Rozmowa z Lankoszem i Miłoszewskim

Z twórcami filmu „Ziarno prawdy”: pisarzem Zygmuntem Miłoszewskim i reżyserem Borysem Lankoszem rozmawiamy m.in. o wspólnej pracy nad scenariuszem oraz związkach literatury i filmu. Współfinansowany przez PISF – Polski Instytut Sztuki Filmowej film „Ziarno prawdy” trafi do polskich kin 30 stycznia.

PISF: Gdzie dzisiaj pisarz spotyka się z filmowcem, gdzie widzicie miejsce na rozpoczęcie takiej współpracy?

Zygmunt Miłoszewski: Myślę, że chociaż wiele się zmieniło od czasów, kiedy istniały legendarne środowiska literackie, to ciągle takim najbardziej naturalnym miejscem znajdywania artystycznego porozumienia jest jednak bar.

 

Borys Lankosz: To dobre! Muszę powiedzieć, że już w „Rewersie” próbowałem się odwołać do tej najlepszej tradycji polskiego kina, czyli bardzo bliskiej relacji reżyser – pisarz. Myślę, że najlepsze polskie filmy powstawały właśnie z takich związków. PISF stał za taką inicjatywą, bardzo chwalebną: parę lat temu w Zegrzu zostało zorganizowane spotkanie między pisarzami i reżyserami. Właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Zygmuncie Miłoszewskim, o Joannie Bator. Dla mnie to było cenne spotkanie.

 

Specyfika rynku jest taka, że on jest bardzo płytki i nie ma tak naprawdę zawodowych scenarzystów. Zawsze miałem wrażenie, że zabieranie się samemu za scenariusz jest ryzykowne. Może to się sprawdzić, ale bardzo rzadko, w przypadku kina autorskiego, kiedy mamy do czynienia z prawdziwym artystą, który chce się czymś podzielić i to ma dla mnie sens. Natomiast bardzo często to grzęźnie w jakiejś pustce intelektualnej i emocjonalnej. W kinie gatunkowym to już w ogóle nie ma o czym mówić. Za tym musi stać warsztat, doświadczenie, rzemiosło. W przypadku „Ziarna prawdy” jest jeszcze inaczej. Gdyby chodziło tylko o rzemiosło, tylko o umiejętności opowiadania historii, którą Zygmunt niewątpliwie posiadł, to może byłoby to dla mnie niewystarczające, ale tam jest wiele więcej. To skłoniło mnie do podjęcia tej współpracy.

 

Zygmunt Miłoszewski: Myślę, że jeśli powiedzie się ten eksperyment, to tak jak w samolotach są ulotki, co zrobić na wypadek awarii – proste piktogramy – to PISF mógłby zrobić taką ulotkę dla reżyserów. Proste piktogramy, że istnieje taki zawód jak pisarz, że on potrafi wymyślać historie i pisać dialogi. Czasami to się może przydać w kinie.

 

Borys Lankosz: Taki króciutki komiks. Muszę z przykrością powiedzieć, że moi koledzy i koleżanki nie czytają, a część z nich jest wręcz dumna z tego, że nie czyta. Ja jestem w zdecydowanej mniejszości. Ja bardzo dużo czytam, zawsze dużo czytałem.

Rozmowa o „Ziarnie prawdy” może być też pretekstem do rozmowy o tym, czy film może zapoczątkować np. modę na czytanie książek Zygmunta Miłoszewskiego, co z resztą chyba już się dzieje.

Borys Lankosz: Ta moda niewątpliwie istnieje, facet ma bestseller za bestsellerem.

 

Zygmunt Miłoszewski: Ja jestem za tym, żeby to się napędzało. Zawsze mówiłem, że nie uważam, aby ekranizacja była najwyższym stopniem uświęcenia, kanonizacji literatury. Są ludzie o różnych talentach. Są tacy, którzy potrafią siedzieć w domu i wymyślać historie. Są też tacy, którzy potrafią ogarnąć wielką machinę filmową. Polskie kino odnosiło wielkie sukcesy, kiedy literatura współpracowała z filmowcami. Pożegnaliśmy właśnie Tadeusza Konwickiego, który był po prostu syntezą tego. Czemu do tego nie wrócić?

 

To jest też tak, że ja, gdy trafiłem na Borysa to byłem po fazie rozczarowań i frustracji, kiedy uznałem, że praca pisarza ze środowiskiem filmowym i telewizyjnym nie ma sensu. Jednak się okazało, że a jakże ma.

Mówiąc o dużej machinie filmowej – na ile miałeś wpływ na obsadę ról, na wybór kompozytora?

Zygmunt Miłoszewski: To jest tak, że ja od razu powiedziałem, że nie chcę na to mieć wpływu. Koledzy filmowcy czasami przeginają, uważając, że posiedli wszystkie talenty. Tak samo koledzy literaci przeginają uważając, że ekranizacja oznacza, że na każdym etapie robienia filmu mogą tam wchodzić w swoich gumiakach i mówić, co trzeba zrobić. Ja muszę podziękować Borysowi za szacunek do tej powieści, za oddanie jej ducha. Uznałem, że jestem mu winien odwzajemnienie się tym samym. Mówię: powieść jest moja, napisaliśmy razem scenariusz, ale film to są twoje decyzje, którym kibicuję. Nie podważam twoich decyzji, nie dyskutuję z nimi, trzymam kciuki.

 

Borys Lankosz: Jednak nie ma powodu, by zataić to, że z większością kluczowych decyzji jednak dzwoniłem do ciebie z pytaniem o zdanie.

 

Zygmunt Miłoszewski: No ale nie obsadziłeś mnie, nie obsadziłeś mojej córki.

Scenariusz na pewno wymagał tego, by pewne wątki powieściowe skondensować czy usunąć.

Zygmunt Miłoszewski: Ja się od Borysa bardzo dużo nauczyłem w takim sensie rzemieślniczym. Często pułapką literatury jest to, że wszystko wolno. Nie mamy ograniczeń objętościowych, budżetowych. Chcemy 300 stron – piszemy 300 stron. Lekcja, którą przeszedłem z Borysem – przekładania powieści na język filmu była często bolesna. Okazywało się, że moje sceny są mało widowiskowe, mało wizualne, zbyt intymne czy też zbyt rozwlekłe, że to samo można powiedzieć krócej. Nasza praca sprawiła, że ja teraz inaczej piszę powieści. Czasami pisząc scenę powieściową myślę o tym, co by Borys pomyślał.

Dość dobrze w filmie są oddane dialogi z powieści, o czym świadczy chociażby rozlegający się na pokazie śmiech.

Zygmunt Miłoszewski: Ja też mam takie wrażenie, że to się udało. Często czytelnicy sobie żartują, jak można napisać komedię o poważnych sprawach. Kryminał, poważne sprawy, a tu na fotelu człowiek skręca się ze śmiechu. Tutaj mamy kryminał, ciągle trzymający w napięciu. Jest to też pewna określona wypowiedź o Polsce. Jednocześnie podczas pokazu prasowego publiczność śmiała się tak, że nie było słychać następnej kwestii. To chyba dobrze. To jest też coś, co nas łączy – nie padamy na kolana przed kinem i przed fikcją w ogóle. To jest rozrywka. Ktoś poświęca 2 godziny czasu nie po to, żeby się zdołować, nie po to, żeby mieć wszystko na poważnie. To jest zabawa, bawimy się w kino. Coś mówimy, ale niech to przy okazji będzie fajne.

Z czego wyniknęła współpraca z Ablem Korzeniowskim, który napisał muzykę do „Ziarna prawdy”? To twórca obecnie bardzo doceniany w Hollywood, z dwoma nominacjami do Zlotego Globa na koncie.

Borys Lankosz: Abel jest moim serdecznym przyjacielem od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Znamy się ponad 30 lat. Razem wchodziliśmy w ten świat. Pamiętam, że gdy dostałem od ojca kamerę VHS i zacząłem robić pierwsze amatorskie filmy, Abel dostał od swoich rodziców syntezator i pisał na nim do moich filmów muzykę. To jest postać, z którą jestem jakby organicznie związany. W przypadku „Rewersu” wybór Włodka Pawlika był uzasadniony tym, że bardzo mi zależało, żeby mieć stricte jazzową partyturę, jazzowe brzmienie, a on jest wybitnym jazzmanem, co późniejsza nagroda Grammy oczywiście potwierdziła. Tutaj chciałem mieć takie rasowe, filmowe pisanie. Zadzwoniłem do Abla, przeczytał scenariusz, później obejrzał pierwszą wersję montażową. Natychmiast dał odpowiedź, był zachwycony już po pierwszej wersji montażowej tym, co zobaczył. Po swoich ostatnich hollywoodzkich produkcjach Abel jest przyzwyczajony do pisania na ogromne składy. To piękne, romantyczne partytury pisane na składy symfoniczne, na duże orkiestry smyczkowe również. Ja z kolei od początku wiedziałem, że tutaj chcę mieć muzykę elektroniczną. Dałem mu takie właśnie zadanie. On bardzo chętnie na to przystał. Efekt jest taki, że jego agent jest absolutnie poruszony i dzięki temu ma nowe demo i pokazuje, jaka jest rozpiętość talentu Abla. Jak trzeba, to napisze muzykę do melodramatu Madonny, czy do filmu „Single Man”. Potrafi także napisać ścieżkę typową dla thrillera, jak w naszym przypadku. Myślę, że dla Abla to również była cenna i fajna przygoda.

Jak odebrano film „Ziarno prawdy” na pierwszych pokazach?

Zygmunt Miłoszewski: Dziś pierwszy raz widziałem film w ostatecznej wersji. Nie wersję pierwszą czy próbną, tylko wersję z dźwiękiem, muzyką. Szczerze, z dystansem i bez owijania w bawełnę myślę, że „Ziarno prawdy” będzie kryminałem, który stanie się punktem odniesienia w polskim kinie. Nie wszystko musi się każdemu podobać, ale udało się osiągnąć to, co Borys chciał – zrobić pierwszy polski kryminał filmowy. Publiczność podczas pokazu często wybuchała śmiechem, więc myślę, że udało się oddać czarny humor obecny w powieściach. My też nie jesteśmy najlepszymi osobami, żeby to oceniać. Nie mamy dystansu, pracowaliśmy nad tym. Jeśli publiczność to zaakceptuje, to się okaże, że Borys dwukrotnie pracując z pisarzami – najpierw z Andrzejem Bartem, potem ze mną – osiągnął taki sukces, że to może da do myślenia innym.

Czy to prawda, że piszecie wspólnie kolejny scenariusz?

Zygmunt Miłoszewski: Ciągle pracujemy razem. Możemy rozwiać plotki: to nie będzie „Szacki 3”. Chcieliśmy zrobić kryminał i zrobiliśmy kryminał. Mamy takie charaktery, że nie chcemy robić dwa razy tego samego. Myślimy nad oryginalnym scenariuszem, nad czymś zupełnie nowym.

 

Borys Lankosz: Możemy powiedzieć, że u mnie przynajmniej inspiracja pochodzi z książki „Fantomowe ciało króla” Jana Sowy. Powiedzmy w sensie ideologicznym. Powiedziałbym, że próbujemy czegoś, co nazywam „polskim Django”.

 

Zygmunt Miłoszewski: Może też chodzi o taki chłopski coming out. Uważamy, że jest wiele hipokryzji w identyfikowaniu całej Polski przez dworki z kolumienkami, gęsinę i tak dalej. Mam wrażenie, że nie tam jest nasze prawdziwe dziedzictwo. Uważam też, że to dziedzictwo nie jest czymś, czego należy się wstydzić. To jest temat, który nas fascynuje.

 

Rozmawiała Marta Sikorska

13.01.2015