Rozmowa z Marcelem Łozińskim

Podczas 11. Gdańsk DocFilm Festival rozmawialiśmy z reżyserem filmów dokumentalnych, ekspertem PISF i pedagogiem Marcelem Łozińskim.

 

PISF: Gratuluję Nagrody Specjalnej otrzymanej od organizatorów 11. Gdańsk DocFilm Festival.

 

Marcel Łoziński: Dziękuję, nie spodziewałem się. To dla mnie niesłychana niespodzianka, bardzo przyjemna. Uważam, że to fantastyczny festiwal. Jest trochę tak, jak na ceremonii zamknięcia tej imprezy mówiła Dorota Paciarelli: są festiwale wielkie, z czerwonymi dywanami, bezosobowe. Ten należy do takich, jakie najbardziej lubię: kameralne, prawie rodzinne, gdzie panuje fajna atmosfera, gdzie można pogadać, nie ma żadnych gwiazd. To jest bardzo sympatyczne.

 

Był pan przewodniczącym tegorocznego jury, które najlepszym filmem wybrało film polski.

 

Tak się złożyło, ale wybraliśmy film nie dlatego, że to polska produkcja, tylko był to po prostu najlepszy film festiwalu. W programie było wiele filmów mówiących o doraźnych sprawach, których treść była znacząca. Wiele było obrazów bardzo ciekawych formalnie, znakomicie zrealizowanych. „Wirtualna wojna” wydała nam się filmem najlepiej łączącym te cechy. Trzeba powiedzieć, że nasze obrady były rekordowo krótkie, nie mieliśmy żadnych zatargów, byliśmy wyjątkowo jednomyślni.

 

Podczas festiwalu widzowie mieli okazję obejrzeć kilka pana filmów, był to rodzaj małej retrospektywy. Spotkał się pan również z widzami.

 

Jest tutaj świetna, fantastyczna publiczność. Żywo reagująca, zadająca prowokacyjne pytania. Nic ze sztuczności, pompatyczności. Była to dobra, normalna rozmowa.

 

O wspólnym projekcie pana i Pawła Łozińskiego usłyszeliśmy po raz pierwszy podczas prezentacji Docs to go! w ramach 52. Krakowskiego Festiwalu Filmowego, rok temu. Jak wyglądała droga do tych filmów, które są rezultatem tej pracy?

 

W dużym skrócie, bo była to dość długa droga, na pewno dłuższa niż trasa Warszawa-Paryż: wydawało nam się, że uda się zrobić wspólny film. Po miesiącu montażu zorientowaliśmy się, że to jest w ogóle złuda. Po pierwsze: ojciec inaczej widzi swoją wspólną przeszłość z synem, a syn inaczej widzi relację z ojcem. To już są dwa punkty widzenia. Do tego dochodzi to, że jest to dwóch reżyserów, z których każdy ma swój charakter pisma. Są to cztery punkty widzenia i nie dało się tego połączyć w jeden film. To tak, jakby dwa elektrokardiogramy nałożyć jeden na drugi: może powstać linia prosta. Wobec tego zdecydowaliśmy się zrobić dwa. Każdy zrobił film ze swojego punktu widzenia. Wydaje mi się, że w jakiś sposób one się dopełniają.

 

Oba filmy dostały nagrodę na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym. Jak dalej będzie wyglądała festiwalowa droga obu tych tytułów?

 

Nie mam pojęcia. Filmy te albo będą szły razem do jednej sekcji, albo – ponieważ film Pawła jest krótszy, to może on trafić do programu prezentującego filmy trwające mniej niż 60 minut. Być może oba tytuły będą krążyły wspólnie, lub komisje selekcyjne będą wybierały jeden z nich. My już na to nie mamy żadnego wpływu.

 

Podczas spotkania z widzami poruszył pan bardzo ciekawą kwestię mówiąc, że po 1989 roku zdecydował się na to, iż nie będzie w swoich filmach podejmował tematów społecznych.

 

Zrobiłem wcześniej, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych sporo filmów społecznych, to wszystko szło na półki. Filmy te zostały odblokowane po raz pierwszy w czasie pierwszego karnawału „Solidarności”, ale na krótko. Później już zostały odblokowane po 1989 roku. Mnie zawsze interesował bardziej film psychologiczny, tylko czułem, że moją powinnością jest danie wyrazu mojego stosunku do tamtego systemu. Robiłem to tak, aby było to trochę głębsze, nie było to wprost. To zabrzmi paradoksalnie, ale cenzura dobrze na nas wpływała, musieliśmy szukać trochę innej formy, innego sposobu opowiedzenia o pewnych rzeczach. Dzięki temu jak sądzę te filmy są do dzisiaj żywe. Byliśmy młodzi, napaleni. Gdybyśmy walili wprost w ten system to byłyby filmy interwencyjne, martwe dzisiaj. Natomiast cała nasza grupa musiała mówić językiem ezopowym, jednocześnie głębszym.

 

Po 1989 pomyślałem, że spełniłem swój obowiązek i mogę sięgnąć do tego, co mnie najbardziej interesuje, czyli do psychologii. Było tak do momentu, kiedy pojawił się fenomen Tymochowicza. To mnie poruszyło. Nie udało mi się całkiem zlikwidować gdzieś tam tkwiącego jeszcze instynktu społecznego. Przez trzy, cztery lata robiłem więc film o człowieku, który mając pewne zdolności psychotechniczne kształtuje wizerunek naszej sceny politycznej. On jest dobry w tych sprawach, natomiast zaniepokoiło mnie to, że zaczął szkolić młodych i wpajać im kompletny i całkowity cynizm. To mnie trochę przeraziło. Bałem się nawet w czasie tego filmu, że w jakiś sposób zrobię mu reklamę, jeżeli nikt z młodych się nie zbuntuje. Na szczęście młodzi się zbuntowali przeciwko niemu i pomyślałem, że jest z tego film, że młodzi się nie godzą na taką bezideową postawę.

 

Mówiąc o młodych – współpracuje pan obecnie z montażystą młodego pokolenia Przemysławem Chruścielewskim. Jak doszło do tej twórczej współpracy?

 

Zaczęło się od tego, że widziałem jakieś filmy przez niego montowane. Zaproponowałem mu montaż filmu „Tonia i jej dzieci”. Okazał się fantastycznym człowiekiem, bo nie tylko bardzo dobrym montażystą, ale również w jakimś stopniu współrealizatorem filmu. Wtedy też nie miałem najmniejszych wahań i gdy robiłem film z Pawłem, to wiedziałem, że chcę go wziąć do montażu. Jak się uda jakiś następny film zrobić to też z nim oczywiście będę chciał współpracować.

 

Tutaj w Gdańsku publiczność zapytała pana o nowych młodych twórców. Chciałabym, żeby pan opowiedział o tej nowej fali w polskim dokumencie. Spora grupa filmowców wchodzących do zawodu to pana uczniowie, studenci. Czy oni mają nowe pomysły na filmy dokumentalne?

 

Myślę, że tu nie chodzi o nowe pomysły. Oczywiście, przy okazji może być nowa forma. Dzisiaj, jak wiadomo, granice filmu dokumentalnego coraz bardziej się rozszerzają, zahaczają o film fabularny czy animowany. To bardzo dobrze, ale nie w tym się zasadza rzecz. Młodzi mają dzisiaj własny punkt widzenia, każdy z nich go ma. Myślę, że to jest najważniejsze w dokumencie: punkt widzenia plus warsztat. Plus, żeby wiedzieli, dlaczego to robią, co chcą powiedzieć. Takich twórców jest dziś naprawdę wielu.

 

Wspomniał pan też, że pojawia się coraz więcej kobiet-dokumentalistek.

 

Bardzo się z tego cieszę. Uważam, że kobiety mają coś więcej niż my… Jak to nazwać? To „coś” może podnieść poziom wielu dziedzin sztuki, także filmu dokumentalnego. Chodzi o głębię emocji, głębię myśli. To się rzuca w oczy, to fantastyczne.

 

Jak pana zdaniem wygląda dziś dostępność filmu dokumentalnego poza obiegiem festiwalowym?

 

Fatalnie to wygląda, fatalnie. Jacek Bławut zajmuje się teraz taką inicjatywą, by krótkie metraże trafiły do kin, były prezentowane przed filmami pełnometrażowymi. W latach siedemdziesiątych istniała Kronika Filmowa i to jednak był film dokumentalny, choć oczywiście te najbardziej interesujące tytuły wtedy do kin nie trafiały. Dziś Kroniki już nie ma, ale dobry film dokumentalny powinien trafiać na ekrany. Nie wiem, czy to jest walka z wiatrakami, być może. Kina żyją jednak z reklam, a my zabralibyśmy jakieś 15 minut tego czasu. Chcielibyśmy, żeby te krótkie filmy zastąpiły reklamy. Wydaje się to trochę mrzonką.

 

Natomiast trochę inaczej wygląda to z telewizją. Jest w tej chwili bardzo źle. Widziałem na przykład zapowiedź, że bardzo dobry dokument, który akurat miałem okazję obejrzeć wcześniej, będzie miał emisję o trzeciej w nocy. Kto z ludzi normalnie pracujących włączy wtedy telewizor?! To wynika z zapatrzenia w słupki oglądalności, które na moje oko są gdzieś po drodze zafałszowane, nie wiem w którym miejscu. Nie wierzę w to, aby widz nie chciał oglądać ambitnego filmu dokumentalnego. Mamy na to dowody – kiedy kilka razy dobre filmy dokumentalne były emitowane w dobrych godzinach to miały wysoką oglądalność, nie gorszą niż te idiotyczne seriale czy audycje rozrywkowe.

 

Andrzej Fidyk przez wiele lat próbował pokazywać dokumenty w porze dobrej oglądalności i to mu się udawało. Potem niestety statystyki to zabiły. Jest potrzeba zmiany w telewizji, ale patrzę na to niestety bez większych nadziei. Jest TVP Kultura, ale jaki ona ma zasięg? Na Zachodzie też nie jest dobrze, ARTE nie ma wielkiej publiczności, może inaczej: większość nie ma do niej dostępu.

 

Andrzej Fidyk podczas spotkań z dokumentalistami podkreśla, że TVP czeka na filmy o Polsce, opowiadające o naszej współczesności. Jednak sporo polskich filmowców realizuje filmy poza naszym krajem, opowiada historie dziejące się w egzotycznych plenerach.

 

Jest to jakaś przygoda. W Szkole Wajdy, gdzie prowadzę zajęcia mówimy: słuchaj, rozejrzyj się wokoło. Przyjrzyj się sąsiadom, swojemu miastu, bliskim ludziom. Tu jest szansa na powstanie głębszych filmów. Małe są szanse, aby pojechać do Chin, Afganistanu i zrobić tam głębszy film. Tam się przyjeżdża jako turysta, wszystko jest egzotyczne i równie ciekawe. Można zrobić film w dalekim kraju, ale to wymaga potężnej dokumentacji. Tutaj można zrobić coś znacznie poważniejszego, tu jest tyle obszarów nieruszonych.

 

Jednym z takich obszarów jest na przykład rzeczywistość wirtualna, o której opowiada nagrodzona przez państwa „Wirtualna wojna”.

 

Jacek Bławut mówi w swoim filmie o niebezpieczeństwach. Interpretując ten film – reżyser w sposób bardzo delikatny pokazał, jakie jest niebezpieczeństwo, gdy ta wirtualna rzeczywistość zamieni się w prawdziwą. To już się dzieje, wystarczy wspomnieć o tym, czym są drony, bezzałogowe samoloty. Przez kogo są one kierowane? Nie przez pilotów, tylko przez takie osoby, jakie pokazuje Jacek Bławut. Oni zrobią to lepiej, dużo lepiej niż piloci. „Wirtualna wojna” pokazuje naprawdę niebezpieczną tendencję.

 

Czy ma pan tematy, na które jako widz czeka pan w polskim dokumencie?

 

Oczywiście! Chciałbym zobaczyć film o stosunkach ludzie-kościół. Kościół jako instytucja, nie religia. Chętnie bym zobaczył taki film, który się dzieje gdzieś na szczytach władzy. Jest to niestety prawdopodobnie nierealne, bo nikogo tam nie wpuszczą. Jest masa takich tematów, nie tyle gorących, ile ważnych, głębszych, poważniejszych. Są tematy nieruszone, ale myślę, że młodzi powoli się do tego przymierzają.

 

Co pana interesuje jako dokumentalistę? Jaki temat podejmie pan w kolejnym filmie?

 

Nie mam tematu następnego, naprawdę nie mam. Nie jest tak, że nie chcę powiedzieć, aby nie zapeszyć. Nie mam tematu. Szukam. To jest w ogóle taki zawód, że na chwilę staje się w miejscu, gdy się skończy film. To różnie wygląda. Są reżyserzy, którzy mają tysiące pomysłów. Ja nie mam ich tak wiele, każdy mój pomysł rodzi się bardzo wolno, z trudem, niepewnością. Mam jakieś poczucie, że w ostatnich filmach sam siebie jakoś eksploatowałem i doszedłem do jakiegoś muru. Muszę pomyśleć, co za tym murem jest, popukać w ten mur. Coś tam dla mnie być może jest.

 

Z Marcelem Łozińskim rozmawiała Marta Sikorska

17.06.2013