Relacja z Passion to Market

Passion to Market
Fot. PWSFTviT

 

Łódzka część warsztatów Passion to Market trwała sześć dni, w czasie których reżyserzy, producenci i scenarzyści uczyli się jak przygotować film pod kątem odbiorców i zapotrzebowania rynku. Był to już drugi taki zjazd. Wcześniej, w kwietniu, wszyscy spotkali się pod Londynem. Gospodarzem spotkania w Polsce jest Łódzka Szkoła Filmowa.

W czasie każdego zjazdu uczestnicy z Polski, Wielkiej Brytanii i Francji rozwijają swoje projekty filmowe. Równolegle z pracami scenariuszowymi, trwały zajęcia omawiające potencjał rynkowy filmu i sposoby jego promocji. Na następne spotkanie w Paryżu ekipa każdego projektu musi przygotować trailer – tak, żeby łatwiej było potem pozyskać jego finansowanie i potencjalnych koproducentów. Rola marketingu i sprzedaży jest jednym z istotniejszych tematów warsztatów.

– To program dla absolwentów szkół filmowych w Łodzi, Beaconsfield pod Londynem i Paryżu – tłumaczy Rafał Skalski, uczestnik programu. – Chodzi o rozwinięcie projektu od etapu treatmentu do gotowego scenariusza, trailera i bookletu. Dochodzimy do tego poprzez praktyczne zajęcia i część teoretyczną. W styczniu planujemy wejść z tak przygotowanymi projektami na rynek, prezentować je na targach. Każda ekipa prowadzona jest przez tutora, wybieranego najczęściej spośród wykładowców, ale nie jest to warunek.


– Wszystkie warsztaty międzynarodowe są świetne, bo uświadamiają, że robienie filmów w Polsce to część czegoś większego
– dodaje. – Rynek międzynarodowy jest tak naprawdę o wiele ważniejszy niż to, co robimy w kraju. Warto się otwierać i konfrontować pomysły z kolegami z zagranicy. Nawet, jeśli nie będzie z tego koprodukcji. Cenne są same kontakty: z młodymi filmowcami i tutorami, do których w razie czego będzie można się w przyszłości odezwać. Z drugiej strony łatwo przesadzić z ilością warsztatów. Trzeba uważać na rady i wskazówki. Przyjmować je, ale pamiętać, że te uwagi są często zupełnie skrajne. W ostateczności i tak twórca będzie musiał zdecydować co jest najlepsze dla jego filmu.

– Warsztaty bardzo mi się podobają – podkreśla Maria Wojtyszko, pracująca z Rafałem Skalskim nad scenariuszem. – W Polsce nie ma wielu okazji, żeby ćwiczyć sztukę pitchingu – szczególnie po angielsku. A to umiejętność bardzo przydatna scenarzystom i reżyserom. Tutaj to ćwiczymy. Pitchingi odbywają się podczas warsztatów i na ich zakończenie. Bardzo rozwijające test również to, że w zajęciach biorą udział osoby z różnych krajów. Mamy dzięki temu pojęcie, co robią nasi rówieśnicy w Europie. I okazuje się, nie ma wielkiej różnicy między myśleniem reżysera z Polski i Anglii lub Francji.

W czwartek uczestnicy ćwiczyli właśnie sztukę prezentacji projektu. Pitching przed wykładowcami i ekspertami z całego świata odbywał się w dobrej, entuzjastycznej atmosferze. Każda ekipa była świetnie przygotowana. Przydało się to w czasie późniejszych konsultacji z ekspertami, które odbywały się w nietypowej scenerii hali zdjęciowej Filmówki. W zaaranżowanej na potrzeby etiud studenckich scenografii małych mieszczańskich pokoików cenieni przedstawiciele branży rozmawiali z uczestnikami. Radzili, jak rozwijać projekty, na co położyć środek ciężkości w scenariuszu i procesie produkcji.

– Historia na dobry film musi być potencjalnie zrozumiała na całym świecie. Warto przyciągać widzów, na przykład dzięki znanym aktorom. Są drodzy, ale można to jakoś obejść. Kiedy przekonamy do udziału w projekcie starszych twórców, ale bardzo cenionych, młodsi chętniej zgodzą się zagrać – bo chcą pracować z najlepszymi. A często właśnie młodzi znani aktorzy oznaczają sukces kasowy filmu – radzi Nik Powell, współzałożyciel Virgin Records, wiceprezydent Europejskiej Akademii Filmowej i Brytyjskiej Akademii Filmowej, producent takich filmów, jak „Gra pozorów”, „Backbeat”, „Neonowa biblia” i „Dziewczyny z kalendarza”. – Obsada się czasem zmienia, nie zawsze na gorsze. Pamiętam, jak w filmie „Mona Lisa” miał wystąpić Sean Connery. Zgodził się, ale potem coś mu wypadło i musiał się wycofać. Wzięliśmy Boba Hoskinsa, który dostał potem za to nominację do Oscara i nagrodę w Cannes. Teraz nie wyobrażam sobie kogoś innego w tej roli. W ogóle, kontakty są bardzo ważne. Każda sprzyjająca projektowi osoba może nas poznać z kimś, kto pomoże.

Legenda amerykańskiego kina autorskiego Ben Barenholtz, założyciel najsłynniejszego londyńskiego kina arthouse’owego Elgin, zdobywca Złotej palmy w Cannes, producent między innymi filmów braci Coen i Darrena Aronofskiego, zaczynał rozmowę od prostych pytań: „O czym jest twój film”, „Jaki ma być jego przekaz?” lub „Dlaczego chcesz być reżyserem?”.

– Radzę nie słuchać moich rad. Nie wierzę w ekspertów. Trzeba ufać własnej intuicji. W przemyśle filmowym nikt tak naprawdę nic nie wie. Najważniejsza jest pasja i oddanie pracy – powiedział nam. – Nie ma sensu rozpatrywać projektu pod kątem tego, czy nadaje się na jakiś rynek. Film jest albo dobry, albo zły, to jedyna zasada. Rynek bardzo się zresztą zmienia, nie można nic planować. Lepiej dopracować scenariusz. Jako producent dostaję dużo scenariuszy i mogę poradzić, że wersja tekstu, jaką się pokazuje, powinna być maksymalnie dopracowana. Od dobrych producentów dostaje się jedną szansę, nikt nie ma czasu czytać projekt kilka razy.


– Nie mógłbym być reżyserem
– dodał. – Praca z aktorami jest ponad moje siły. Ale znam reżyserów, więc wiem, że dokładne przemyślenie historii i postaci bohaterów – także momentów z ich życia nie pokazywanych na ekranie, bardzo pomaga. Bo opowieść musi być spójna, pod każdym względem. Jeśli widz musi się zatrzymać i próbować zrozumieć o co chodzi w filmie, który ogląda, to tracimy go.

– Myślę, że warsztat był udany, bardzo intensywny – podsumowuje Marcin Malatyński, pełnomocnik rektora PWSFTviT do spraw produkcji. – W tym roku udało nam się sprowadzić naprawdę bardzo ciekawych ludzi, głównie obcokrajowców, którzy z jednej strony są bardzo doświadczeni, pracują w branży od wielu lat, z drugiej zaś potrafią rozmawiać z młodymi ludźmi, którzy dopiero skonczyli szkołę. Mieliśmy po raz pierwszy producenta ze Stanów Zjednoczonych, Bena Barenholtza, który pokazał trochę inną od europejskiej, perspektywę na świat filmu. Niesamowicie mądry, inteligenty i doświadczony człowiek, który świetnie rozmawia z ludźmi. Wszyscy uczestnicy byli zachwyceni spotkaniami z nim. I z innymi wykładowcami. Oni przyjeżdżają tutaj, bo chcą poznać młodych ludzi, dyskutować z nimi. Uważają, że takie programy są bardzo dobre, rozwijające. Chętnie dzielą się wiedzą. Studenci są zawsze trochę zagubieni, nie wiedzą, jak fukcjonuje rynek filmowy. Dzięki programowi Passion to Market są w stanie bardzo szybko złapać te mechanizmy. Tym różnie się takie szkolenia od wyjazdów na markety do Berlina czy Rotterdamu, że atmosfera na nich jest zupełnie inna, bardzo serdeczna. Przede wszystkim nie ma presji. Cały czas rozmawiamy o projektach na wczesnym etapie. Nikt nie oczekuje, że ktoś wyłoży pieniądze i film będzie zaraz produkowany. Chodzi bardziej o radę i pomoc. Teraz, po warsztacie, uczestnicy mają głowę naładową pomysłami i czas na to, żeby to przetrawić. Liczymy że do następnego spotkania scenariusze będą bardziej zaawansowane. Staramy się to wszystko kontrolować, zbierać raporty o tym, na jakim etapie są projekty. Nie ma nic lepszego niż dyscyplinowanie przez deadline’y. Tego oczekują od nas uczestnicy.

– Udały się spotkania formalne i nieformalne, równie ważne, bo znajomości, które się zawiera, też potem procentują – dodaje Marcin Malatyński. – Widzi się potem tych ludzi na innych festiwalach. Można do nich podejść, poradzić się, dostać jakiś kontakt. To ogromnie ułatwia wejście w życie zawodowe. Dlatego Passion to Market jest tak ważny dla naszej szkoły. Nie tylko pomaga studentom, poprzez to, że przyjeżdżają tu ciekawe osoby, których mogą posłuchać. Sami też się bardzo dużo uczymy. Nabieramy doświadczenia i obserwujemy rynek filmowy w Europie, funkcjonujący zupełnie inaczej, niż nasz polski. W niektórych aspektach zmieniamy podejście na nauczania.

Ostatni zjazd tegorocznej edycji Passion to Market odbędzie się w listopadzie w Paryżu.

 

Aleksandra Różdżyńska

08.07.2011