Rozmowa z Franzem Rodenkirchenem

Podczas 38. Gdynia – Festiwal Filmowy rozmawialiśmy z Franzem Rodenkirchenem, pisarzem, doradcą i konsultantem scenariuszowym, przewodniczącym selekcji w TorinoFilmLab, wykładowcą na m.in. Script & Pitch, który poprowadził specjalne warsztaty z udziałem projektów polskich twórców.

PISF: Co Pan sądzi na temat projektów polskich scenariuszy, biorących udział w warsztatach, które Pan prowadzi podczas 38. Gdynia – Festiwal Filmowy?

Franz Rodenkirchen: Te warsztaty idą nam bardzo dobrze, a nie zawsze tak się dzieje. Uczestnicy nie znają mnie. Praca na warsztatach polega na tym, że dowiadują się zupełnie nowych rzeczy o swoich projektach, o czymś, co jest bardzo blisko ich, co jest bardzo osobiste w ich scenariuszach. Myślę, że są bardzo otwarci. Od początku towarzyszy nam bardzo dobra atmosfera. Zdecydowaliśmy, że podzielimy uczestników na dwie grupy. Dzięki temu możemy lepiej skupić się na projektach. Każda osoba w grupie czyta scenariusze pozostałych uczestników, może więc mieć swój wkład w pracę również nad innym projektem. W przeciwnym razie ludzie byliby tylko widownią. Dzisiejszy dzień był naprawdę fascynujący, bardziej niż się tego spodziewałem. Myślę, że stało się tak dlatego, że uczestnicy byli bardzo otwarci i hojni w uwagach skierowanych do ich kolegów. Nie chcieli rozmawiać tylko o swoich własnych projektach, wnieśli swój wkład również w dyskusjach na temat innych scenariuszy.

Czy widzi w nich Pan potencjał?

Tak. Są bardzo różne. Na początku próbowałem sobie wyobrazić, jak damy sobie radę z trzema projektami w jednej grupie. Projektami, które dotyczą bardzo różnych rzeczy i są skierowane do różnych grup widzów. Okazało się jednak, że się nam udało. Pięć z sześciu projektów to już scenariusze. Niektóre z nich są już bardzo zaawansowane. Twórcy pracowali nad nimi dosyć długo. Każdy projekt filmowy ma już producenta.

Czy wcześniej miał Pan okazję konsultować jakieś polskie projekty filmowe?

Jestem wykładowcą w TorinoFilmLab, w programie rozwoju scenariusza Script&Pitch. Po raz pierwszy ten warsztat odbył się w tym roku również w Polsce, w Krakowie. Brał w nim udział polski projekt Kristoffera Rusa „Masakra profana”. Współpracowałem z Martą Parlatore, absolwentką łódzkiej szkoły filmowej. Miałem również swój wkład w scenariusz filmu „Obietnica” w reżyserii Anny Kazejak-Dawid, którego producentem jest Opus Film.

Współpracował Pan również z polską reżyserką Urszulą Antonika przy filmie „Code Blue”.

Z Urszulą spotkałem się chyba tylko raz. To spotkanie odbyło się dosyć późno, kiedy scenariusz „Code Blue” był już bardzo dobrze rozwinięty. Mieliśmy bardzo otwartą dyskusję. Próbowałem przekazać moje spostrzeżenia na temat jej scenariusza, w szczególności na temat jej intencji. Rozmawialiśmy o emocjach, odbiorcy, o jej kolejnym projekcie a także o tym, jak pracuje. Znaleźliśmy wspólny język. Od tamtej pory jesteśmy w kontakcie i myślimy nad współpracą nad jej kolejnym scenariuszem. Bardzo chciałbym kontynuować współpracę z Urszulą Antoniak. Myślę, że dobrze się rozumiemy, a to jest bardzo ważne.

Czy bycie konsultantem scenariuszowym jest trudnym zajęciem? Na czym polega Pana praca?

Staram się nie ingerować w projekty filmowe. Jako doradca nie muszę tego robić, tak jak na przykład producent. Mogę powiedzieć twórcom scenariusza, czego chcą według mnie. Jeżeli zgadzają się, że chcą właśnie tego, mogę im zasugerować, o czym mogliby pomyśleć, a może nawet zmienić, albo przemyśleć, żeby zbliżyć się do tego, czego naprawdę chcą. Zazwyczaj nikt nie pyta się o rady, jeżeli wie, czego chce. Pomaganie w trakcie pracy nad scenariuszem jest ważne. Staram się to robić mając na uwadze ich punkt widzenia. Oczywiście, kiedy piszą scenariusz są w lesie, ja jestem ponad tym lasem i patrzę z zewnątrz i mam nad nimi przewagę. Zawsze próbuję pomóc im w osiągnięciu tego, czego chcą, a nie tego, czego chcę ja, albo tego, co wydaje mi się najlepsze. To trudne, bo muszę zdobyć ich zaufanie. Na koniec dnia wspólnej pracy mówię twórcom, że moim klientem nie jest producent, nie jest nim również filmowiec – to scenariusz jest moim klientem. Musimy dowiedzieć się, czego naprawdę potrzebuje projekt. W większej mierze ta praca polega na komunikacji międzyludzkiej. To spotkania z ludźmi i z ich twórczymi umysłami, które funkcjonują w różny sposób, potrzebują różnych wskazówek, podpowiedzi. Ta praca to wyzwanie, ale daje dużo satysfakcji, kiedy te filmy powstają i można je zobaczyć w kinie.

Jak został Pan doradcą scenariuszowym?

Nie istnieje żadna ścieżka edukacji, żeby stać się script doctorem, doradcą scenariuszowym. Tak jak wiele osób, które wykonują ten zawód, zacząłem kiedyś to robić. Oczywiście miałem wcześniej akademickie doświadczenie związane z mediami i literaturą. Pracowałem również w kinie jako operator, układałem program filmowy. Kiedy byłem jeszcze studentem w latach 80-tych i wczesnych latach 90-tych, stałem się współtwórcą scenariuszy i niskobudżetowych filmów. Później zacząłem pracować z producentem, który poprosił mnie o czytanie scenariuszy i kiedy zacząłem to robić, zdałem sobie sprawę, że to jest coś, co lubię i co jest dobrze odbierane. 15 lat temu zdecydowałem, że to będzie moje główne zajęcie i udało się. Od początku zacząłem pracować również poza Niemcami.

 

Nadal nie istnieje takie miejsce, gdzie można by się kształcić w tym kierunku. Oczywiście istnieją różne kursy i szkolenia, gdzie można zdobywać doświadczenie w tej dziedzinie. Script&Pitch prowadzi szkolenie, w którym jest się częścią grupy filmowców i można wiele się nauczyć od wykładowców. Ja sam uczę na warsztatach „Story editing. Six Days of Practice”, przeznaczonych dla osób, które chcą się czegoś dowiedzieć o tym zawodzie, a w szczególności, jak skonstruować krytyczną opinię, informację zwrotną na temat scenariusza. To chyba największe wyzwanie.

Ma Pan bardzo wielkie doświadczenie w konsultowaniu scenariuszy, czy mógłby Pan coś doradzić polskim scenarzystom, podzielić się Pana spostrzeżeniami, jak napisać dobry scenariusz?

Większość osób, z którymi pracuję, ma bardzo osobisty stosunek do tego, o czym piszą. Twórcy żyją ze swoimi projektami przez lata, musi to być więc coś takiego, czemu się ufa, z czym jest się blisko, żeby mieć energię się tym zajmować. Nie próbujcie pisać scenariuszy innym ludziom. Piszcie swoje własne. To bardzo ważne. Moja rada dla producentów: nie szukajcie projektów, tylko ludzi. Ona dotyczy również scenarzystów. Nie szukajcie wielkich nazwisk, szukajcie osób, z którymi najlepiej się dogadujecie, z którymi jest wam po drodze. Mam również jedną radę dotyczącą pisania. Jest coś, co ciągle się pojawia. Wiele osób próbuje koloryzować rzeczy w swoich historiach. Scenariusz można dobrze rozwinąć tylko, wtedy, jeżeli zna się dobrze temat. Jeżeli ktoś chce być wiarygodny musi wiedzieć, o czym opowiada. W przeciwnym razie straci się coś bardzo ważnego. To taka mała porada, która zawsze się sprawdza.

Czy mógłby Pan podzielić się swoimi uwagami na temat związku pomiędzy scenariuszem a widownią?

Właściwie nie używam słowa widownia, w taki sposób, jak zwykle robią to ludzie mówiący, że widowni się to nie spodoba, widownia chce zobaczyć to, czy tamto. Myślę, że słowo widownia jest niepotrzebne. Nie należy używać tego słowa, ono zawsze powoduje problemy. Widownia to każdy, o kim się myśli, kiedy się pisze i próbuje się wyobrazić: kto to obejrzy, przeczyta i kim ma być ta osoba, żeby zrozumieć to, co my chcemy, żeby zrozumiała. Mamy więc wyimaginowaną widownię już od samego początku pisania i jest ona tworzona poprzez pisanie. Jest bardzo ciekawa i jest zawsze blisko. To właśnie o niej powinniśmy myśleć w czasie tworzenia.

Czy pisze Pan swoje własne scenariusze?

Kiedyś pisałem. Często ludzie proszą mnie o to, żebym był współtwórcą scenariusza, ale nie zgadzam się na to. Przygotowuję teraz książkę, która dotyczy mojej pracy.

W jaki sposób mogą się z Panem skontaktować osoby, które chciałaby skonsultować swój scenariusz?

Mogą mnie znaleźć na warsztatach Script&Pitch. Nabór zgłoszeń trwa do końca października. Pracuję również dla CineLink – targów koprodukcyjnych, które odbywają się podczas festiwalu w Sarajewie. Możecie mnie tam znaleźć, ale polskie projekty nie mogą brać w nim udziału – tylko scenariusze z krajów bałkańskich. Ciągle pracuję jako doradca w Binger Filmlab – większość moich warsztatów prowadzę właśnie dla nich. Oprócz tego przeprowadzam konsultacje indywidualne. Jeżeli macie projekt, nad którym trzeba popracować, możecie do mnie napisać. Większość z tradycyjnych warsztatów scenopisarskich współfinansuje program MEDIA, ale chce się z tego wycofać i wspierać nowe formy, nowe trendy w powstawaniu scenariuszy. Ilość kursów z klasycznego scenopisarstwa znacznie się zmniejszy. Szkoda. Pisanie zawsze będzie pisaniem. W przyszłości może być trudno znaleźć warsztaty, na których ktoś będzie chciał rozwinąć projekt. 

 

Kontakt do Franza Rodenkirchena: solace@solace23.com.

 

Rozmawiała Paulina Bez

03.10.2013