Rozmowa z Anną Taszycką

Z Anną Taszycką, koordynującą działalność Akademii Polskiego Filmu w Krakowie rozmawia Artur Zaborski.

 

Artur Zaborski: Jesteś koordynatorką krakowskiej Akademii Polskiego Filmu.

 

Anna Taszycka: Z racji tego, że ten projekt zrealizowano u mnie na uczelni, zajmowałam się nim tylko w pierwszym semestrze. Teraz jest w rękach mojej koleżanki – Marty Raczek.

 

Ale powołanie i inauguracja Akademii były Twoim zadaniem.

 

Zrobiliśmy uroczystą inaugurację w październiku. Bardzo chcieliśmy zaprosić Jerzego Stuhra, który zaczął wtedy chorować. W związku z tym naszym gościem specjalnym był Jerzy Armata. Zaprosiliśmy też ludzi z Akademii Muzycznej, którzy grali utwory Krzysztofa Komedy na akordeonach. Z kolei na początek drugiego semestru wymyśliłyśmy z Martą wernisaż. Studenci malarstwa i grafiki z naszej uczelni projektowali plakaty do polskich starych filmów.

 

Jak wyglądała frekwencja na zajęciach Akademii?

 

Większość uczestników stanowią nasi studenci, których jest około 90%. Prac zaliczeniowych, na podstawie których zaliczają ten kurs, wpłynęło ponad 200 – więc naprawdę dużo. To osoby, które muszą ten przedmiot zaliczyć: studenci kulturoznawstwa oraz organizacji produkcji telewizyjnej i filmowej. Pozostałą część kursantów stanowią nauczyciele, którzy chodzą na zajęcia regularnie, a także osoby ze szkół średnich i pojedynczy widzowie, którzy przychodzą na wybrane filmy. Jest też spora reprezentacja studentów zagranicznych, którzy traktują Akademię jako kurs języka polskiego. Widzę to wyraźnie w ich pracach, w których piszą, że nie wszystko zrozumieli, ale zainteresowały ich poszczególne wątki i tematy.

 

Pomocą w zrozumieniu poszczególnych projekcji są poprzedzające je wykłady. Kto je wygłasza?

 

Wybierałam wykładowców z pierwszego semestru, Marta Raczek z drugiego. Starałam się zapraszać przede wszystkim tych, którzy są u nas na uczelni, dlatego wśród gości znaleźli się m.in. Joanna Preizner, Elżbieta Wiącek, Marta Raczek oraz ja.

 

Można odnieść wrażenie, że w programie Akademii znajdują się filmy w dużej mierze bardzo niszowe.

 

Ja też się wiele dowiaduję, bo – nie oszukujmy się – nikt z nas nie widział wszystkiego. A czasami to są takie kopie, które nie są ogólnie dostępne. Choć muszę przyznać, że brakuje mi nastawienia prokobiecego, co może wynikać ze specyfiki polskiej kinematografii. W pierwszym semestrze jest tylko jeden film, który wyreżyserowała kobieta – „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej. W drugim semestrze nie ma żadnego. To mogłoby się zmienić dzięki dokumentom i animacjom. Fajnie by było potraktować to jako pretekst do pokazania na przykład etiud szkolnych Agnieszki Osieckiej. Inna sprawa, że nie wszystkie filmy mi się podobają, ale nie da się dogodzić wszystkim.

 

Chodzi o ich jakość artystyczną czy techniczną?

 

Jedną i drugą. Dziwi mnie na przykład, że spośród filmów przedwojennych została wybrana „Jadzia”, która pomimo obsady nie jest wybitnym filmem. Są lepsze komedie, choćby „Piętro wyżej” Leona Trystana. Jeśli zaś chodzi o warunki techniczne, to Filmoteka Narodowa, skąd dostajemy filmy, dysponuje beznadziejną kopią „Młodego lasu” Józefa Lejtesa. Nie wszystkie z programu Akademii są w dobrej jakości. Raz była taka sytuacja z filmem „Celuloza” Jerzego Kawalerowicza, który był ewidentnie źle zmontowany. Widziałam ten film też na kanale Kino Polska i wyglądał dokładnie tak samo. „Paweł i Gaweł” też był w nie do końca dobrej kopii. Jest też problem z filmami wielojęzycznymi jak „Godziny nadziei” Jana Rybkowskiego czy wspomniany „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej, gdzie wielojęzyczność nie jest tłumaczona, co dla współczesnego widza jest kompletnie niezrozumiałe. Przy wyborze filmów to powinno być brane pod uwagę. Jeśli film jest w gorszej kopii, to warto byłoby się zastanowić, czy nie zastąpić go innym, którego jakość techniczna jest lepsza.

 

Poruszyłaś ciekawy wątek absencji dokumentów w programie.

 

Uważam, że dobrze by było, gdyby PISF zrobił też taki półroczny kurs dotyczący dokumentu polskiego. Nie do końca zgadzam się z ukierunkowaniem Akademii tylko na fabułę. Wytrwanie na dwóch filmach i wykładzie wymaga dużo wysiłku, co u mnie na uczelni nie do końca się sprawdza. Sporo osób wychodzi po pierwszym filmie, dlatego na początku zawsze pytamy studentów, który film chcieliby obejrzeć jako pierwszy. Niektóre projekcje są za długie, zajmują całe popołudnie. Gdyby to było zmodyfikowane: godzinny film dokumentalny lub animacja i jeden film pełnometrażowy byłoby lepiej. Byłby to też wabik na tych ludzi, którzy uczestniczyli w Akademii w pierwszym semestrze. Mówiliśmy im wtedy o dokumentach socrealistycznych, teraz mówimy o przypadkach dokumentalistów w latach 70. Te filmy są trudno dostępne. Podobnie wczesne dokumenty Wajdy, krótkometrażówki Polańskiego – nie trzeba grzebać głęboko, żeby wygrzebać coś interesującego.

 

Będzie na to szansa w październiku?

 

Od października rusza tylko trzeci semestr Akademii. Nie będzie startu od nowa. Na uczelni to jest duża logistyczna praca. Poza tym ten, kto będzie uczęszczał na zajęcia od trzeciego semestru, nic nie straci wchodząc w styczność z tymi wykładami od lat 70. Nie wiadomo też, czy cykl będzie miał kontynuację. Akademia obecnie rozgrywa się równolegle w kilku miastach. W Krakowie projekcje miały się odbywać w ARS-ie, ale z powodu problemów kina tak się nie stało. U nas Akademia opiera się na studentach. I to oni stanowią główny target, mimo że promocja była na początku większa, skierowana do szerszej grupy odbiorców. Nie jest tak, że kiedy impet promocji osłabł, to liczba widzów zmalała, bo projekt jest uczelniany. Pomógł też mailing PISF. Na Akademię zaczęły chodzić nauczycielki, które robią notatki na każdych zajęciach.

 

W takim razie jednym słowem – czy pomysł Akademii miał sens?

 

Zdecydowanie. Akademia przynosi duże efekty. Dużo studentów przychodzi niezainteresowanych kinem polskim, a kończy kurs nastawionych do niego pozytywnie. Akademia pomaga w popularyzacji i promocji rodzimej kinematografii.

19.06.2012