Rozmowa z Grzegorzem Brzozowskim

Fot. Vera Kondratiuk
Grzegorz Brzozowski. Fot. Vera Kondratiuk

 

Rozmawiamy z Grzegorzem Brzozowskim, reżyserem krótkometrażowego filmu „Dzisiaj w Warszawie, jutro gdzieś w świecie”, który dziś ma swoją premierę w ramach trwającego Planete+ Doc Film Festival.

 

Czy to prawda, że Marcel Łoziński powiedział, że „Dzisiaj w Warszawie, jutro gdzieś w świecie” to najpiękniejszy film o miłości, jaki widział?

 

To bardzo miłe, nie wiedziałem o tym. Do końca też nie wiem, czy można to nazwać miłością. Na pewno jest w relacji moich bohaterów coś bardzo nieuchwytnego. Marcel Łoziński bardzo żywo odbierał ten film już w trakcie jego realizacji w ramach programu dokumentalnego w Szkole Wajdy, co było dla mnie ważne, bo historia, którą opowiadam, na pierwszy rzut oka może nie być do końca czytelna dla ludzi starszych od nas. Zauważmy, że ten dokument to głos doświadczenia, które im nie było dostępne. Erasmusa i couchsurfing umożliwiły dopiero środki techniczne, przemiany polityczne i warunki ekonomiczne ostatnich lat. Dopiero od niedawna możemy być niemal wszędzie niewielkim nakładem środków; moje pokolenie doświadcza tego szczególnie silnie.

 

Czy ciężko się robi dokument o uczuciu, które dopiero rodzi się między bohaterami, jest bardzo płochliwe?

 

Rzeczywiście dużym wyzwaniem było pogodzenie intymności tej relacji z naszą obecnością. Nie chcieliśmy przeszkadzać – zależało nam raczej na tym, żeby to była taka dyskretna półobecność. Ekipa była w związku z tym zredukowana do minimum – byłem tylko ja i operator – Magda Kowalczyk. Myślę, że moje porozumienie z Magdą, z którą znamy się od lat, emanowało na bohaterów. Ale oczywiście przy pierwszym wspólnym spotkaniu – w poranek kręcenia ich spaceru – czuło się pewne spięcie.

 

Twoi bohaterowie eksplorują warszawską Pragę – cały czas są w ruchu, zaglądają do dziwnych zaułków, zatrzymują się w małych sklepikach albo ciemnych jak diabli, bo oświetlanych tylko świeczkami, knajpach. Jak wyglądała praca operatora?

 

Realizacja wymagała improwizacji i Magda była na nią bardzo otwarta. Potrafiła zdokumentować kompletnie jej nieznaną przestrzeń dosłownie na chwilę przed wejściem w nią bohaterów. Jedyny chyba wyjątek stanowił zachwaszczony praski brzeg Wisły, który Magda zna rewelacyjnie, bo kilka lat temu zrealizowała tam swój dokument pt. „Przy rzece”. Buszowała tam z dużą swobodą.

 

Skąd wziął się pomysł na film?

 

Pomysłu szukałem w sobie. Próbowałem znaleźć własne doświadczenie, które byłoby przekładalne na pewne postaci. Punktem wyjścia był Stephane, którego znalazłem w sieci couchsurfingu. Vera dowiedziała się o filmie w poranek realizacji zdjęć. Zgodziła się wziąć w nim udział, więc zaczęliśmy kręcić – nie było czasu do stracenia. I Vera, i Stephane mają niesamowitą charyzmę i energię emocjonalną. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem właśnie na nich. Przyjaźnimy się zresztą do tej pory.

 

Stephane to chłopak pełen pasji. Jest zafascynowany Warszawą, a najbardziej jej praską stroną. Egzotyka w najczystszej postaci: spacer Belga po jego ulubionych praskich miejscach, takich jak na przykład opuszczona rzeźnia.

 

Stephane wypracował przede wszystkim unikalną pączkową mapę Warszawy. Chyba wie, jak to działa na kobiety. Podobnie z miejscem nad Wisłą. Mieszkam w Warszawie już od ładnych paru lat i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby wdzierać się między tamtejsze krzaki i badyle i to jeszcze zimą! A Stephane – oczywiście, i to nie raz. Miał tam już swoje miejsca, swoje gniazdo. Kompletnie mnie to rozbroiło. Kiedy kręciliśmy, ta część nabrzeżnej Pragi była jeszcze kompletnie nieujarzmiona, obok stał jeszcze Stadion Dziesięciolecia, nie było obecnej ścieżki rowerowej. Swoją drogą, ciekaw jestem, czy kiedyś będzie się patrzyło na ten film jako na obraz Pragi, która się pewnie zmieni m.in. przez organizację Euro.

 

Żyjemy w czasach, w których coraz mniej rzeczy jest niemożliwych. Szczególnie, jeśli chodzi o przemieszczanie się. Na ile twój film opowiada o nowym modelu człowieka i jego czasach mobilności?

 

Na początku pracy nad filmem miałem trochę niezdrową skłonność do myślenia o typach i modelach, bo z wykształcenia jestem socjologiem, a dopiero później dokumentalistą. Całe szczęście w Szkole Wajdy wyleczono mnie trochę z tego nawyku, za co powinienem być moim nauczycielom dozgonnie wdzięczny. Coś jednak z tej inspiracji zostało: chciałem pokazać ludzi w moim wieku, czyli urodzonych w latach 80-tych, którzy bardzo świadomie przyjmowali wszystkie ułatwienia, które nie były dane naszym rodzicom czy nawet starszemu rodzeństwu. Mobilność dla ludzi w naszym wieku jest czymś okrutnie ważnym. Sam byłem częścią wielkiego szturmu na Wyspy Brytyjskie po otwarciu granic w ramach Unii. Mam wrażenie, że powoli coraz ważniejsza obok tej emigracji czysto zarobkowej staje się wymiana kulturalna i studencka.

 

Chciałem opowiedzieć o emocjonalności tego nowego człowieka. Sam doświadczyłem czasem tego szczególnego napięcia, kiedy spotyka się znakomitych ludzi na bardzo krótki czas. Z czasem musiałem się nauczyć wyzyskiwać ten dany moment do maksimum, bo wiedziałem, że prawdopodobnie nie będzie powtórki. Ostatnio pojechałem do Utrechtu, gdzie byłem wcześniej na Erasmusie. Zajrzałem do miejsc, w których ze znajomymi całymi godzinami siedzieliśmy pisząc jakieś niesamowite scenariusze. Spotkałem tam tylko jedną znajomą osobę. Jak można było się spodziewać, okazało się, że to miasto jest kompletnie obce. Erasmus to jedyny taki czas: tu i teraz, na siłę nie można go odtwarzać. Zresztą się nie da. Zostają tylko wspomnienia. A mimo to, trudno się jakoś pogodzić z niemożnością powrotu. I to jest właśnie cena, którą płacimy za podróżowanie.

 

Czy moment, w którym uświadamia się sobie, że trzeba będzie zapłacić tę cenę, nie jest przypadkiem symbolicznym przejściem w dorosłość?

 

Kiedy patrzę na mobilnych bohaterów naszych czasów, mam wrażenie, że często mają oni pokusę życia w zawsze nowym stanie ekscytacji: nowe miejsca, nowi ludzie… A to tworzy wrażenie wciąż nowego początku. Jest w tym chyba pewne ryzyko niedomknięcia – jeśli pojawi się pytanie dotyczące poważnej kwestii, uciekniemy gdzieś obok, gdzie jest łatwiej. Nowy początek kusi, bo po prostu jest zawsze możliwy. Czy da się w tych warunkach określić graniczny moment wejścia w dorosłość?

 

Kiedyś rzeczywiście dojrzewało się właśnie poprzez podróże. Kiedy przychodził odpowiedni czas, arystokratyczny zwyczaj kazał jechać do Włoch. Dziś jeżdżenie po świecie upowszechniło się, wręcz umasowiło. Uprościło i sprowadziło do turystyki niewymagającej, często nieotwierającej horyzontów.

 

Swoją drogą, to już całkiem poważne zagadnienie, w socjologii powstał już chociażby prąd tzw. mobility studies. John Urry, jeden z badaczy tego nurtu, uznaje, że mobilność jest obecnie wręcz sednem struktury społecznej. Według innego socjologa, Richarda Sennetta to, że ciągle musimy być otwarci na nowe możliwości ma duży wpływ na nasz charakter – może oznaczać nawet, że do końca nie wiemy, kim jesteśmy.

 

Ci młodzi, alternatywni podróżnicy oczywiście nie zawsze zadowalają się bezmyślną turystyką, wciąż szukają odpowiedzi na swoje pytania i chcą je znaleźć właśnie w trakcie podróży. Z jednej strony to poszukiwanie siebie, takie wieczne bycie w podróży, „gdzieś” jest fajne i urocze, ale pytanie czy zawsze może trwać? Bo w pewnym momencie pojawia się chyba jednak ból. I właśnie to próbowałem pokazać.

 

Czy twoje własne doświadczenie, mam na myśli przede wszystkim twój wyjazd na Erasmusa, ale i inne, pozwoliło ci lepiej zrozumieć bohatera?

 

Chyba tak. Pamiętam, że pierwsze spotkanie ze Stephanem było bardzo dziwnym, wesołym i zarazem smutnym odkryciem. Miałem wrażenie, że to trochę ja sprzed kilku lat. Ja, który pod pewnymi względami już nigdy nie wróci.

 

Twój film przywodzi na myśl w pierwszej kolejności nie dokumenty, ale filmy fabularne, takie jak „Przed wschodem słońca”, „Niezasłane łóżka” czy oczywiście „Smak życia”. Czy któreś rozwiązania chciałeś przenieść z tamtych filmów do swojego?

 

To bardzo miłe skojarzenie. Rzeczywiście, jak się zobaczy te fabuły, to na jakimś poziomie świadomości one zostają. W pewnym momencie pracy zacząłem rzeczywiście wspominać „Przed wschodem słońca”, bo struktura dramatyczna jest podobna: mamy mało czasu i możliwość dużej intensywności kontaktu. Siła fabuły Linklatera polegała według mnie na tym, że uchwyciła radość i smutek takich wyjątkowych, nieuchronnie ulotnych spotkań, które czasami potrafią jednak zmienić czyjeś życie.

 

Moi znajomi przeżywali podobne historie, sam też ocierałem się o takie sytuacje. Po prostu: spotykasz kogoś wyjątkowego i wiesz, że czasu jest bardzo mało. Cokolwiek się wydarza, jest szalenie intensywne. Cieszę się, że ten temat udało się dotknąć wreszcie dokumentalnie w polskim kontekście kulturowym. Oczywiście nie chciałem robić dokumentalnej wersji filmu Richarda Linklatera, ale chciałem zobaczyć, co się wydarzy pomiędzy moimi bohaterami. Takie rzeczy się zdarzają. Nawet teraz. Gdzieś w Warszawie albo gdzieś w świecie.

 

Rozmawiała Ada Bogdziewicz

 

16.05.2012