Rozmowa z Martą Minorowicz

Marta Minorowicz. Fot. Piotr Szymański, PISF
Marta Minorowicz. Fot. Piotr Szymański, PISF


Na zakończonym 12 lutego 33. Międzynarodowym Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Clermont-Ferrand Grand Prix konkursu międzynarodowego otrzymał film „Kawałek lata”. Rozmawiamy z jego autorką, Martą Minorowicz.

 

Ponad 20-minutowy dokument opowiada kameralną historię odwiedzin wnuka u dziadka mieszkającego w Bieszczadach. Jak można przeczytać na stronie polishdocs.pl, w filmie Marty Minorowicz bohaterowie osaczeni dziką przyrodą, zdani tylko na siebie, starają się odbudować łączącą ich więź. Kamera obserwuje bohaterów i ich relację – względem samych siebie oraz pięknego, ale surowego świata, który ich otacza. Film został wyprodukowany przez Studio Munka przy SFP w ramach programu „Pierwszy dokument”. Obraz został dofinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. „Kawałek lata”  doceniło wcześniej jury Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych DOK Leipzig w Lipsku – obraz zdobył tam główną nagrodę i statuetkę Złotej Gołębicy za najlepszy dokument krótkometrażowy.

 

PISF: Od czego zaczęła się przygoda z „Kawałkiem lata”?

 

Marta Minorowicz: Pochodzę z Krosna i zawsze Bieszczady mnie poruszały, ta przyroda, natura są mi bliskie. Zawsze chciałam zrobić film, który mógłby w jakiś sposób dotknąć tego piękna, które nie dla każdego jest takie oczywiste. Nie jest oczywiste też, że człowiek, który podziwia to piękno może go głębiej dotknąć, wejść w nie. To była jedna rzecz. Drugą rzeczą było natomiast coś bardzo odwiecznego – pokazanie relacji między dwojgiem ludzi. Zbliżanie się do siebie, oddalanie, szukanie drogi porozumienia, ta gra przyciągania i odpychania. Te dwa mgliste pomysły zaczęły nabierać kształtu, kiedy poznałam pana Zygmunta, czyli dziadka z mojego filmu. Poznałam go dosyć przypadkowo i w momencie, kiedy się dowiedziałam, że do niego każdego roku przyjeżdża wnuk i on tego wnuka stara się czegoś nauczyć, otworzyć na tą przyrodę i każdego roku odbudowują swój kontakt, to wtedy te dwa pomysły się w jakiś sposób połączyły i wiedziałam, że mogę zrobić film, mając jakiś konkret. Te dwa pomysły nabrały wtedy realnego kształtu.

 

Jak długo trwała dokumentacja projektu? Rozumiem, że aby w filmie widoczna była więź łącząca dziadka i wnuczka potrzebne było otwarcie się bohaterów na Ciebie i ekipę.

 

Wcześniej znałam tylko pana Zygmunta, jeździłam do niego, rozmawialiśmy. Wiedziałam jak żyje, czym się zajmuje, co robi. Nie znałam natomiast wnuczka, poznałam go później. W momencie, kiedy przyjechaliśmy na zdjęcia to przez pierwszy tydzień nagraliśmy bardzo mało materiału, który potem wszedłby do filmu. Raczej staraliśmy się oswoić bohaterów z kamerą, chcieliśmy, żeby się oni otworzyli, zapomnieli o obecności kamery. Zwłaszcza w przypadku wnuka, 13-letniego chłopca było to dosyć ciężkim wyzwaniem, miał on dużą świadomość tego, że gra. Dużo energii i czasu nam zajęło, żeby on przestał się interesować tym, że jest nagrywany. Kiedy przełamał granicę zniecierpliwienia i nudy związanej z tym, że przyjechał do dziadka na wypał, i nic się tam nie dzieje, nie ma kolegów, komputera ani telewizora, to stopniowo zaczął wchodzić w ten świat, „szedł za tym dziadkiem”, pozwalał mu się prowadzić. Tylko to wymagało takiego przesilenia. To film o budowaniu i niszczeniu, burzeniu relacji i pokazaniu tego służą m.in. sceny, gdzie pokazujemy bohaterów budujących tamę na górskim potoku. W pewnym momencie przychodzi deszcz, tamę zalewa woda. Bez względu na to, jaki jest kontakt między bohaterami, oni cały czas podejmują wysiłek, by tamę budować, chociaż deszcz, natura, okoliczności psują ich działania.

 

Czy od początku twoim pomysłem było pokazanie Bieszczad latem, w pełnym rozkwicie? Przyroda jest dla mnie trzecim bohaterem tego filmu.

 

Od początku tego pomysłu przyroda była bardzo istotna, natomiast przyjazd wnuka determinował tą porę roku. Nie kusiło mnie, aby pokazać wydarzenia całego roku z życia dziadka, bo bardziej w tym filmie mnie interesowało dotknięcie pewnego doświadczenia: doświadczenia bycia razem, budowania bliskości, niż chronologiczne przejscie od punktu A do B.

 

Słyszałam od innego dokumentalisty, że w Twoim filmie można znaleźć inspirację filmami Siergieja Dworcewoja. Rzeczywiście, „Kawałek lata” łączy z jego filmami pewien sposób patrzenia na bohatera, intensywne przebywanie z nim. To gdzieś emanuje z tego filmu, jest on bardziej impresją niż fabularnym opisem zdarzeń.

 

Bardzo lubię Dworcewoja. Przy robieniu filmu myśleliśmy o tworzeniu takich plam emocjonalnych, zależało nam na tym bardziej, niż na koncentrowaniu się na fabularnym przebiegu, dzianiu się. Być może to stanowi o pewnym podobieństwie.

 

Jak wyglądało powstawanie scenariusza filmu?

 

Ponieważ ten film był robiony w ramach „Pierwszego dokumentu” przy Studiu Munka musiałam mieć eksplikację reżyserską, ale to były tak naprawdę założenia, jakie chciałam zrealizować. Scenariusz to maksimum, które chcę wyciągnąć z tematu, ale potem okazuje się, że coś skręca w trakcie zdjęć w inną stronę i nie mam problemu, by pójść za tym, co podsuwa życie.

 

W filmie pojawia się bardzo emocjonująca scena z wężami, jak doszło do jej realizacji?

 

W którymś momencie, będąc tam na wypale węgla drzewnego pan Zygmunt powiedział, że ma „hodowlę węży” pod jednym z worków. Od tego momentu zaczęliśmy się zastanawiać, w jaki sposób i kiedy użyć faktu, że mamy takie bliskie zagrożenie i coś, co może być katalizatorem emocji bohaterów. Wybraliśmy taki dzień, kiedy wiadomo było, że te węże tam się właśnie schowają przed słońcem. W ten sposób to nakręciliśmy. Od początku było wiadomo, że scena ta dramaturgicznie będzie bardzo istotna, będzie sceną tak naprawdę konfrontacji. Wcześniej to jakby nie wychodziło. Zależało mi na tym, żeby coś się stało, wiedziałam że węże coś wyzwolą. Nie wiedziałam, jak zachowa się wnuk, nie przewidywaliśmy tego, nie wiedzieliśmy, jak obaj się zachowają. Na początku miało być to niewinne, myślałam że dziadek pokaże wnukowi te węże i że to będzie tyle, kolejna odsłona lekcji przyrody. Sami byliśmy zaskoczeni rozwojem wypadków i tym, co się wyzwoliło w tym chłopcu, co się wyzwoliło w dziadku. Jednak tylko wiedząc o tym, że są tam węże nie wiedziałam, jak to się dalej potoczy.

 

Jak długo trwał montaż „Kawałka lata”?

 

Bardzo długo montowaliśmy, mieliśmy dużo godzin materiału, który cały czas był bardziej impresją i ciężko było znaleźć dramaturgię. Kształt filmu to ogromna zasługa całego zespołu, za piękne zdjęcia odpowiada Paweł Chorzępa, za montaż – niezwykle utalentowany Przemysław Chruścielewski, który włożył w ten film ogrom swojej pracy. Efekt końcowy jest więc wypadkową pracy i działań całego naszego zespołu. Sporo się namęczyliśmy nad ułożeniem filmu, żeby, w tym nic-nie-dzianiu-się, jednak coś się „działo”. Przy powstawaniu filmu ogromną rolę odegrali też ludzie ze Szkoły Wajdy, dostałam od nich szczególne wsparcie, a filmowi poświęcono niezwykle wiele uwagi. Szczególne podziękowania należą się Jackowi Bławutowi za podpowiedzi dotyczące między innymi właśnie montażu, także Marcelowi Łozińskiemu i Vicie Żelakeviciute za dobre rady i dodawanie otuchy, kiedy powstawał film. Sporo czasu upłynęło nim pokazaliśmy „Kawałek lata” na kolaudacji w 2010, ponieważ zdjęcia skończyliśmy we wrześniu 2009. Czas pracy poświęcony temu projektowi przełożył się jednak na końcowy efekt.

 

Film trafił potem na festiwale. Pierwszym jego sukcesem była nagroda w Lipsku.

 

Tak, to była pierwsza międzynarodowa nagroda. Na początku „Kawałek lata” był pokazywany w Panoramie Filmu Polskiego podczas festiwalu w Krakowie, później dostał wyróżnienie w Koszalinie na festiwalu debiutów, później był Lipsk, Biała Kobra w Łodzi i drugi międzynarodowy sukces, czyli Clermont-Ferrand. Film będzie też niebawem pokazywany w Zagrzebiu na ZagrebDox. Mam wrażenie, że „Kawałek lata” nie dostaje się na wiele festiwali, ale jak się dostanie to jest zauważony. W Lipsku nagroda była ogromnym zaskoczeniem, ale tam w konkursie było niewiele filmów i były to tylko dokumenty. W Clermont-Ferrand absolutnie nie brałam pod uwagę, że dokument może tam cokolwiek wywalczyć, w konkursie przeważały krótkometrażowe fabuły. Jeśli mogę w jakiś sposób porównywać oba festiwale to niesamowite wrażenie zrobiła na mnie ogromna ilość osób, która we Francji oglądała filmy. To są tysiące ludzi, którzy kupują bilety, stoją w kolejkach, niemalże koczują przed salą projekcyjną. Tam naprawdę publiczność z zainteresowaniem śledzi filmy. Reżyserzy z akredytacjami musieli też stać w bardzo długich kolejkach. W czwartek przyszłam na swoją projekcję, żeby sprawdzić, czy jest dobre udźwiękowienie, czy dotarła dobra kopia. Nie zmieściłam się na sali projekcyjnej, musiałam prosić kinooperatora, żebym mogła obejrzeć film z nim w kabinie, ponieważ ze względów bezpieczeństwa nie pozwalali tam siadać nikomu na schodach, a sala na bodajże 600 osób była wypełniona. Nie tylko na mój film, krótkie metraże były tam pokazywane w blokach. Niesamowite zainteresowanie filmami dotyczyło ludzi w każdym wieku, od licealistów po osoby starsze.

 

Z jakim odbiorem spotkał się film w Clermont-Ferrand, jakie są Twoje odczucia po rozmowach z widzami?

 

Film spotkał się z niesamowicie pozytywnym odbiorem, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Widzowie podkreślali głównie uniwersalizm tej historii i to, że ją czują i rozumieją. Od Kanady, Rosji, aż po Amerykę Południową, wszyscy to podkreślali, potem jurorzy w nieoficjalnych rozmowach też o tym mówili. Doświadczenie uniwersalności – to chyba było główną rzeczą, którą zapamiętałam.

 

Z czym wiąże się otrzymanie Grand Prix w Clermont-Ferrand?

 

Tak naprawdę jest to niesamowita satysfakcja, polegająca na tym, że nie spodziewałam się absolutnie nagrody, to mimo wszystko jest festiwal głównie filmów fabularnych, a dokumenty są reprezentowane w niewielkiej liczbie. W Lipsku wiedziałam, że startuję w sekcji dokumentalnej, a tutaj startowałam i z fabułami i z animacją. Dzień przed zakończeniem festiwalu wiedziałam, że dostałam miejsce podczas gali na balkonie. Jeden z organizatorów przed ceremonią zakończenia festiwalu poprosił, bym siedziała w jednym z pierwszych rzędów, na orkiestrze. W momencie, kiedy rozdawano kolejne statuetki to jeszcze się niczego nie domyślałam, myślałam, że siedzę na swoim miejscu przez pomyłkę – z lewej strony ktoś dostał nagrodę, z prawej też. Przygoda trwała do końca.

 

Co wyróżnia „Kawałek lata” spośród innych Twoich dokonań?

 

„Kawałek lata” jest pierwszym moim filmem, wcześniej miałam tylko doświadczenie z pracy nad filmem telewizyjnym, w Discovery Historia pracowałam nad swoim projektem, dotyczącym kobiet – ofiar doktora Mengele, ale to był dokument sformatowany, gdzie realizacja była w dużej mierze dyktowana przez wymogi telewizyjne. Teraz kończę film dyplomowy do Szkoły Wajdy no i mamy jeszcze plany, które są uzależnione od decyzji PISF – złożony jest projekt filmu dokumentalnego, który dzieje się w Mongolii. Czekam z niecierpliwością na decyzję.

 

Czyli rozumiem, że konsekwentnie chcesz się realizować jako autorka filmów dokumentalnych?

 

Tak, cały czas mnie to bardzo cieszy i daje ogrom satysfakcji, radości. Jestem jeszcze na początku drogi i jeszcze się uczę. Dla mojej osoby „dokumentalista” to jeszcze za duże słowo, to dopiero mój pierwszy film. Po pięciu filmach może się poczuję (śmiech). Dokumentalne podejście mnie ogromnie interesuje, lubię to, lubię poznawać ludzi, jestem ich ciekawa. Obserwowanie ich, rozmawianie z nimi. Bardzo mnie interesuje taka droga.

 

Czy Twoi bohaterowie widzieli film?

 

Widzieli, podobał im się, aczkolwiek narzekali że jest taki krótki, że z tylu godzin zostały 23 minuty (śmiech). Nie mogli w to uwierzyć, że został tylko kawałek.

 

Rozmawiała Marta Sikorska

22.02.2011