Rozmowa z Martinem Blaney'em

Podczas 39. Festiwalu Filmowego w Gdyni rozmawialiśmy z Martinem Blaneyem wieloletnim korespondentem Screen International w Niemczech.

PISF: Widział Pan filmy konkursowe i pozakonkursowe prezentowane na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni. Jaki są Pana wrażenia?

Martin Blaney: Udało mi się zobaczyć prawie połowę filmów z Konkursu Głównego. Niektóre z nich wydały mi się bardzo interesujące. Najbardziej spodobały mi się obrazy „Obywatel” Jerzego Stuhra i „Bogowie” Łukasza Palkowskiego. Jerzego Stuhra znam z festiwalu goEast w Wiesbaden, gdzie miałem przyjemność prowadzić z nim rozmowę. Lubię go bardzo jako aktora. Na ekranie jest niesamowicie charyzmatyczny. Główny bohater to typ Forresta Gumpa. „Bogowie” to historia szczególna przede wszystkim dla Polaków, bo Religa to postać, lekarz znany przede wszystkim tutaj. To trochę thriller, oparty na prawdziwej historii, na faktach. Jest w nim napięcie i jest bardzo dobrze wyprodukowany.

 

„Sąsiady” Grzegorza Królikiewicza różnią się bardzo od pozostałych filmów. To film złożony z krótkich filmów, epizodów. Niestety nie znam innych filmów Królikiewicza i bardzo chciałbym je zobaczyć. To nie jest łatwy twórca. Moją uwagę zwrócił też „Jeziorak”. To bardzo dobrze zrobiony film. Oczywiście mamy wiele seriali kryminalnych w telewizji, każdy więc po obejrzeniu tego filmu mógł sobie powiedzieć: Widziałem już wiele takich historii, w amerykańskich serialach detektywistycznych, czy w skandynawskich. Myślę, że temu filmowi może nie być łatwo w kinach właśnie z tego powodu. Widziałem również „Zbliżenia” Magdaleny Piekorz oraz prezentowane poza konkursem „Małe Stłuczki” – oba filmy mi się podobały.

Jakie nowe polskie produkcje mają szansę na zagraniczną dystrybucję?

Sądzę, że na pewno kilka z prezentowanych w Gdyni filmów trafi do zagranicznej dystrybucji. Widzowie w Wielkiej Brytanii mogli już zobaczyć „Jacka Stronga”. Szansę na dystrybucję ma „Obywatel” Jerzego Stuhra. Może przyciągnąć widownię zagraniczną, przede wszystkim z krajów Europy Wschodniej. „Miasto 44” będzie miało dobrą dystrybucję w Polsce i będzie pokazywane na festiwalach. Moim zdaniem będzie również dystrybuowane za granicą. „Bogowie” to dla mnie raczej film festiwalowy. „Pod Mocnym Aniołem” nie jest łatwym filmem i raczej nie trafi do szerokiej dystrybucji poza granicami Polski.

Kilka z tych filmów to zagraniczne koprodukcje.

W tym roku w Konkursie Głównym nie było dużo koprodukcji, ale może w przyszłym będzie zupełnie inaczej? Z moich obserwacji wynika jednak, że polscy filmowcy są bardzo aktywni. Coraz częściej biorą udział w międzynarodowych koprodukcjach. Macie również prężnie działającą sieć regionalnych funduszy filmowych, komisje filmowe. Jest to duża korzyść dla rodzimych filmowców, ale dzięki temu również zagraniczni producenci mogą realizować częściej swoje filmy w Polsce.

Co zwróciło Pana uwagę podczas festiwalu?

Zauważyłem, że w Konkursie Głównym były tylko dwa filmy wyreżyserowane przez kobiety. Teraz w międzynarodowym środowisku filmowym toczy się debata na temat kobiet w przemyśle filmowym, ile kobiet w nim pracuje. Jest ciągle mało reżyserek, ale za to w Polsce macie sporo producentek.

Bierze Pan udział w Polskich Dniach – wydarzeniu branżowym poświęconym prezentacji polskich filmów przedstawicielom międzynarodowej branży filmowej, które odbywa się podczas festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Jakie są Pana wrażenia po tegorocznej, trzeciej edycji?

W tym roku polscy producenci zrobili na mnie dobre wrażenie. Ich prezentacje nie były za długie. Myślę, że te spotkania są zawsze przydatne, bo czasami niektóre osoby nie są do końca świadome, co może zainteresować potencjalnych partnerów z innych krajów. Biorąc udział w Polskich Dniach albo Berlinale Co-Production Market można nauczyć się szybko, od innych osób, z innych krajów, czy nasz projekt ma jakiś potencjał, czy nie.

 

Niektóre z filmów, które były pokazywane na Festiwalu Filmowym w Gdyni widziałem wcześniej na Polskich Dniach: jako projekt, work-in-progress i skończony film. Niektóre z tych filmów stały się koprodukcjami, a inne nie. Czasami producenci właśnie po tych pitchingach decydowali, że lepiej gdyby to był film tylko polski.

Pan również organizował pitchingi. Co doradziłby Pan osobom, które prezentują swoje projekty filmowe podczas takich wydarzeń?

Producenci muszą opowiedzieć o tym, co już mają i czego potrzebują od potencjalnych partnerów. Jeżeli o projekcie opowiadają razem reżyser i scenarzysta i za bardzo się w to wczują, mogą stracić uwagę widzów. Tego powinno się unikać. Trzeba też uważać z materiałami wizualnymi. Jeżeli ktoś coś opowiada a w tle na projektorze wyświetlają się ciągle jakieś zdjęcia, to widownia często zamiast słuchać skupia się na obrazie. Niedobrą rzeczą jest czytanie informacji o projekcie prosto z katalogu, z notatek. Po prostu trzeba to przećwiczyć z przyjaciółmi, rodziną i zaprezentować samemu. Przede wszystkim pitching powinien być krótki i na temat. Musicie być pewni tego, co chcecie przekazać i kogo szukacie do Waszego projektu: koproducenta, agenta sprzedaży.

Od lat śledzi Pan to, co dzieje się w polskiej kinematografii. Niedługo minie 10 lat od powstania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Jak Pan odbiera obecną sytuację na polskim rynku filmowym?

Stworzenie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej podniosło polski przemysł filmowy z zapaści. Bez publicznego finansowania filmy o pewnym poziomie nigdy by nie powstały. Wydaje mi się, że dzięki istnieniu PISF polska kinematografia jest bliższa kinu światowemu. Znowu do finansowania filmów wróciła Telewizja Polska. Canal+, HBO to również potencjalne źródła finansowania. Na polskim rynku filmowym są nadal obecni doświadczeni reżyserzy: Wajda, Zanussi, Skolimowski, Polański. Macie też młodą generację. Dużo się mówi o polskich operatorach, którzy mają ogromne zdolności. Agnieszka Holland jest przewodniczącą zarządu Europejskiej Akademii Filmowej, to też swojego rodzaju bonus dla polskiej kinematografii. Polskie kino jest teraz częścią światowego i europejskiego kina.

 

Rozmawiała Paulina Bez

07.10.2014

Galerie zdjęć