Rozmowa z Grzegorzem Mołdą

27 maja podczas 70. MFF w Cannes w Konkursie Filmów Krótkometrażowych prezentowany będzie film dyplomowy Grzegorza Mołdy „Koniec widzenia”. Współfinansowany przez PISF film powalczy o Złotą Palmę. Rozmawiamy z reżyserem filmu.

PISF: O czym dla ciebie jest „Koniec widzenia”?

Grzegorz Mołda: Dla mnie przede wszystkim jest to film o szeroko pojętym dojrzewaniu. Żeby wejść w kolejny etap swojego życia czasami musimy zniszczyć swój poprzedni. To tak pokrótce mówiąc, bo nie chcę zdradzać oczywiście całej fabuły. Ta myśl mi jakoś towarzyszyła – czasami musimy coś poświęcić, żeby zyskać na czymś innym. To moim zdaniem koresponduje z podejściem scenariuszowym, które chciałem wyłuskać z tego filmu. Chciałbym, aby główna postać w moim filmie nie miała żadnego dobrego wyboru, aby każda jej decyzja była błędem. To było dla mnie atrakcyjne w niektórych filmach, jakie oglądałem. Chciałem po prostu spróbować, to nie było nic odkrywczego. Mamy to w literaturze od czasów antyku. To było zaczerpnięcie jakiejś figury, której mogę użyć i sprawdzić, czy reżysersko na tym etapie na jakim jestem możemy zrealizować piętnastominutowy film.

Czy w filmie krótkometrażowym jest łatwiej czy trudniej opowiedzieć taką historię?

Nie mam odniesienia do filmu pełnometrażowego, więc ciężko mi powiedzieć, ale myślałem o tym, że w krótkim filmie nie ma miejsca na niektóre sceny, które dają oddech. Widzę, że mój film jest bardzo intensywny i gęsty. Może, gdybym miał go teraz jakoś zmienić to wydłużyłbym go właśnie o takie sceny, które by trochę rozrzedziły tę atmosferę. Mam taką myśl odnośnie krótkiego metrażu, która zrodziła się po przejrzeniu listy uczestników tego konkursu w Cannes na przestrzeni kilkudziesięciu edycji: nie zawsze twórcy zajmujący się krótkim metrażem przechodzą do pełnometrażowych produkcji. Przeglądałem wywiady z wieloma twórcami krótkich filmów i u każdego jest ta myśl, ten stres związany z tym, co dalej. Zrobiłem film, który ma jakiś odbiór i co dalej? Też mam jakieś obawy z tym związane. Myślę, że to nie jest takie proste, to zupełnie inny kosmos.

W jaki sposób powstał scenariusz filmu?

Scenariusz to było rozwinięcie sceny dialogowej z pierwszego roku. Miałem już jakąś bazę, ponieważ właśnie na pierwszym roku zrealizowałem etiudę dialogową, która później de facto przepisana na nowo była podstawą mojego filmu dyplomowego. Ten temat cały czas się już przewijał, to nie była praca od podstaw. Pisałem na drugim roku inny scenariusz dyplomu, na którym poległem. To była porażka i musiałem go odstawić. Nie wiedziałem, jak mam tamtą historię opowiadać. Pomyślałem, że po prostu chcę zrobić film dyplomowy, więc wracam do rzeczy, która wcześniej była i gdzieś tam myślałem, żeby zrobić z niej coś dłuższego. Etiudę dialogową z pierwszego roku rozwijałem na zajęciach z Grzegorzem Łoszewskim, pod opieką Roberta Glińskiego, Sławomira Fabickiego i Filipa Marczewskiego – wszyscy nasi wykładowcy byli w to zaangażowani, Robert Gliński jako opiekun został wybrany później. Więc praca scenariuszowa nad tym tekstem trwała kilka miesięcy. Deadline się zbliżał i praca była bardzo intensywna, pojawiały się kolejne wersje, cały czas zmiany. Też dużo nieprzespanych nocy, frustracji i stresu. Ale wiedziałem, że muszę doprowadzić scenariusz do momentu, który mi pozwoli złapać podstawy historii i później ją opowiedzieć.

Czy myślałeś o tym, żeby dalej kontynuować tę historię, spróbować opowiedzieć ją w dłuższej formie?

Chyba nie. Przez to, jaki jest tutaj finał w tym filmie – a jest inny, niż było założenie w scenariuszu. Coś, co miało być dalej nagraliśmy, ale było to po prostu słabe. Jestem zadowolony, że ten film kończy się w takim momencie, w jakim się kończy. To wynik dojrzałości montażystów i też mojej dojrzałości, że nie baliśmy się skończyć tego filmu w sposób, by nie dopowiedzieć za dużo.

Jak wybrałeś aktorów do swojego filmu dyplomowego?

Bardzo długo byłem zakładnikiem tej etiudy z pierwszego roku. tam była aktorka, która bardzo mi się podobała wtedy, w tamtej scenie. Myślałem oczywiście o zaangażowaniu jej do drugiego filmu. Nie doszło jednak do tej realizacji i współpracy z nią. Z Urszulą Morgą i Pawłem Podolskim odwiedziliśmy wszystkie szkoły aktorskie w Polsce. To był ostatni casting w Akademii Teatralnej i dopiero gdy do sali weszła Zosia Domalik to poczułem, że ona wnosi coś, co jakoś mi odpowiada i to się może udać. Bo miałem takie poczucie, że jak nie znajdę takiej aktorki to nie zrobię tego filmu. Kiedy ona się pojawiła to wniosła taką energię, która umożliwiła mi zaangażowanie w ten film. Problemem było to, że byłem zakładnikiem wcześniejszej etiudy, a nie mogłem już współpracować z tamtą aktorką.

Etiuda dyplomowa i od razu udział w konkursowej sekcji Cannes!

Podchodzę do tego z ogromną pokorą. Cały czas jest to niedowierzanie – i to, że tam pojedziemy, i to, że premiera filmu odbędzie się w Cannes. Ja cały czas podkreślam i tego nie zmienię – chciałbym, żeby każdy z ekipy naprawdę z tego skorzystał.

Wiadomo, wszyscy nie mogą pojechać, czego żałuję, ale chciałbym, żebyśmy szybko dalej robili kolejne filmy. Zupełnie inna skala: węgierski reżyser László Nemes i jego film „Syn Szawła”. Ten film otrzymał wszystkie możliwe nagrody, a jest pełnometrażowym debiutem. Dużo myślałem o tym, co ten reżyser musi teraz czuć, wchodząc w realizację kolejnego projektu. Czy będzie ten dystans? Czy będzie próbował prześcignąć samego siebie? Można zwariować! Ja jestem w zupełnie innej sytuacji, bo to jest o wiele mniejsza skala. Jednak chciałbym złapać ten dystans i skupić się już na kolejnych projektach. Kiedy rozmawiałem z Elżbietą Benkowską z naszej szkoły, która kilka lat temu pokazywała swój film w tej samej sekcji to odczucia były podobne – stres, niedowierzanie, ale też próba podejścia do tego z dystansem. Walczę o to, żeby było na spokojnie.

Dlaczego wybrałeś Gdyńską Szkołę Filmową?

Przyznam szczerze, że było to podyktowane tym, że słyszałem bardzo dużo dobrego o tej szkole jeśli chodzi o fabułę. Chociaż idąc do szkoły myślałem o tym, że będę robił filmy dokumentalne, a właśnie w GSF byli wykładowcy od dokumentu, którzy mnie interesowali. Ale chciałem też poznać wykładowców zajmujących się kinem fabularnym i to było coś, co podyktowało mój wybór. Generalnie – chodziło o wykładowców. Każdy z nich był inny. Świetnie wspominam zajęcia aktorskie z Piotrem Mikuckim, czy zajęcia ze Sławomirem Fabickim albo Grzegorzem Łoszewskim. Każdy to inna charyzma, inne podejście. My jako młodzi twórcy możemy się opowiedzieć czy taka droga nam odpowiada, czy nie. Ten wybór w Gdyni jest. To bardzo rozwijające. Ale też nasza dziesiątka na roku to były zupełnie różne osoby. Każdy w innym wieku, z inną energią. Każdy chce robić inne kino, to ogromnie inspirujące.

Co ciebie ciekawi jako widza w światowym kinie? Co ciebie inspiruje?

Na przykładzie „Końca widzenia” to na pewno „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę” Florina Şerbana, to taka główna inspiracja. Filmy Asghara Farhadiego, kino braci Dardenne czy „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera – tam bohaterka jest postawiona pod ścianą i też ma taki problem, że czego nie wybierze to będzie źle. To było dla mnie atrakcyjne – napięcie w tych filmach. Oczywiście też literatura związana z tematyką penitencjarną: opowiadania, reportaże, czy blogi osadzonych.

Jak patrzysz na polskie kino i to, w jaką stronę się rozwija?

Bardzo lubię oglądać polskie filmy. Te nowe i te starsze. Dobrze pamiętam film „Sauna” Filipa Bajona. Obejrzałem go jeszcze w podstawówce i to był film, który mnie strasznie poruszył. Później Andrzej Żuławski, „Trzecia część nocy”, „Na srebrnym globie”, „Opętanie”. „Na wylot” Grzegorza Królikiewicza – kapitalne kino, które się moim zdaniem w ogóle nie starzeje, a czasami bije na głowę rzeczy powstające teraz. Polskie kino jest niesamowite, ma ogromne tradycje – także krótki metraż. Wiszniewski, dokumentalne kino kreacyjne – i współczesne, np. „Obiekt” Pauliny Skibińskiej, „Więzi” Zofii Kowalewskiej, czy „Gwizdek” Grzegorza Zaricznego. Jest to poziom światowy i nie musimy mieć żadnych kompleksów. To kino atrakcyjne, podobające się na świecie. Pojawia się także kino gatunkowe, atrakcyjne komedie romantyczne – je też lubię bardzo oglądać.

Z Grzegorzem Mołdą rozmawiała Marta Sikorska

26.05.2017