Po jubileuszu Filmówki w Gdyni

Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna w Łodzi ma w tym roku swój 65. jubileusz. Obchody zaczęły się już na 38. Gdynia – Festiwalu Filmowym, gdzie zaproponowano uczestnikom dwudniowy program z okazji „urodzin”, jak nazywa to sama Szkoła.

Legenda

Wielkim nieobecnym pierwszego spotkania z młodymi absolwentami Szkoły był zmarły w 2000 roku Wojciech Jerzy Has, jeden z najbardziej rozpoznawalnych na świecie polskich reżyserów i scenarzystów filmowych, wykładowca i dziekan Wydziału reżyserii, potem rektor uczelni. Bohater dziesiątek anegdot i opowieści studentów.

 

– Pamiętam spotkanie, które miałem z Hasem, dotyczące etiudy, jaką przygotowywałem. To coś, czego nigdy nie zapomnę. Przez całe spotkanie powiedział do mnie może kilka zdań. Wszystkie trafione w punkt. Do dziś przechowuję scenariusz, na którym napisał „Kieruję do produkcji”. Jest tam data jego urodzin, bo wtedy akurat podjął tę decyzję – wspominał Borys Lankosz.

 

– Ja zapamiętałem jedno zdanie Hasa po tym, jak parę godzin czytał w milczeniu nasze scenariusze na zajęciach. Podniósł potem głowę i powiedział smutno: Oj, wy nie umiecie opowiadać… – mówił Leszek Dawid.

Zajęcia i wagary

– Z Łodzi pamiętam nieustanną imprezę i tak zwany permanentny festiwal filmowy, który organizowaliśmy z Piotrem Kielarem. Część zajęć była tak nudna, że postanowiliśmy na nie nie chodzić. Braliśmy z archiwum stare etiudy. Oglądaliśmy wszystkie jak leci, wystawialiśmy swoje oceny, śmieliśmy się i buczeliśmy – wspominał Xawery Żuławski.

 

– Pierwszy rok zajęć z profesorem Grzegorzkiem wyglądał tak, że na każde przynosiłem dwa do trzech nowych scenariuszy i po jakimś czasie umówiliśmy się, że pytałem się go już tylko „Dlaczego nie?” – żartował Łukasz Barczyk.

Filmy na termin

– Zawsze czujemy, że ludzie, którzy wiedzą coś o Szkole albo coś sobie wyobrażają na ten temat, mają dosyć spójny jej obraz: jako miejsca do którego przychodzą ludzie i uczą się, jak się robi filmy. A tak absolutnie nie jest! I chyba nigdy nie było. Ta Szkoła była zawsze dziwnym, migotliwym miejscem. Kiedy obserwuję losy studentów, wszystkich których pamiętam, to fascynuje mnie obserwacja tego, jak Szkoła kształtuje ludzi i jak kompletnie nie ma dla tego wspólnego mianownika. Kiedy ktoś dobrze się u nas czuje, działa to jak chemia. Ale są też osoby, które czują się źle, nie umieją wziąć nic dla siebie – mówił Mariusz Grzegorzek, rektor PWSFTviT. – Warto powiedzieć, że 99 procent filmów w Szkole robionych jest na termin. Studentom wydaje się do pewnego momentu, że złapali Pana Boga za nogi, dostali się do Szkoły jako jedni na milion kandydatów. Myślą: „Mam energię, talent, chcę tworzyć!” Potem przychodzi do robienia pierwszego filmu. Trzy dni do zdjęć, a my widzimy tylko jakieś niemrawe przygotowania i mętne wywody. Nikt nie wie, jak się nazywa, jaką ma grupę krwi i o czym chciałaby opowiadać. Ludzie mają potencjał i mogliby zrobić świetnie etiudy. Gdyby wzięli się za to szybciej, to film byłby lepszy, pełniejszy. Ale z jakiegoś powodu nie da się. Dodam, że Szkoła trochę się zmieniła, odeszła od systemu mistrzowskiego „ex cathedra”. Zrozumieliśmy, że film idzie w innym kierunku, że jego język się zmienił. To jest i uwolnienie, i utrudnienie, bo nie ma już tak precyzyjnych kryteriów, jakie obowiązywały kiedyś.

Czarna dziura

– Absolutnie nie ma szans, żebyśmy w Szkole nauczyli kogokolwiek robić filmy i to jest jedna z pierwszych informacji, które przekazujemy – dodał Łukasz Barczyk, który teraz jest także wykładowcą PWSFTviT. – Tego się po prostu nie da nauczyć. Można jedynie przekazać pewne zasady. Ostrzegamy studentów, że mamy zamiar zgotować im krwawą łaźnię i że będzie najgorzej, jak się da. A i tak, kiedy opuszczą mury Szkoły, to uznają ją za raj. Bo przynajmniej robią tu co roku jeden lub kilka filmów. Prawdziwy dramat zaczyna się w tzw. czarnej dziurze, kiedy wychodzi się ze Szkoły i okazuje się, że zrobienie filmu to bardzo poważny problem. Trzy do ośmiu lat pracy. W porównaniu do tego Szkoła jest rajem.

Emocje

W czwartek przedstawiona została analiza montażu filmu „Dziewczyna z szafy”. Warsztat poprowadzili montażystka Milenia Fiedler i reżyser Bodo Kox.

 

– Film montuje się tak, żeby do widza dotarły przede wszystkim emocje. Wywołuje je obraz. Zrozumienie może przyjść potem. Dlatego rozmowy z montażowni dotyczą głównie tego, jakie emocje mają być w danym ujęciu – zaczęła Milenia Fiedler. – Przeczytałam scenariusz „Dziewczyny z szafy” i przyznam, że zupełnie nie rozumiałam, jaki film ma z tego powstać. Nie wynikało to z treści zapisanych w scenariuszu. Po przejrzeniu pierwszych materiałów dalej nie wiedziałam, za czym iść. Mniej więc po jednej trzeciej zdjęć zaczęłam być zaintrygowana i ciekawa pokazanego tam świata.

Dialog

– Dotychczas w swojej pracy sam montowałem swoje filmy, co jest błędem, bo reżyser nie powinien montować własnych materiałów. Kiedy rozpoczęliśmy z Milenią współpracę, nie wiedziałem zupełnie, jak odpowiadać na jej pytania, czułem się najmniej kompetentną osobą w tym projekcie. Ale też dzięki niej nauczyłem się potem mieć zaufanie do montażysty. To on jest reżyserem tego, co dostanie z planu od reżysera – przyznał Bodo Kox.

 

Zaczynam od przejrzenia materiałów i zastanowienia się, o co ma chodzić w filmie, czy mi się to podoba. Ale montaż jest dialogiem: najlepiej wychodzi, kiedy towarzyszy mu dyskusja z reżyserem – dodała Milenia Fiedler.

Stoisko

Oprócz spotkań i warsztatów, PWSFTviT przez cały festiwal prowadziła też stoisko niedaleko festiwalowego Teatru Muzycznego, gdzie można było zrobić sobie zdjęcie Polaroidem, porozmawiać z pracownikami i obejrzeć wydawnictwa Szkoły.

 

Działalność Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej oraz 38. Gdynia – Festiwal Filmowy są współfinansowane przez PISF – Polski Instytut Sztuki Filmowej.

 

Aleksandra Różdżyńska

18.09.2013