PlusCamerimage: lekcje mistrzów

Dante Spinotti

Dante Spinotti. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

We wtorek na festiwalu PlusCamerimage można sie było uczyć rzemiosła operatorskiego u światowych mistrzów – Dante Spinottiego i Vilmosa Zsigmonda.

 

Dwa zorganizowane przez firmę Panavision spotkania odbyły się w siedzibie Opus Film, jednego z największych polskich producentów filmowych.

 

Pierwsze prowadził Dante Spinotti, autor zdjęć m.in. do obrazów „Informator”, „Gorączka”, „Ostatni Mohikanin”, „Frankie and Johnny”,”Szybcy i martwi”, „Tajemnice Los Angeles”, „The Family Man”, „Nell”, „Blink”.

Spinotti, dwukrotnie nominowany do Oscara, laureat nagrody BAFTA, jest człowiekiem bardzo bezpośrednim. W tłumie młodych ludzi trudno go było odróżnić od studentów: w luźnych spodniach, kurtce puchowej i czapce rozmawiał z nimi o pracy kamery i ustawianiu światła.

 

Spotkanie szybko przeniosło się na podwórko przed siedzibą Opusa. Spinotti wymyślił scenę, którą uczestnicy spotkania filmowali na różne sposoby, a potem oglądali efekty na ekranie. Kilkadziesiąt osób komentowało to, co dzieje się na ekranie, ustawienia kamery. Po trwających trzy godziny zajęciach Spinotti znalazł jeszcze czas, żeby odpowiedzić na wszystkie indywidualne pytania i porozmawiać ze wszystkimi studentami, którzy o to prosili.

 

Przerwa między warsztatami była krótka. Wszyscy spieszyli się do największej sali Opusa, żeby zająć miejsce prawie na godzinę przed następnym spotkaniem. – Przecież to sam Vilmos Zsigmond! – mówili przejęci.

 

Zajęcia skoncentrowały się na omówieniu sekwencji z nakręconych przez niego filmów. Zsigmond jest laureatem Oscara za „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, a także autorem zdjęć m.in. do filmów „Łowca jeleni”, „Czarownice z Eastwick”, „Maverick”, „Sliver”. Uważa się go nie tylko za autorytet w dziedzinie zdjęć i oświetlenia, po Powstaniu Węgierskim w 1956 r. wyemigrował z kraju, przemycając nakręcone z ukrycia, niewygodne dla władzy materiały dokumentalne.

 

– Bardzo się cieszę, że tu jestem. Dla operatorów to najwspanialsze miejsce na świecie! Możemy rozmawiać, poznać się. Dziękuję, że przyszliście – rozpoczął Zsigmond.

 

Pierwsze duże sukcesy w USA zaczął odnosić w latach 70. – To były wspaniałe czasy. Byliśmy z László Kovácsem emigrantami z Węgier, chcieliśmy coś zrobić i trzymaliśmy się razem. Nikt nas wtedy nie znał – mówił. – Wspominam to jako złote czasy amerykańskiego filmu niezależnego: reżyserzy mieli coś do powiedzenia, a producenci nie rościli sobie prawa do ingerencji w ostateczny montaż. A i tak filmy przynosiły zyski w kinach.

 

Najszerzej omawianym filmem były „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. – Światło jest jednym z bohaterów tego filmu – podkreślał prowadzący spotkanie Benjamin Bergery, autor książek na temat pracy operatorskiej.

 

– Jeśli zapytacie operatora, co jest najlepszą częścią jego zawodu, zapewne odpowie, że praca ze światłem – mówił Zsigmond. – Operowałem prawdziwym światłem zastanym i z lamp. Dziś jest inaczej, kreuje się to komputerowo. Ja przynajmniej mogę powiedzieć, że wszystko, co widzicie na ekranie, istniało naprawdę. To dzieło moje i moich współpracowników: scenografów, rekwizytorów, oświetleniowców…


– Ale oczywiście, nie wszystko układało się różowo – wspominał Zsigmond. – Jak to przy dużych produkcjach, na planie było sporo nerwów. Byłem wyrzucany z pracy kilkanaście razy, w tym co najmniej pięć razy przez Spielberga. Jeśli chcecie pracować w Hollywood, przyzwyczajcie się do tego – śmiał się. – Zwykle jednak wszystko dobrze się kończy, tak było i tym razem. Każdy film jest odrębnym przeżyciem, zamkniętą całością w sensie wizualnym i emocjonalnym.

 

Trzecie wtorkowe spotkanie ze studentami było również rodzajem warsztatu. Jego moderatorem i bohaterem był Don Burgess, światowej sławy operator, wielokrotnie nagradzany między innymi za filmy „Forrest Gump” (nominacja do Oscara), „Kontakt”, „Cast Away: Poza Światem”, „Tożsamość Bourne’a”, „Spider-Man” i „Ekspress polarny”. Burges opowiadał przede wszystkim o pracy nad trudnymi scenami kręconymi pod wodą albo z udziałem ognia. Duża część spotkania dotyczyła problemu światła w filmie.

 

– Światło jest kluczowe! – przekonywał. – Nie bójcie się z nim eksperymentować. Szczególnie, kiedy kamera jest w ruchu: wtedy można je przesuwać, kombinować. Generalna zasada jest taka, żeby centrum oświetlenia dawać tam, gdzie widzowie mają kierować wzrok.


– Najbardziej interesujące w filmie są wyzwania – mówił Burgess. – Ciągle rozwiązujemy jakieś nowe łamigłówki. W każdym filmie, w każdej scenie. W ciągu ostatnich lat wiele się zresztą zmieniło pod tym względem, oczywiście dzięki nowym technologiom. Inaczej się filmuje. Zwraca się mniejszą uwagę na szczegóły. Zawsze przecież można to obrobić w komputerze, dodać jakieś elementy. Ale wbrew pozorom, nasza praca nie stała się teraz prostsza. Przeciwnie, jest bardziej skomplikowana i monotonna. Trzeba angażować się w obróbkę materiału, zwracać uwagę na różne technicze szczegóły. Może tylko efekt na ekranie jest pełniejszy, bardziej hollywoodzki. Jestem z tej generacji operatorów, którzy wolą pracę ze sprzętem analogowym. Uwagi notuję w kieszonkowym notesie, a nie w laptopie.


– Każdy ma film, który chce zrobić. Dla mnie to był „Forrest Gump” – mówił o swoim najważniejszym dziele. – Przy takiej pracy radzę się przygotować bardzo szczegółowo do każdej sceny, bo na planie nie ma na to czasu. Trzeba dogadywać szczegóły z reżyserem, aktorami. To też część tej pracy.

01.12.2009