej zasługi dla polskiej kinematografii, ale bardziej jeszcze zasadne wydaje się pytanie, dlaczego przygotowując swój artykuł red. Sobolewski nie zwrócił się o jakąkolwiek informację do instytucji tak często w jego tekście wspominanej, jaką jest Polski Instytut Sztuki Filmowej. W rezultacie powstał artykuł, zawierający obok spostrzeżeń trafnych bardzo wiele półprawd a nawet całkowitych przeinaczeń faktów. Nie może to pozostać bez odpowiedzi, tym bardziej, iż nieobeznany z tematem Czytelnik może wynieść z tej lektury tylko jedno wrażenie: polskie kino w świecie miałoby się znakomicie, gdyby tylko PISF zechciał zająć się jego promowaniem lub też czynił to w sposób właściwy, to znaczy taki, o jakim wiadomo rozmówcom red. Sobolewskiego oraz jemu samemu, natomiast z niewiadomej przyczyny wciąż nieznany Instytutowi.

 

Zastanawiające, że tak renomowany autor, uważnie śledzący rozwój polskiego kina, szczególnie w ostatnich latach, zauważa łaskawie rolę, jaką odegrał PISF na polu produkcji filmowej w Polsce, natomiast zupełnie nie zauważa, że w tym samym czasie (tzn. w ciągu ostatnich czterech lat) nastąpiła także znacząca i powszechnie doceniana za granicą zmiana w sposobach prezentowania polskiego filmu w świecie a co za tym idzie wyraźna i znacząca poprawa międzynarodowego wizerunku polskiej kinematografii. Owszem, nieobecność polskich filmów na tegorocznym festiwalu w Berlinie, będąca powodem także naszego głębokiego rozczarowania, jest kwestią wymagającą poważnej analizy – o czym szerzej za chwilę – nie może to jednak całkowicie przesłaniać faktu, że od paru lat polskie filmy regularnie pojawiają się na dziesiątkach międzynarodowych festiwali filmowych – w tym także najważniejszych – i zdobywają tam nagrody.  Szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć bez trudu, choćby na stronie internetowej Instytutu, nie ma zatem potrzeby ich tutaj przytaczać. Powie ktoś, że nawet dziesięć międzynarodowych festiwali o nieco mniejszej renomie czy prestiżu to i tak mniej niż jeden Berlin. Ale czy w takim razie można zupełnie przemilczeć fakt, że polski film znalazł swoje miejsce w berlińskim konkursie w zeszłym roku, a dwa lata temu – w oficjalnej selekcji poza konkursem? I przecież nie stało się to samo, bo w obu przypadkach w procesie umieszczania filmu na festiwalu PISF odegrał rolę zasadniczą (co można bez trudu sprawdzić; podobnie jak w przypadku wielu innych ważnych festiwali z udziałem polskich filmów jak choćby Pusan, Moskwa czy Karlove Vary).

 

Dlaczego zatem polska nieobecność tegoroczna, doprawdy godna ubolewania, wzbudziła aż taką reakcję? Wygląda na to, że dlatego iż – podobno – byliśmy już tak blisko, o krok, od konkursu z aż dwoma filmami, lecz nic z tego nie wyszło „z naszej winy” (w podtekście „z winy PISF”). A oto fakty.  Wymieniane przez Tadeusza Sobolewskiego filmy nie zostały przyjęte do konkursu w Berlinie z powodów formalnych, bowiem przedtem zostały zaprezentowane na innych festiwalach, w tym przede wszystkim na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Na Warszawski Festiwal Filmowy zaś zostały zgłoszone przez swoich producentów. Biorąc pod uwagę terminarz festiwalowy, musiało to nastąpić jeszcze przed festiwalem w Gdyni. Decyzji tych (nie mówiąc o wyborach samego Festiwalu) producenci ani nie uzgadniali ani nawet nie konsultowali z Instytutem, do czego nie są zobowiązani. Niezależnie bowiem od dofinansowania produkcji filmu przez PISF, producent zachowuje do niego wszelkie prawa i tylko on upoważniony jest do formalnego zgłaszania filmu na festiwale międzynarodowe.  Oczywiście Instytut odbywa w tych kontaktach rolę nie tylko informacyjną ale i inspirującą, wspomagającą, w ostateczności doradczą (nie mówiąc o finansowaniu promocji) nie może jednak nikomu ani czegoś nakazać ani zabronić. W rezultacie współpraca z jednymi producentami układa się bardzo dobrze, filmy znajdują się na festiwalach we właściwej kolejności, na czas i odpowiednio przygotowane są wszelkie materiały itp., wielu jednak producentów wybiera drogę samodzielną – przynajmniej jeśli chodzi o strategiczne decyzje, bo o dofinansowanie zwracają się niemal wszyscy. W opisywanych przypadkach decyzje producentów były takie a nie inne i dopiero po festiwalu w Gdyni rozpoczęły się konsultacje z PISF, które uświadomiły ich konsekwencje,  kiedy na wszelkie zmiany w programie Warszawskiego Festiwalu Filmowego było już za późno. Nie można nie wspomnieć, że w międzyczasie Festiwal Warszawski otrzymał tzw. Kategorię A, co bez wątpienia miało wpływ na znaczne usztywnienie formalnych relacji z festiwalem berlińskim; wszystko to razem doprowadziło do znanych rezultatów.

 

Nie jest do końca prawdą stwierdzenie red. Sobolewskiego, jakoby „Polski Instytut Sztuki Filmowej porozumiewał się z Berlinale poprzez niemieckiego doradcę dyrektora Kosslicka” toteż „wszystko zależy od jego łaski, a częściej niełaski”. Owszem, festiwal w Berlinie posiada swojego przedstawiciela na Europę Wschodnią, który udziela – bądź nie – filmom z tego regionu wstępnej rekomendacji. Przedstawiciel ten przebywał w Warszawie kilka dni, oglądając – wraz z druga osobą, odpowiedzialną za inne festiwalowe sekcje – kilkanaście polskich filmów. Niektórym z nich udzielili oni owej wstępnej rekomendacji, co nie zmienia faktu, że nie znalazły one ostatecznego uznania komisji selekcyjnej. Dodatkowo, kilka filmów wysłali do selekcji sami producenci. Czy Tadeusz Sobolewski sugeruje, że należało tego wszystkiego zaniechać? Dziwi też trochę, że nagle zaczął tak bardzo lekceważyć owego „doradcę”, o którego – co łatwo zauważyć – zabiegają przedstawiciele wszystkich kinematografii regionu oraz niezliczeni producenci. Nie zaniechano jednak i innych, bardziej bezpośrednich kontaktów (opartych na udanej współpracy z lat poprzednich) w tym z dyrektorem Kosslickiem, o czym świadczy stosowna korespondencja. Berlińska komisja selekcyjna obejrzała co najmniej kilka polskich filmów, a to że nie podjęła decyzji o ich zakwalifikowaniu to już temat na osobne, pogłębione rozważania.

 

Ciekawe zresztą, że w całym swoim artykule Tadeusz Sobolewski przyjął następującą perspektywę: jeśli film dostanie się na ważny międzynarodowy festiwal – jest to zasługa jego producentów. Jeśli się nie dostanie – jest to wina niedostatecznych działań PISF. „Wszystko co kocham” w Sundance – oczywiście „dzięki osobistym zabiegom reżysera i producenta”; oni sami wiedzą najlepiej, jaką rolę odegrał w tych zabiegach Instytut – ale o tym ani wzmianki. „Rewers” będzie promowany na targach w Berlinie – główną rolę odgrywa tajemnicza Mae Tan, ale ani słowa o tym, że niewiele brakowało, aby „Rewersu” na tych targach w ogóle nie było (dlaczego? – proszę pytać producentów i prosić o rzetelną odpowiedź) i rzecz udało się uratować tylko dzięki działaniom i kontaktom PISF-u. Agata Buzek jest naszą „shooting star” ale to też spadło z nieba, a nie jest efektem działań Instytutu. I tak dalej, i tak dalej.

 

Nie przemawia przez nas ani rozżalenie (choć rola chłopca do bicia nie jest przyjemna) ani „polskie kompleksy”. Satysfakcję czerpiemy z udanej współpracy z wieloma polskimi producentami, której efektem są wspólnie odnoszone sukcesy, oraz z opinii o działalności Instytutu, jakie słyszymy od naszych licznych partnerów zagranicznych. Na konferencji polsko-czeskiej podczas ostatniego festiwalu w Gdyni z ust liczących się czeskich filmowców padło stwierdzenie: „Gdyby  czeska kinematografia była tak promowana w świecie jak polska…” przyjęte z osłupieniem przez Polaków, których wielu uważa dokładnie odwrotnie, mniej więcej jak Tadeusz Sobolewski. Ale takie same opinie słyszymy od wielu filmowców i producentów a także przedstawicieli  pokrewnych Instytutów, choćby skandynawskich, które stawia się nam za wzór. Cóż, tak widocznie być musi, przydałoby się jednak w naszych wewnętrznych dyskusjach nieco więcej dbałości o realia.

11.02.2010