Rozmowa z Michałem Otłowskim

Podczas 33. Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”, rozmawialiśmy z Michałem Otłowskim – scenarzystą i reżyserem filmu „Jeziorak”, premierowo prezentowanym w Koszalinie.

 

„Jeziorak” to osadzony w realiach prowincjonalnej Polski thriller, którego bohaterką jest Izabela Dereń – policjantka w zaawansowanej ciąży. Dofinansowany przez Polski Instytut Sztuki Filmowej film wyprodukowała Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Na koszalińskim festiwalu „Jezioraka” nagrodzono dwukrotnie – Michał Otłowski otrzymał Jantara dla najlepszego scenarzysty, a Cezarego Skubiszewskiego nagrodzono za najlepszą muzykę. Film wejdzie do kin 17 października 2014. Dystrybutorem jest Phoenix Film.

 

PISF: W konkursie filmów pełnometrażowych w Koszalinie jest mało kina gatunkowego. Są komedie, ale to Pana film wyraźnie się odróżnia. Jaka jest, Pana zdaniem, tego przyczyna?

 

Michał Otłowski: Przyczyny mogą być różne. Przede wszystkim w Polsce nie ma tradycji kina gatunkowego. Słuchając niektórych komentarzy, odnoszę wrażenie, że w Polsce kino gatunkowe traktowane jest jako pośledniejszy rodzaj filmowy. Osobiście się z tym nie zgadzam. Moje ulubione, anglosaskie kino właśnie gatunkiem stoi.

 

Może przyczyna tkwi w małych budżetach?

 

„Jeziorak” miał dość skromny, debiutancki budżet, choć oczywiście nie jest filmem offowym. Pewien producent powiedział mi, że w czasach PRL mielibyśmy na taki film ok. 56 dni zdjęciowych. Ja miałem ich 28. Słyszałem też, że na zachodzie debiutanci dostają więcej dni zdjęciowych niż profesjonaliści z dorobkiem, bo daje im się w ten sposób margines na popełnianie błędów. Nasz system działa w drugą stronę. Autorzy pierwszych filmów są rzucani na głęboką wodę, ale nie ma co narzekać. Może nawet potrzebny jest ten element „darwinizmu”, że trzeba to jakoś przetrwać?

 

Czy Pana ścieżka od producenta do producenta była długa w przypadku tego projektu?

 

Sam jestem współwłaścicielem firmy produkcyjnej, ale z pewnych względów postanowiliśmy wraz z moim wspólnikiem poszukać dla tego projektu innego producenta. Zależało mi też, żeby zrealizować go maksymalnie szybko. W przypadku „Jezioraka” miałem pewien komfort z prostej przyczyny – tekst spotkał się z dobrym przyjęciem. Tak trafiliśmy do WFDiF, gdzie zapadły decyzje, żeby film wziąć, zwłaszcza, że przynieśliśmy producentowi sensowny pakiet. Mieliśmy już promesę dystrybutora oraz zadeklarowaną część finansowania.

 

W jednej z kronik festiwalu w Koszalinie Bartosz Warwas powiedział, że przejście od krótkiego do długiego metrażu jest w Polsce demonizowane. Czy Pan również ma takie poczucie czy jednak różnica jest kolosalna?

 

Być może perspektywa Bartosza jest zupełnie inna, możliwe też, że trochę zmienił się rynek. Ja czekałem na debiut 10 lat. Jednym z powodów była chęć zrealizowania w pełni profesjonalnej produkcji. Koleżanki i koledzy, którzy zaraz po szkole zrealizowali nawet małe filmy, weszli do zawodu zdecydowanie szybciej. Ja wyszedłem ze szkoły ze scenariuszem, który zbierał bardzo dobre oceny, ale był drogi w realizacji. A nie było jeszcze PISF i sukcesu, który przyszedł wraz z jego powołaniem. Być może moim błędem było to, że wszystko próbowałem zrobić sam. Podsumowując, wygląda to bardzo różnie – niektórym z nas udało się dość szybko, inni, jak ja, czekali dosyć długo. Ale są też koledzy, którzy dotąd nie zrobili filmu i nie wiem, czy będą mieli jeszcze siłę, aby o to walczyć.

 

Ten film ma pewne zakorzenienie w rzeczywistości, część zdarzeń jest oparta na faktach. Czy łatwiej się wtedy pisze, kiedy ma się taki punkt oparcia w zdarzeniach faktycznych?

 

Fakty nie były tutaj punktem wyjścia. Pomysł na film przyszedł do mnie we śnie. Napisałem potem kilka wersji treatmentu, ale jakoś to wszystko nie bardzo działało. Dopiero kiedy pomyślałem, żeby spróbować konstruować tę historię zgodnie z regułami gatunku, w ciągu 15 minut wszystko się skleiło. Mam też za sobą kilka lat pracy jako realizator telewizyjny, m.in. przy „Magazynie Kryminalnym 997”. Zrobiłem tam prawie 50 epizodów fabularnych, czyli zrekonstruowałem 50 zbrodni. Dzięki temu czułem się pewnie w tym temacie, po prostu wiem, jak wygląda ta rzeczywistość. Pisząc scenariusz, inspirowałem się tamtymi doświadczeniami, ale wprowadzałem też elementy, które znałem z opowieści lub wyczytałem w gazetach. Poczucie, że model sytuacji, którą się opisuje, zaistniał gdzieś w rzeczywistości na pewno pomaga. Oczywiście nie chodzi o to, żeby go dosłownie odtwarzać. Dla widzów, którzy kojarzą nawet cień jakiegoś wydarzenia, a potem znajdują to w filmie, jest to potwierdzenie, że film styka się z rzeczywistością, że nie jest odklejony.

 

W dyskusji po premierze w Koszalinie widzowie zwracali uwagę na widoczne w filmie inspiracje serialami i filmami. Jak napisać taki scenariusz, żeby nie popaść w pułapkę klisz?

 

Jeżeli istnieją paralele, to nie były one zamierzone. Spodziewałem się, że może będą jakieś odniesienia do „Fargo”. Policjantka w ciąży może kojarzyć się z tym tytułem, chociaż moim zdaniem u Cohenów ciąża bohaterki jest elementem roli, a w przypadku „Jezioraka” jest elementem cyklu zdarzeń. I zdecydowałem się na to, mimo wszystko. Ale widzowie przywoływali też tytuły, których nie widziałem. Trochę mi wstyd przyznać, ale nigdy nie przeczytałem żadnego skandynawskiego kryminału, a porównania takie pojawiają się niemal w każdym komentarzu. Są elementy, które konstytuują kino gatunków, bo przecież polega ono na tym, żeby dostarczyć widzowi coś, co zna, lubi i rozumie – pewien zestaw „schematów” czy rozwiązań konstrukcyjnych. Sekret polega na tym, żeby umieścić w tym wszystkim jeszcze coś nowego, świeżego. W takim kinie jest mnóstwo rzeczy, które wynikają z logiki opowieści. Jeśli jest zbrodnia, to jest również sprawca i ofiara. Na pewno dramatyczniejsze jest, kiedy ta ofiara jest ścigana przez mordercę, niż kiedy jest zamordowana znienacka. Naszą grą z gatunkiem było poszerzenie psychologicznej i emocjonalnej warstwy głównej bohaterki. Chcieliśmy pokazać w Izie Dereń trochę więcej kobiety niż tylko policjantkę. Myślę, że w swojej gatunkowości „Jeziorak” zachowuje jednak niepodległość. Przy produkcji filmu, kreatywnej współpracy tak wielu osób często działają siły, nad którymi ma się tylko częściową kontrolę. Wydaje mi się też, że podjąłem najlepsze dla filmu decyzje i gdybym miał dokonywać ich jeszcze raz, postąpiłbym podobnie.

 

A czy decyzja, że głównym bohaterem będzie kobieta, była też świadomą dyskusją z kliszami polskiego kina?

 

Nie zastanawiałem się nad szrankami z polską kinematografią. Przed „Jeziorakiem” napisałem dwa inne scenariusze. Obydwa były o mężczyznach i męskim świecie. Siadając do pisania „Jezioraka” pomyślałem, że czas zrobić coś innego, że może warto spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Poza tym, facetów policjantów było już w kinie wystarczająco wielu. Pochodzę też z rodziny, w której są mocne kobiety. W ogóle wierzę, że teraz jest czas na kobiety. Wierzę w kobiecą siłę. Mam nadzieję, że udało mi się ją w filmie pokazać.

 

W jednej z pierwszych recenzji „Jezioraka” autorstwa Magdaleny Felis czytamy: Jakaś część tajemnicy aktorstwa Budnik tkwi w tym, że nie boi się być brzydka i nieefektowna. I w tej obojętności na efektowność kradnie ekran dla siebie. Czy tak była konstruowana ta postać?

 

Myślę, że siłą aktorstwa Jowity jest prawda, którą ze sobą niesie i taka zwykła, ludzka uczciwość. Zresztą Jowita jako Iza Dereń jest odzwierciedleniem jakiegoś kawałka mojej wewnętrznej kobiety. Każdy ma inną perspektywę, ale ja patrzę na to jako na przykład piękna i siły, który jest niezależny od jakichkolwiek zewnętrznych walorów.


Rozmawiała Kalina Cybulska

02.07.2014