Rozmowa z Przemysławem Wojcieszkiem

Rozmawiamy z Przemysławem Wojcieszkiem, autorem filmu „Jak całkowicie zniknąć”, który 17 kwietnia wchodzi na ekrany kin. Film był premierowo pokazywany w Konkursie Międzynarodowym 14. edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

PISF: Czy zmienia się Twoje podejście do pracy reżysera?

Przemysław Wojcieszek: Jak miałbym sobie zadać pytanie, czym jest dla mnie teraz reżyseria, to myślę, że jest nią bardziej tworzenie warunków, żeby coś powstało niż kontrolowanie wszystkiego do końca. Od kilku lat kręcę swoje filmy najtańszymi kamerami, które właściwie są bezobsługowe. Przy poprzednim filmie miałem trochę więcej sprzętu, ale taka była decyzja operatora. Przy „Jak całkowicie zniknąć” chciałem, żeby Weronika Bilska nie tylko szwenkowała, ale też sama ostrzyła. Nie mieliśmy nawet statywu. Lampy stawialiśmy zaledwie w kilku scenach i główna praca chłopaka, który zajmował się światłem, polegała na stabilizowaniu Weroniki, czyli po prostu trzymaniu ją za plecak. Takie podejście jest u nas rzadko spotykane, ale coraz bardziej mi pasuje. Mnie w ogóle nie interesuje technologia, dlatego też świetnie mi się pracuje z dziewczynami w charakterze operatorów. Uważam, że dziewczyny, które wyszły niedawno ze szkół operatorskich są znacznie ciekawsze niż ich rówieśnicy koledzy. Fakt, że stoją raczej w drugiej linii jest wyłącznie wynikiem powszechnej u nas dyskryminacji zawodowej kobiet. Bardzo sobie cenię intuicyjne, nietechnologiczne podejście do pracy, że jako ekipa staramy się być niewidoczni. Raczej dajemy aktorom pewne zadania niż instruujemy i jesteśmy wokół tego, co się dzieje z aktorami. Fascynujące jest dla mnie empatyczne podejście do „obiektu”, który się fotografuje, dając mu możliwość rozwinięcia się. Reżyser powinien wkraczać tylko wtedy, kiedy chce coś zatrzymać, bo to już na przykład nie pracuje albo kiedy chce zrobić jakiś wariant. Staram się myśleć o pracy na planie w bardzo ogólnych założeniach, nie chcę być zbyt szczegółowy czy zbyt kontrolujący. Mężczyźni mają problem z nadmiarem kontroli, ja staram się to zwalczać. Poza tym kino mnie w coraz większym stopniu interesuje jako rodzaj ekstremalnie osobistej wypowiedzi autorskiej. W Polsce nikt nie robi rzeczy ultraosobistych. Wszyscy się silą na fabułę, opowiadanie historii, aktorów, którzy mają przeżycia. W teatrze aktorzy już nie udają żadnych emocji.

 

W „Jak całkowicie zniknąć” przez pierwsze kilkanaście minut nie ma żadnej sceny dialogowej. Czy Twoje kino zmierza w stronę nastrojowości czy emocjonalizacji kosztem werbalizacji?

 

W „Jak całkowicie zniknąć” i tak jest za dużo dialogów. Robiłem, co mogłem, żeby to pościnać, ale nie zawsze się dawało. Moje pomysły na cięcia były też czasami oprotestowywane przez moich współpracowników, którzy chcieli dać szansę scenariuszowi. W poprzednim filmie nie było dialogu przez pierwsze dziesięć minut, teraz chyba trzynaście, ale nie chcę robić niemego kina. Wydaje mi się, że nie ma u mnie reguł, bo ich zresztą nie uznaję, a w dzisiejszym kinie fajne jest to, że można wszystko i w dowolny sposób. Akurat przy tym filmie o dwóch dziewczynach, który robiłem w większości z ekipą kobiecą, zależało mi na tym, żeby moja obecność czy ingerencja była minimalna. Nie chciałem, żeby ten film wyglądał na zrobiony przez faceta, który tak to sobie wyobraża. Zależało mi też na tym, żeby nie czuło się nieustannej ingerencji, fiksowania, ustawiania sytuacji. Na planie puściłem pewne rzeczy wolno zakładając, że uporządkuję je na montażu nadając im rytm.

 

Żeby dostać pieniądze na film z regionu i od PISF, musiałeś przedstawić scenariusz. Jak w takim razie wyglądał?

 

To jest, niestety, źródło moich stałych kłopotów z tymi instytucjami. Ja naprawdę uważam literacki scenariusz za przeżytek. Nie piszę ich już i nie będę pisał. Jeśli będzie to oznaczać dla mnie kłopoty, to trudno. Przy „Jak całkowicie zniknąć” przedstawiłem ok. 40 stronicowy scenariusz, który był i tak najmniej literacki ze wszystkich tekstów, które wcześniej napisałem. Jego promotorem była Gośka Szumowska i jestem jej bardzo wdzięczny, że zachowała się w porządku i puściła go dalej. Niestety, jest tylko jedna Szumowska. Niedawno w PISF złożyłem script, który ma 28 stron. Wciąż nie dostałem na niego dotacji. Jak dzisiaj patrzę na scenariusz „Jak całkowicie zniknąć”, to wydaje mi się zbyt literacki, choć dla innych ludzi był bardzo zwięzły. Było tam mnóstwo rzeczy, które tłumaczyły postacie i opowieść, co już na pierwszych próbach wydawało nam się zbędne. Od razy wyrzuciliśmy 2/3 tekstu. Kino to sztuka intuicji, która ma uruchamiać myślenie u widza, a nie wykładanie wszystkiego kawa na ławę, w którym opisane jest każde otwarcie drzwi.

 

W efekcie mamy film, który kondensuje kilka godzin i tak naprawdę nie znamy ani przeszłości tych dziewczyn ani nie wiemy, gdzie te bohaterki idą dalej.

 

Tak, te informacje zostały ze scenariusza wycięte. Monologi wewnętrzne czy duże sceny dialogowe. Została w zasadzie jedna. Reszta wypadła, bo wydawała mi się nieważna i obciążająca. Z drugiej strony pojawił się problem, ile informacji wyciąć, żeby to było czytelne. Jeżeli obcinasz maksymalnie ilość informacji, to w pewnym momencie historia płynie sama i nie do końca wiadomo, do czego cię doprowadzi. W „Jak całkowicie zniknąć” nie ma żadnego dramatu, bo nie cierpię dramatu, postaci nie są skonfliktowane, po prostu płyną wspólnie i przez tę drogę wymieniają się energetycznie, emocjonalnie. Jedna staje się bardziej otwarta, druga na chwilę przestaje być samotna. Czy to mało? Myślę, że to bardzo dużo.

 

Zależało mi na tym, żeby ten film nie był fabułą. Chciałem, żeby to był pewien koncept, że dziewczyny zakładają nocne stroje wieczorowe, nie znają się, wychodzą w miasto i przechodzą przez kolejne stacje tej drogi, a ich związek w najmniej oczywisty sposób się zacieśnia. De facto w filmie nie ma zatem psychologii i rozwoju postaci. Ten film pracuje jako rytm, aura, atmosfera, która udziela się energetycznie widzowi. Wierzę w to, że dzisiaj dzięki temu, że technologia daje nieprawdopodobne możliwości kreacyjne, nie trzeba już opowiadać poprzez budowanie narracji, a można przez atmosferę, rytm, muzykę czy tempo.

 

Zamiast rozwoju postaci rejestracja procesu znikania?

 

Myślę, że główna bohaterka w dosyć wyraźny sposób ilustruje tytuł. Dla niej jest to taki jednonocny proces znikania, w którym staje się jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem. Robi rzeczy, których nie robiła wcześniej i zarazem patrząc na siebie z dystansu, opisuje swoją przemianę. Dokonuje czasowej zmiany w swoim życiu, które później i tak pójdzie ustalonym torem, ale na tę jedną noc zaciera swoją historię, zaciera to, kim jest.

 

Podstawiasz widzom pewne tropy interpretacyjne, z których głównym jest baśń o Królowej Śniegu.

 

Ze wszystkich wypowiedzi postaci na swój temat czy różne kwestie życiowe zostawiliśmy tylko to, co odrealnia i unieważnia dialogi, wkłada wszystko w cudzysłów. Nie wiemy nawet, jak te dziewczyny się nazywają, bo padają tylko imiona z baśni: Mała Rozbójniczka i Gerda. Ten epizod w baśni Andersena jest krótki, bo bohaterki się szybko rozstają. Mała Rozbójniczka podobała mi się jako trop, bo odbierała tej historii dosłowność, pozwalała opowiedzieć o tej relacji w sposób mniej oczywisty. To jest także klasyczny trop lesbijski.

 

Wiedziałeś dla kogo piszesz czy to przyszło później?

 

Po „Sekrecie” wiedziałem, że chcę zrobić film z Agnieszką Podsiadlik. Nie wiem, kogo innego w Polsce mógłbym wziąć. Agnieszka nie dość, że jest świetną aktorką, to dzięki temu, że już razem pracowaliśmy, nie musiałem jej wielu rzeczy tłumaczyć. Mogłem sobie pozwolić na to, że mówię ogólnie. Ona zasadniczo robiła to, co chciałem lub nawet dawała więcej niż mógłbym sobie zażyczyć, bo nawet nie przyszłoby mi to do głowy. Pheline Roggan była natomiast najciekawsza w kontekście współpracy z Agnieszką. Wydawało mi się, że fajnie do niej pasuje, bo jest zupełnie inna, ma inną energię, jest dużo bardziej filmowa. Już z tego w moich projektach nie zrezygnuję, zawsze chcę mieć obsady mieszane. Dobrze mi się pracuje z wybranymi ludźmi z innych kultur. Polacy mają niestety taką tendencję do smucenia i bycia zbyt serio, Pheline nas podrywała do góry i wszystko czyniła bardziej zabawowym. Polacy są spięci. Jak robią film, to robią film życia, film dekady. Jak robią film o nocy w Berlinie, to musi się pojawić wątek żydowski albo problem społeczny, choćby brat na odwyku.

 

Tu porzucasz kontekst polityczno-historyczny, choć zamiana dziewczyn raczej nie byłaby możliwa. Czy Niemka mogłaby naśladować Polkę?

 

Wydaje mi się, że to byłoby trudne, co potwierdza recepcja filmu na festiwalu. Na paru osobach, którym do tej pory nie podobało się nic, co zrobiłem, ten film zrobił wrażenie. Myślę, że on dotyka takich polskich kompleksów. To my jesteśmy w Europie gdzieś na zewnątrz, bardziej zagubieni, bardziej pozamykani. To my zawsze niesiemy w świat kompleksy i nieszczęścia. Jedyni swobodnie zachowujący się w Berlinie Polacy, jakich znam, to ci, którzy mieszkają tam od zawsze. Sam czuję się tam obco do dzisiaj i to jest dla mnie tragedia, bo uwielbiam to miasto i pewnie prędzej czy później się tam przeniosę. Berlin jest dla mnie nie tylko przestrzenią świecką. Poprzez wspomnienia połączone z innymi ludźmi, których na przykład już nie ma, to miasto ewokuje we mnie coś, co jest ważne, w pewien sposób religijne. Ale prawdopodobnie nigdy nie poczuję, że to miasto jest moje.

 

Nie zdążyliście z filmem na Berlinale.

 

To nie jest film na Berlinale. Jest pozbawiony kontekstu społecznego i politycznego. Bardzo lubię ludzi z Forum i ogólnie z tego festiwalu, ale nie mogę robić filmu „pod festiwal”, a przynajmniej nie za każdym razem. „Jak całkowicie zniknąć” miał być afirmatywny i ekstatyczny i taki właśnie jest. Julia Marcell napisała dużo muzyki, wstawialiśmy animacje, długo powstawał dźwięk, potem Weronika jeszcze czyściła obraz. Dysk był gotowy w czerwcu i w związku z tym zaczęliśmy od festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Jestem z tego bardzo zadowolony, bo lubię ten festiwal, bardzo szanuję pracę Romana Gutka i Joanny Łapińskiej i poza ich festiwalem nie widzę imprezy, na której moglibyśmy w Polsce premierowo pokazać ten film.

 

Rozmawiała Kalina Cybulska

14.04.2015