Rozmowa z selekcjonerem festiwalu Sundance

Podczas 56. Krakowskiego Festiwalu Filmowego rozmawialiśmy z członkiem jury Konkursu Dokumentalnego, selekcjonerem festiwalu Sundance Hussainem Currimbhoyem.

PISF: Czym zajmujesz się przy festiwalu Sundance?

Hussain Currimbhoy: Jestem selekcjonerem, zajmuję się wyborem pełnometrażowych filmów dokumentalnych, ale także sekcją New Frontier i prezentacjami Virtual Reality. Zacząłem pracować przy festiwalu w 2014 roku, wcześniej pracowałem dla Sheffield Doc/Fest, a jeszcze wcześniej współpracowałem z festiwalami w Australii. Wybieram filmy do Konkursu Dokumentów Amerykańskich, Dokumentalnego Konkursu Międzynarodowego oraz do sekcji Premiery, gdzie zazwyczaj prezentujemy dzieła mistrzów dokumentu.

Jak wielu selekcjonerów Sundance zajmuje się filmem dokumentalnym?

Dokumentem zajmuje się pięć osób. Niektórzy zajmują się dodatkowo np. filmami fabularnymi ze świata. Są też osoby odpowiedzialne za filmy z danego regionu. Mamy też wielu współpracowników, którzy wspomagają nas w oglądaniu filmów. Jednak bez przesady, nie są to tysiące ludzi – to dość mała grupa, która kocha kino. To po prostu osoby, z którymi przebywanie jest radością – oglądanie z nimi filmów to przyjemność – także dlatego, że oni zwracają uwagę na zupełnie inne rzeczy niż ja.

Jak działasz, jak pracujesz? Oglądasz filmy w domowym zaciszu czy krążysz między festiwalami?

To ulega zmianie w ciągu całego roku. Tuż po Sundance rozmawiamy o filmach, które pokazaliśmy – m.in. o frekwencji. Śledzimy też, jak prezentowane u nas tytuły radzą sobie dalej. Potem ruszam w drogę na inne festiwale, np. w tym roku wybrałem się do Krakowa. Oglądam filmy, spotykam się z twórcami. Potem wracam do domu i zaczyna się 5-6 miesięcy intensywnego oglądania. Wtedy pracuję całkiem sporo, staram się oglądać filmy już od rana. Oglądam w domu, w pracy, ale zdarza się też, że mamy projekcje w kinie. Potem rozpoczynamy spotkania w gronie selekcjonerów i rozmawiamy o filmach. Nagle przychodzi czas robienia katalogu, pisania notek i układania programu projekcji. Mamy święta Bożego Narodzenia i zaraz potem odbywa się nasz festiwal. Najważniejsze w mojej pracy wydaje mi się to, że codziennie wydarza się coś innego i trudno w tym przypadku mówić o rutynie. Codziennie w moim życiu dzięki filmom pojawiają się nowe historie. Czasem dzięki kinu odkrywam jakiś kraj, jego zwyczaje, zaczynam zgłębiać dany temat. Nie sposób się rozleniwić. Kocham to, że ciągle mam do czynienia z czymś nowym.

Co powinien zrobić filmowiec, jeśli chce pokazać swój film na Sundance?

Powinien zrealizować wyjątkowy film dokumentalny, taki, który sam chciałby obejrzeć w kinie. Ważne, by był to film oferujący ciekawe, niepowtarzalne spojrzenie na świat. Spojrzenie piękne i inteligentne. Jeśli umiesz się bawić sposobem opowiadania i stylem – świetnie, chcę zobaczyć twój film! Jeśli potrafisz sprawić, że poczuję coś, czego dotychczas nie poczułem – poprzez zdjęcia czy postacie bohaterów – to mnie masz. Z rzeczy praktycznych – prosiłbym o jak najwcześniejsze zgłaszanie filmów oraz opowiedzenie mi, dlaczego robią właśnie ten film. Chciałbym poczuć, że autor wkłada w film całe swoje serce, że robi coś, bez czego nie mógłby żyć. To tak na sam początek.

Czy taki film powinien być uniwersalny, zrozumiały dla widzów na całym świecie? Czy też bardziej pociągające są tematy lokalne?

To zależy. Czasami, jeśli znajdziesz odpowiedniego bohatera, wysłuchasz jego historii i spędzisz z nim sporo czasu, to jego opowieść może wzbogacić twoją osobistą podróż, a potem stać się uniwersalną. Patrzysz na świat jego oczami, to wspaniałe doświadczenie. Każdy z nas jest inny, ale możemy się w ten sposób porozumiewać i lepiej rozumieć. To bardzo poruszające, a zarazem rzadkie doświadczenie. Twórca musi ten proces przeprowadzić w sposób po części kontrolowany, z szacunkiem dla bohatera i godnością. Jeśli to się uda, to możesz zbudować więź z takimi osobami, o których nawet nie pomyślałeś wcześniej. Więc na początku nie musisz cały czas poszukiwać uniwersalnego tematu – on może przyjść z bohaterem, którym niekoniecznie musi być człowiek – to może być np. kraj. Twórca może uświadomić widzom istnienie spraw, które łączą nas wszystkich. To czyni dany temat uniwersalnym. Nieważne, czy opowiadasz historię, która wydarzyła się w USA, Wielkiej Brytanii czy na Grenlandii. Mówisz o naturze ludzkiej i wspaniale, jeśli zrozumieją cię ludzie z różnych miejsc. Pod tym względem film dokumentalny jest wyjątkowy, ponieważ może być na tyle wyzwolony i świeży, na ile tylko twórcy będą chcieli. W końcu dokumenty są o życiu. Jeśli umiesz je pokazać, to się nim zafascynujesz. Jeśli natomiast polubisz ich oglądanie, to podejrzewam, że możesz się od nich uzależnić.

W tym roku nagrodę dla najlepszego reżysera w Międzynarodowym Konkursie Dokumentalnym otrzymał Michał Marczak za film „Wszystkie nieprzespane noce”. Oczywiście muszę zapytać, jak trafił do was ten film, dlaczego wybraliście go do konkursu?

Tak, ten film mnie znokautował! Od czego mógłbym zacząć… Michał niesamowitą wagę przykłada do obrazu. Bardzo dba też o to, by opowiadać w świeży sposób. Widać, że jego filmy mówią o krótkich chwilach, momentach i próbach ich uchwycenia. Żyjemy w szalonych czasach. Michał opowiada o rzeczach pozornie zwyczajnych, jak wyjście na imprezę czy poznanie nowych osób. Ale tak naprawdę dzięki tym małym zdarzeniom zachodzić może w tobie głęboka przemiana. Nie zdajesz sobie z tego sprawy, jednak gdy lata mijają dochodzisz do wniosku: to było ważne, to była prawdziwa przygoda, niezwykłe przeżycie. Wydaje mi się, że Michał jest świetny w wychwytywaniu takich momentów. Świetnie czuje miasto, kolory. Wykonuje przy tym niebywałą pracę intelektualną, której nie widuję na ekranie zbyt często. Oddziałuje też na emocje na wielu poziomach. Jego styl jest hipnotyzujący. Oglądam „Wszystkie nieprzespane noce” i mam ochotę wołać – stary, jak ty to robisz? Masz mnie, masz mnie w całości i zrób ze mną, co zechcesz! Dlaczego tak jest? Bo wszyscy znamy tę opowieść, każdemu się to zdarzyło – zasiedzieć na imprezie, włóczyć po mieście do 3 rano z dopiero co poznanymi osobami albo z najlepszym kumplem, który już jednak za 10 lat może nim nie być. Masz jednak tego przyjaciela, który cię świetnie zna i łączy was więź, o której nawet nie musicie rozmawiać. To uczucie nie potrzebuje etykietek, nie musi być nazwane – to po prostu coś wyjątkowego. W czasach, kiedy mamy tyle „facebookowych” i „twitterowych” przyjaźni bycie związanym z kimś głębiej jest wyjątkowe. Mówię o przyjaźni, w której kiedy twój przyjaciel cierpi to ty cierpisz razem z nim, przeżywasz wspólnie radości i chwile zwątpienia. „Wszystkie nieprzespane noce” dzięki swojej konstrukcji potrafią to pokazać. Ten film nie jest ani pretensjonalny, ani oczywisty. Pokazuje chwile, ale wiesz, że niosą one większe znaczenie. Ten film jest po prostu przepiękny. Znakomicie wyreżyserowany, zrobiony z miłością i szacunkiem. To taki film, że na pewno gdy go zobaczysz to zapamiętasz na dłużej. Poprzedni film Michała „Fuck For Forest” widziałem jeszcze, gdy pracowałem na Sheffield Doc/Fest i wiedziałem, że w jego twórczości jest niesamowita energia. W tamtym filmie umiał połączyć energię seksualną z ekologią, wyszło fantastycznie. Nikt nie umie pracować w taki sposób. Jestem fanem Michała Marczaka od dłuższego czasu. Dzięki temu filmowi przyjechałem do Polski w poszukiwaniu kolejnych filmowych talentów.

Na jakie kino czekasz jako widz, co cię porusza w kinie dokumentalnym?

Trudno to określić jednoznacznie. Dziś na festiwalu oglądałem film w kinie i strasznie się nudziłem. „Co tu się dzieje? Dlaczego nic mnie w tym filmie nie porusza?” – myślałem. Jednak w połowie filmu w bohaterze zaszła przemiana i nagle zacząłem go lepiej rozumieć. Wczułem się w jego sytuację i górę wzięły emocje, ogromnie się wzruszyłem. W ogóle się tego nie spodziewałem. Byłem smutny, wydawało się, że tak jak bohater straciłem całą nadzieję na lepszy obrót spraw. Strasznie to było przygnębiające. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Zacząłem porównywać sytuacje z filmu do moich własnych historii rodzinnych. Wyświechtane powiedzenie, aby się nigdy nie poddawać nabrało dla mnie sensu. Prawie zacząłem płakać, kiedy zrozumiałem, jak wielką siłę ma dobroć, życzliwość. To był tylko film krótkometrażowy, ale zaskoczył mnie swoją siłą. Moje ulubione filmy to zazwyczaj takie, które opowiadają o jednej osobie, pojedynczym człowieku – jak „Sonita” czy „Senna”. Poprzez jedną osobę można umiejętnie pokazać, jak skomplikowanym miejscem jest świat. Opowieści o ego, pragnieniu odniesienia sukcesu czy wierze w siłę wyższą – wszystko to świetnie oddają losy jednego bohatera. Kocham takie kino. Ale chodzę często również na produkcje z Hollywood, kasowe hity. Oglądam wszystko!

Z Hussainem Currimbhoyem rozmawiała Marta Sikorska

07.06.2016