Rozmowa z selekcjonerką festiwalu Raindance

2 października w Londynie zakończył się 24. Raindance Film Festival. Nagrodę Discovery Award dla najlepszego debiutu otrzymał współfinansowany przez PISF film „Kamper” Łukasza Grzegorzka. Rozmawiamy z Martyną Szmytkowską – selekcjonerką festiwalu.

PISF: Jaki jest profil festiwalu Raindance i jakie kino interesuje was – selekcjonerów?

Martyna Szmytkowska: Raindance jest festiwalem kina niezależnego. W tym roku odbyła się 24. edycja. Otrzymaliśmy około 6500 zgłoszeń. Na londyńskiej scenie jesteśmy jednym z wielu festiwali, ale jednym z największych. Duży nacisk kładziemy na prezentowanie debiutów oraz nowych odkryć. Prezentowaliśmy u nas takie filmy jak „Once”, „Memento”, „Blair Witch Project”, „Pulp Fiction” – to tytuły, których reżyserzy są już znanymi nazwiskami, ale kiedy pokazywaliśmy je u nas były to osoby niemal nieznane. Jesteśmy dumni, że odkrywamy ważne tytuły, które dopiero staną się popularne.

Jakie nowe polskie projekty wydają się ciekawe i mogą zaistnieć wśród międzynarodowej widowni?

Widziałam kilka ciekawych tytułów. Niestety, wiele projektów jest zrozumiałych i zrealizowanych dla polskiego widza. Są to rzeczy na tyle mocno zanurzone w polskich realiach, że trudno je potem przetłumaczyć i sprzedać zagranicznej widowni. Jednak to się bardzo zmienia. Np. na Polish Days we Wrocławiu widziałam całą masę pitchowanych projektów, które na pewno potencjał międzynarodowy mają. Ja osobiście jestem zainteresowana animacją „Loving Vincent”. Ciekawią mnie też nowe projekty Bodo Koxa i Grzegorza Jaroszuka, bo to twórcy związani z naszą imprezą – pokazywaliśmy oba ich debiuty, więc warto śledzić, co będą robili dalej. Chcemy pokazywać rzeczy odkrywcze i nowatorskie.

Jak patrzysz na polskie kino z oddali? Które z polskich filmów zostały zauważone poza Polską, osiągnęły sukces? 

Wiadomo – największy sukces osiągnęła „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Jest cała masa projektów, które zostały dostrzeżone przez publiczność festiwalową – ale szkoda, że nie zaistniały szerzej. Uważam, że np. „Kebab i Horoskop”, który nagrodziliśmy 2 lata temu mógłby zaistnieć dużo szerzej.

Jak trafiłaś do grupy selekcjonerów Raindance?

Przeniosłam się do Londynu 5 lat temu i szukałam pracy związanej z ukończonymi w Polsce studiami filmoznawczymi. Trafiłam do Raindance dzięki ogłoszeniu – szukali kogoś do pomocy przy organizowaniu kursów. Raindance oprócz bycia dużym festiwalem filmowym organizuje np. kursy filmowe, warsztaty. Zaczęłam pracować tam przy magisterskim kursie filmowym, zresztą zupełnie innym niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Ludzie przychodzą z jednym konkretnym projektem i nad nim pracują przez 2 lata. Jeśli ktoś jest np. scenarzystą, to pracuje z dwójką doświadczonych scenarzystów i ewentualnie jakimś producentem, który zajmuje się script developmentem. Nie ma takiej sytuacji, że np. wszyscy kursanci robią etiudę pt. „Zima”. Każdy ma swoje projekty i my pomagamy im z tym, co robią wyjść w świat. Mam nadzieję, że już niedługo na festiwalu pojawią się filmy studentów, z którymi pracowałam.

Pracę przy samym festiwalu rozpoczęłam jako koordynatorka wolontariuszy w 2012 roku. W 2013 zaczęłam selekcjonować polskie filmy, a od tego roku pracuję przy programowaniu całego festiwalu. Pomagam dyrektor festiwalu Suzanne Ballantyne w selekcji filmów pełnometrażowych i dodatkowo koordynuję imprezę od strony organizacyjnej – np. przyjazdy, wyjazdy naszych gości. Kilka miesięcy przed samym festiwalem oglądam po 5 filmów dziennie, łącznie z weekendami. Oglądam w pracy, oglądam w domu. Później dyskutujemy, co komu najbardziej się spodobało i dlaczego. Przez swoją pracę niemal przestałam chodzić do kina. Dopiero po festiwalu nadrabiam kinowe zaległości z bieżącego repertuaru.

Programuję festiwal Raindance w Londynie od 2013 roku i na polskie festiwale przyjeżdżam głównie ze względu na polskie filmy. Dwa lata temu udało się zaprosić na nasz festiwal silną reprezentację i pokazaliśmy 5 tytułów, z czego 2 dostały nagrody: „Nasza klątwa” Tomasza Śliwińskiego została wybrana najlepszym krótkometrażowym filmem dokumentalnym, a „Kebab i Horoskop” Grzegorza Jaroszuka nagrodzono jako najlepszy debiut. Prezentowaliśmy też debiut Bodo Koxa „Dziewczyna z szafy” oraz „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego. W tym roku pokazywaliśmy 3 polskie filmy – krótkometrażowy „Moloch” Szymona Kapeniaka, „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka oraz „Kampera” Łukasza Grzegorzka. Staramy się pokazywać najnowsze polskie produkcje, zarówno te popularne jak i kino niezależne.

Ile osób tworzy program festiwalu?

W tej chwili selekcją pełnometrażowych filmów fabularnych i dokumentalnych zajmuje się 5 osób. Selekcją krótkich metraży zajmują się 4 osoby. Odwiedzają największe filmowe wydarzenia – Berlin, Cannes, Wenecję. Mamy też w ramach festiwalu dni poświęcone serialom – web fest i to tworzy jeszcze inna ekipa. W tym roku też po raz pierwszy prezentowaliśmy program Virtual Reality.

Czy obecność Polki w zespole programowym zmieniła ilość pokazywanych polskich filmów w programie?

Muszę przyznać, że tak się stało. W przeszłości festiwal pokazywał głównie polskie krótkie metraże i było ich niewiele. Z drugiej strony w Polsce nasz festiwal był mało rozpoznawalny, więc cieszę się, że nawiązuję bezpośrednie kontakty z producentami, reżyserami czy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej. Jestem też w stałym kontakcie z Marleną Łukasik z Instytutu Polskiego w Londynie – np. ona poleciła mi festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty.

W tym roku kolejny polski tytuł został zauważony na Raindance. „Kamper” Łukasza Grzegorzka zdobył nagrodę Discovery Award dla najlepszego debiutu. To już druga w przeciągu paru lat taka nagroda dla polskiego filmu, co pozwala zwrócić uwagę międzynarodowej widowni na nowe polskie kino, a nie tylko na rozpoznawalnych na międzynarodowej scenie mistrzów. Dodatkowo ukazuje to zagranicznym widzom, że powstają w Polsce filmy uniwersalne, świeże, ciekawe i nowoczesne, takie jak film Grzegorzka, które przemawiają do każdego, a nie tylko do polskiego widza obeznanego z rodzimymi realiami i niuansami historyczno-społecznymi.

Co lubisz w kinie, co jest ważne w oglądanej przez ciebie historii?

Niezwykle cenię ciepłe traktowanie bohaterów przez reżysera. Nie przepadam za filmami, w których twórcy traktują bohatera z dużym dystansem. Wtedy trudno jest się z tym bohaterem utożsamić. Lubię, kiedy bohater jest z krwi i kości, a film opowiada o tym, co jest nam bliskie i można to odnieść do swojego życia. Szukam w kinie autentyzmu, ale niekoniecznie realizmu.

Z Martyną Szmytkowską rozmawiała Marta Sikorska.

25.10.2016