Rozmowa z Rafałem Skalskim

Podczas zakończonego 27 listopada 7. Festiwalu HumanDOC Grand Prix dla najlepszego filmu polskiego otrzymał współfinansowany przez PISF film dokumentalny „Mnich z morza” Rafała Skalskiego. Z reżyserem rozmawiamy m.in. o prezentacji filmu na festiwalu w Locarno, więzi nawiązanej z bohaterem, crowdfundingu i realizowaniu filmu w Azji.

PISF: Jak to się stało, że zacząłeś zajmować się filmem dokumentalnym?

Rafał Skalski: Przed szkołą filmową nie wiedziałem w zasadzie nic o dokumencie. Dopiero jak się przygotowywałem do egzaminów wstępnych w wieku 19 lat to obejrzałem klasykę polskiego dokumentu: Kieślowskiego, Karabasza, Dziworskiego, Wiszniewskiego. Więc poznałem dokument dopiero w późnym wieku nastoletnim.

Każdy, kto dostaje się do szkoły na reżyserię chce robić filmy fabularne. Nie spotkałem osoby w szkole, która chciałaby robić tylko filmy dokumentalne. Miałem podobne podejście. Ale już przy pierwszych próbach, przy pierwszej etiudzie „Małe mądrości” poczułem, że jest to materia bardzo dla mnie inspirująca. Byłem najmłodszy u nas na roku i czułem się dosyć świadomy, jeśli chodzi o warsztat filmowy, pracę kamery – robiłem wcześniej amatorskie filmy. Ale czułem, że mało wiem o świecie, byłem bardzo młody. Pisząc scenariusze etiud fabularnych tworzyłem rzeczy, które wychodziły dosyć naiwne. Natomiast dzięki dokumentowi mogłem poznawać świat. To się szybko sprawdziło – zrealizowałem „52 procent”, który był jednocześnie filmem szkolnym i moim pierwszym profesjonalnym dokumentem. Film się spodobał, dostał nagrody i wprowadził mnie do środowiska dokumentalistów.

Zawsze bardzo lubiłem wchodzić na tereny, których nie znam, zupełnie inaczej niż niektórzy dokumentaliści opowiadający o rzeczach im znanych. Ja zawsze staram się znaleźć temat, który mnie dotyczy, ale w środowisku zupełnie odległym. To może być film o dojrzałości ale o balecie, czy film o przyjaźni, ale opowiadający o uczestniczkach Powstania Warszawskiego. Zawsze to były obszary, historie dość odległe ode mnie, ale tematy mi bliskie. Tak też było w przypadku „Mnicha z morza”. To jest zupełnie odległy świat – kraj, w którym nigdy wcześniej nie byłem, zanim nie nakręciłem tego filmu. Ale sam temat wyszedł ze mnie – temat presji kulturowej, duchowości.

Jak natknąłeś sie na historię, o której opowiada twój film?

Przeczytałem artykuł w już nieistniejącym obecnie „Przekroju” o krótkoterminowych mnichach w Tajlandii. Wcześniej bardzo mało wiedziałem o tym kraju: tajska kuchnia, ładne krajobrazy, seksturystyka, Król. Ten tekst skojarzył mi się z presją kulturową, tradycją czy zobowiązaniami jakie niektórzy odczuwają także w Polsce. Sam sie nad takimi rzeczami głowię. Wcześniej byłem wierzącą osobą, a w 2009 roku uznałem, że nie czuję się tak do końca katolikiem. Pomyślałem, że jeśli nie ze wszystkim w katolicyzmie czuję się komfortowo, kiedy przestałem wierzyć w parę podstawowych dla tej wiary dogmatów, to tym katolikiem nie jestem. Jednak dużo osób tkwi w tej wierze, mimo że w połowę rzeczy nie wierzy. Ale to jest ludziom potrzebne, ta wspólnota, tradycja.

Po przeczytaniu artykułu pomyślałem, że daleko od Polski mógłbym znaleźć także coś, co dotyczy nas. Tym bardziej, że u nas ochrzczenie dziecka czy przystąpienie do pierwszej komunii trwają jeden dzień. Tam rytuał zostania tymczasowym buddyjskim mnichem trwa minimum tydzień. Nawet jeśli ktoś zupełnie nie praktykuje tam buddyzmu i ma w nosie tę filozofię, to przez ten tydzień musi się wyciszyć, skupić. To się wiąże m.in. z wykuciem na pamięć 229 zakazów i nakazów oraz nauczenia się tych formułek w starożytnym języku pali.

Dlaczego powstawanie „Mnicha z morza” trwało aż 5 lat? Czy dziś zrobiłbyś go inaczej?

Trudno było skompletować budżet. Wydaje mi się, że krócej bym go robił, gdybym mógł podczas jego realizowania zarobić pieniądze. Myślę też, że film powstawałby szybciej, gdybym nie miał rodziny. Rodziła mi się córka i nie było mowy o tym, że mógłbym na pół roku wyjechać do Tajlandii – to musiało być rozłożone w czasie. Czas powstawania był także zależny od tego, że chciałem zrobić dobrą dokumentację. Złożyłem wniosek o development w PISF i ten development bardzo mi pomógł.

Na początku myślałem, że wszystko zajmie mi rok: dostałem pieniądze na rozwój projektu, napisałem scenariusz, dostałem pieniądze na produkcję. Jednak kompletowanie reszty budżetu zajęło dłużej niż rok. W międzyczasie zrezygnował bohater, a wyznaczyliśmy termin pierwszych zdjęć na jesień 2013. Pomogli researcherzy – osoby z którymi zacząłem pracować w 2011 roku. Oni wyszukiwali mi różnych kandydatów na bohaterów. W końcu bohaterem filmu został przyjaciel researchera. To nie tylko pieniądze, ale też czas. Film powstawał długo, ale też bardzo długo trwał montaż – to było intensywne pół roku rozłożone na dwa lata. Zdjęcia zakończyłem w 2014 roku, ale również przetłumaczenie wszystkich materiałów zabrało sporo czasu.

Czy podczas realizacji odkryłeś coś, z czego nie zdawałeś sobie sprawy wcześniej?

Najmocniejszą zmianą w stosunku do moich początkowych wyobrażeń było odkrycie klasztoru… pod Bangkokiem, zalewanego przez morze. Wioska, w której mieści się klasztor, od 40 lat jest stopniowo zalewana przez podnoszący się na skutek m.in. globalnego ocieplenia poziom wody. Klasztor łączy obecnie z lądem tylko kładka. Wszyscy mieszkańcy swoje domy przenieśli na ląd, a w morzu obok klasztoru sterczą tylko dawne słupy uliczne, telefoniczne. Czasami widać nawet fundamenty domów, gdy jest odpływ. Kiedyś klasztor przestanie istnieć – poziom wody stale się podnosi. W tym klasztorze odkryłem niezwykle charyzmatycznego opata, który zamiast stamtąd uciec i zostawić to miejsce to jeszcze buduje nowe kapliczki coraz bliżej morza. W ten sposób walczy z morzem, nie akceptuje tej sytuacji. To dla mnie esencja filozofii buddyjskiej. On żyje chwilą i nie widzi sensu w zastanawianiu się nad bezsensownością tych działań. Gdy przyjechaliśmy na zdjęcia w 2013 roku okazało się, że buduje on 10-metrowy pomnik Buddy stojącego tuż przy morzu w pozycji „stop!”. Uznałem, że muszę mieć ten wątek w filmie. Chciałem też znaleźć bohatera, który szczerze chcąc zostać mnichem zgodzi się na to, by wybrał pobyt właśnie w tym klasztorze. Takiego bohatera udało się znaleźć. To stanowi też esencję tego filmu: zderzenie dwóch postaw – opata i naszego bohatera.

Czy sama Azja czymś cię zaskoczyła?

Pewnie bym się tak nie zainteresował tym tematem, gdyby nie to, że wcześniej parokrotnie byłem w Azji. Przeżyłem szok kulturowy będąc pierwszy raz w Hongkongu na festiwalu w 2008 roku. Przyjazd tam, wyjście na ulicę pełną zapachów, hałasu, ludzi sprawiło, że pomyślałem: Europa nie jest już centrum świata. Azja – Chiny, Tajlandia, Wietnam – tam teraz dzieje się najwięcej. My jesteśmy niewiele znaczącym, starym kontynentem. Tajlandia natomiast była dla mnie bardzo pozytywnym przeżyciem, jeśli chodzi o gościnność, podejście ludzi do świata. To dla mnie zdecydowanie najbardziej przyjazny kraj z tych azjatyckich, w których byłem.

Niezwykłą atmosferę Tajlandii znakomicie w twoim filmie uchwyciła praca operatora.

Autorem zdjęć jest Filip Drożdż. Zależało mi na tym, aby robić film z bliską osobą. Z Filipem się przyjaźnimy, wiele już razem przeszliśmy i wiele wspólnych filmów zrealizowaliśmy. Pracowałem wcześniej też z Kubą Gizą, z którym pojechałem na dokumentację „Mnicha z morza”. To też ciekawie rozwinęło film, to że na początku pracy w trójkę debatowaliśmy nad jego wizualnym kształtem.

Często w swoich poprzednich filmach używałem długich obiektywów i byłem dosyć daleko od bohaterów. Czasami tylko podchodziłem bliżej. Natomiast tutaj postanowiłem, że głównie będę blisko, głównie na szerokich obiektywach. Teraz jestem zdania, że im bliżej się jest bohatera, tym paradoksalnie jest to bardziej szczere. Zbyt długi obiektyw sprawia wrażenie, że coś jest podpatrywane z dystansem. Tutaj dystansu nie chciałem – wiedziałem, że ten dystans i tak będzie, bo to jest film o Azji.

Jest tak, że tam uzewnętrznianie emocji wygląda trochę inaczej niż u nas. To bardzo duża generalizacja – my szybciej rozpoznajemy emocje u osób z naszego kręgu kulturowego. Jak tam się jedzie to jest z tym trochę gorzej. Oni mogą być zirytowani, a się uśmiechają. Generalnie dominuje tam rzadsze okazywanie emocji, uzewnętrznienie ich. Kiedy wiedziałem, że ten dystans będzie wyczuwalny dla widza europejskiego, to chciałem ten dystans zmniejszyć. W wyborze bohatera też kierowałem się tym, aby jego emocje były jak najbardziej widoczne. Wiedziałem, że to nie będzie film, który jest psychodramą, że nie będę miał trudnych emocjonalnych relacji. Nie szukałem tego. Od początku wiedziałem, że to będzie dosyć subtelny film, oparty na uważnej i spokojnej obserwacji. W tym filmie pełno jest drobnostek. Są w nim sceny, których nigdy bym nie wymyślił pisząc scenariusz filmu fabularnego. Na przykład moment, gdy starszy i młodszy mnich wspólnie medytują, a niespodziewanie wiatr przewraca im strony księgi. Starszy mnich reaguje ze spokojem, natomiast nasz bohater – ciut nerwowo. Z takich scen, impresji ten film jest złożony.

Też niebagatelne znaczenie ma dla mnie w tym filmie światło.

Przygotowując sie do realizacji w ramach szukania inspiracji i referencji wspólnie z autorem zdjęć oglądaliśmy trochę azjatyckiego kina, także filmy europejskich twórców nakręcone w Azji, jak choćby „Tylko Bóg wybacza” Refna. Ten film był dla nas pewną referencją, jeśli chodzi o filmowanie nocą. Tam zobaczyliśmy, że portretowanie Bangkoku w statycznych i spokojnych, symetrycznych kadrach ma sens. Już podczas zdjęć Filip wprowadził panoramy, które pasowały nam intuicyjnie. Jednak znielubiłem Bangkok, w którym na zdjęciach spędziliśmy półtora miesiąca. Po tygodniu, dwóch, to miasto wydawało mi się straszne. Wieczny smog, chmury i korki. I to nam wyszło – ludzie, którzy oglądają film i nigdy nie byli w Tajlandii, do tego miasta nie chcą już jechać. Wiedzieliśmy, że będzie to kontrastować z tym, co zastaniemy wyjeżdżając do klasztoru, że tam będzie natura, słońce i zieleń. I tak się stało.

Jak wyglądała twoja więź z bohaterem?

To jest bardzo ciekawy temat. Napisałem nawet pracę licencjacką o relacji z bohaterem w dokumencie. Robiąc film staram się wejść w dość bliską relację z bohaterem. Nie tyle staram się – to nie jest wykalkulowane. To po prostu wychodzi. To jest naturalne. Wchodząc do czyjegoś domu i przebywając tam cały dzień, przychodząc o 6 rano, filmując jak śpi i jak potem szykuje się do wyjścia do pracy trzeba wejść w relacje z drugim człowiekiem. Pisał o tym m.in. Kazimierz Karabasz. Wydaje mi się, że najważniejsze jest w trakcie pracy ustalenie, tak trochę na czuja, zasad – kiedy jestem kumplem i możemy pogadać, a kiedy kręcimy i jest sytuacja filmowa. Niektórzy filmowcy używają określenia, że bohaterowie zapominają o kamerze. Nigdy się nie zapomina o kamerze! Często po paru tygodniach rozmawiam z moimi bohaterami i oni mówią, że kamera im nie przeszkadza. Ale nie jest tak, że o niej zapominają! Oni traktują ją jak stałego towarzysza, kolejną osobę w pokoju. Ale wiedzą, że z tą osobą nie wejdą w interakcję.

Dlaczego zdecydowałeś się na kampanię crowdfundingową i jak ją oceniasz?

Podczas montażu filmu, ponad rok temu, stwierdziliśmy, że właściwie nie starczy nam w budżecie pieniędzy na pełną postprodukcję, na korekcję barwną, na muzykę i udźwiękowienie. Zdecydowaliśmy, ze uruchomimy kampanię crowdfundingową na Polak Potrafi. Kampanię prowadziła głównie moja żona Agnieszka Skalska, a pomagała jej w tym nasza przyjaciółka Kamila Szuba. Oferowaliśmy tam różnego rodzaju fanty i nagrody, które dopiero teraz, gdy film jest ukończony, możemy realizować.  Zaprosiliśmy na warszawską premierę filmu, zaoferowaliśmy dvd. Wysyłamy też maty do jogi z logo filmu, czy kubki z tym logo. Wsparło nas 269 osób i zebraliśmy mniej więcej 25 tys. złotych, co pozwoliło nam dokończyć film w profesjonalnych warunkach.

Czy zachęcałbyś filmowców do zdobywania funduszy w ten sposób?

Tak, bardzo zachęcam. Zanim film był skończony mieliśmy już 800 fanów na Facebooku i zbudowaliśmy małą, arthousową społeczność wokół „Mnicha z morza”. Są to osoby, które o filmie wiedzą i film śledzą. Prawdopodobnie wprowadzimy dzięki Wrocławskiej Fundacji Filmowej film na ekrany i myślę, że te osoby, które nas wsparły wybiorą się do kin i będą bliskim ten tytuł polecać. Dla mnie jako reżysera najważniejsze jest, żeby jak najwięcej osób nasz film zobaczyło.

Jak „Mnich z morza” znalazł się w programie festiwalu w Locarno?

Moja żona zajmuje się promocją filmów i rok wcześniej była na tym festiwalu z filmem „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej. Kontakty zostały więc nawiązane. Wysłaliśmy zgłoszenie i jeszcze dodatkowo napisaliśmy do kierującego sekcją Tydzień Krytyki, że zgłaszamy nasz film i zachęcamy do obejrzenia go. Już na początku czerwca, czyli dosyć wcześnie, otrzymaliśmy informację, że film się dostał na festiwal. Bardzo nas to ucieszyło.

To kolejny rok, kiedy Polska w konkursie dokumentów w Locarno była szeroko reprezentowana. Trzeci rok z rzędu polski tytuł wygrywa Tydzień Krytyki. Wydaje ci się, że jest takie zjawisko jak nowy polski dokument, że jest on lepiej postrzegany na świecie?

Myślę, że zawsze byliśmy mocni w dokumencie. Tylko kiedyś szeroka widownia o tym nie wiedziała. Bardzo dużo zmieniło się wraz z nominacją do Oscara dla dwóch polskich dokumentów w jednym roku, gdy nominowane były „Joanna” i „Nasza klątwa”. To było niesamowite. Mam wrażenie, że bardzo dużo medialnie mówi się o wydarzeniach sportowych, zdecydowanie więcej niż o kulturze. Wtedy jednak przez parę dni czułem, że jestem częścią branży, o której się bardzo dużo mówi. To wydarzenie zyskało taki rozgłos, jak udział Polaków w rozgrywkach EURO. Niemal codziennie były w prasie i telewizji wywiady z twórcami, czekaliśmy na wyniki. To było super. Od lat polskie filmy dokumentalne zdobywają dużo nagród. Wyrobiony widz festiwalowy na świecie kojarzy polskie kino dokumentalne. Wie, że nasze kino dokumentalne to jakość i filmowość, a nie telewizyjne reportaże. Nominacje do Oscara sprawiły, że także w Polsce dużo osób się o tym dowiedziało, które może o sile polskiego dokumentu usłyszały po raz pierwszy.

Z Rafałem Skalskim rozmawiała Marta Sikorska

28.11.2016