Rozmowa z Silvainem Auzou

Podczas 9. edycji Targów Filmowych CentEast towarzyszących 29. Warszawskiemu Festiwalowi Filmowemu rozmawialiśmy z Silvainem Auzou, wicedyrektorem Venice Days (Giornate degli Autori), pozakonkursowej sekcji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji i założycielem targów filmowych odbywających się podczas Rzymskiego Festiwalu Filmowego.

PISF: Jest Pan jedną z osób, które zajmują się selekcją filmów na Venice Days. Jakie filmy mają szansę na to, żeby znaleźć się w waszym programie?

Silvain Auzou: Jestem z jednym z założycieli Venice Days. Selekcji filmów dokonuję wspólnie z dyrektorem Giorgio Gosettim. Co roku otrzymujemy około 800 filmów, w tym wiele filmów dokumentalnych. Nie ma żadnej recepty, która pomogłaby filmom zakwalifikować się do Venice Days. Każdy film może zostać zgłoszony do naszej sekcji. Mogą to być fabularne debiuty, obrazy nieznanych reżyserów, ale również filmy znanych twórców, którzy nie chcą brać udziału w konkursie. Wybieramy tylko 12 filmów, ale nie mamy wobec nich żadnych wymagań. Jesteśmy otwarci na wszystko, również na filmy dokumentalne. Jeżeli przyjrzymy się filmom, które pokazywaliśmy przez ostatnie dziesięć lat, to prezentują one bardzo różne oblicza kina: filmy eksperymentalne, duże produkcje, kino gatunkowe, komedie. Nigdy nie pokazaliśmy jeszcze tylko musicalu.

Dlaczego 12 filmów?

Festiwal trwa 12 dni. Dzięki temu każdego dnia możemy promować jeden z wybranych przez nas filmów, zorganizować konferencję prasową, spotkania z twórcami. Moglibyśmy oczywiście pokazywać więcej filmów, ale wtedy nie można by im poświęcić zbyt wiele czasu i uwagi. Naszym celem jest promocja filmów. Naszą ideą jest również dostrzeganie potrzeb publiczności. W szczególności teraz, kiedy ludzie coraz rzadziej chodzą do kina. Osoby, które układają programy różnych festiwali powinny myśleć o widzu, o tym, żeby trafić w jego gust. Dobrze jest mieć różne produkcje, które w jakiś sposób się dopełniają. Chcemy pomóc twórcom filmów, ale szanujemy również widzów. Widownia Venice Days jest nam bardzo wierna. Przychodzi na wszystkie filmy.

W tym roku obchodziliście 10-lecie istnienia.

Jesteśmy zadowoleni z naszego wydarzenia, z selekcji, z naszej pracy, bo dzięki prezentacji podczas Venice Days wiele filmów, reżyserów zostało później zauważonych, odkrytych nie tylko dla europejskiej widowni. Venice Days różni się od innych festiwali. To niezależna sekcja festiwalu w Wenecji, tak jak np. Director’s Fortnight w Cannes. Jesteśmy niezależni finansowo i również decyzyjnie, ale stanowimy część festiwalu w Wenecji.

Najważniejszą nagrodą Venice Days jest Label Europa Cinemas, która wiąże się ze wsparciem dystrybucyjnym.

Tak, ta nagroda jest z nami od samego początku. Naszym zamierzeniem było, żeby nie przyznawać typowych dla festiwali filmowych nagród. Jesteśmy sekcją, która skupia się na selekcji. To jest nas główny cel. Każdy debiut, który jest pokazywany w naszej sekcji może również wziąć udział w konkursie o nagrodę Lew Przyszłości (Leone del Futuro) w wysokości 100 000 euro. Czasami filmy przez nas wyselekcjonowane są jej laureatami. Obrazy prezentowana na Venice Days mogą otrzymać również Queer Lion dla obrazów o tematyce LGBT.

Do Venice Days jak dostąd zakwalifikowały się tylko trzy polskie filmy.

To nie jest zła statystyka. W 2007 roku pokazaliśmy film „Sztuczki” Andrzeja Jakimowskiego, w 2008 roku „Rysę” Michała Rosy i w 2010 roku „KI” Leszka Dawida. „Sztuczki” Andrzeja Jakimowskiego otrzymały właśnie wspomnianą wcześniej nagrodę Label Europa Cinemas, która przyczyniła się do dystrybucyjnego sukcesu filmu.

Jakie jest Pana zdanie o tych filmach?

Bardzo się od siebie różnią. To pokazuje jak bogate, obszerne jest polskie kino. „Sztuczki” to kameralny i bardzo poetycki film. „Rysa” to bardzo mocna historia polska.”Ki” jest bardziej współczesnym filmem, to dramat i komedia w jednym. Od razu się nam spodobał. Te trzy filmy pokazują, jakie kino jest robione w Polsce. Wiem oczywiście, że robicie również wiele innych filmów. W tym roku bardzo podobała się nam „Drogówka” Wojciecha Smarzowskiego, niestety w końcu film nie znalazł się w naszym programie. Pojechał na inne festiwale.

Jedną z osób współpracujących z Venice Days przy selekcji filmów jest polski krytyk filmowy, Tadeusz Sobolewski.

Współpracuje z nami komitet selekcyjny, w skład którego wchodzą cztery bardzo różne osoby: dziennikarz z Polski Tadeusz Sobolewski, dyrektor UK Film Council Adrian Wootton, hiszpańska producentka Elena Manrique i francuska dziennikarka Agnès-Catherine Poirier. To cztery różne osobowości. Kiedy razem się spotykają, mają bardzo różne opinie, punkty widzenia. I to się nam bardzo podoba. Zawsze bierzemy pod uwagę ich zdanie, kiedy dokonujemy selekcji filmów.

Czy filmy pokazywane na Venice Days trafiają później do dystrybucji we Włoszech?

Niestety nie wszystkie. Sytuacja na rynku dystrybucyjnym we Włoszech jest dosyć trudna. Jest coraz mniej dystrybutorów, zamyka się kina. Inny problem polega na tym, że podczas festiwalu w Wenecji włoscy dystrybutorzy nie szukają nowych filmów, zajmują się filmami, które aktualnie mają w swojej ofercie. Nie ma więc prawie żadnych włoskich nabywców, którzy oglądaliby prezentowane przez nas filmy. Oglądają je, kiedy są na festiwalu w Toronto. Produkcje prezentowane na Venice Days są pokazywane przede wszystkim we Francji, Niemczech i Norwegii.

Przyjechał Pan do Warszawy, żeby wziąć udział w targach CentEast.

Jestem pierwszy raz na Warszawskim Festiwalu Filmowym i na targach CentEast. To również moja pierwsza wizyta w Polsce. Stefan Laudyn zapraszał mnie przez ostatnie sześć lat. Niestety nie mogłem nigdy przyjechać, bo pracowałem dla Rzymskiego Festiwalu Filmowego. Przyjechałem dopiero przed chwilą. Mam nadzieję, że na targach zobaczę same dobre produkcje.

Stworzył Pan nie tylko Venice Days, ale także targi filmowe, które odbywają się podczas Rzymskiego Festiwalu Filmowego.

Przez wiele lat byłem związany z targami filmowymi, m.in. przez dwanaście lat na festiwalu filmowym w Cannes. Sam stworzyłem targi na Rzymskim Festiwalu Filmowym. W tym roku moja współpraca z tym wydarzeniem dobiegła końca. W Rzymie udało się nam stworzyć małe targi, które co roku się rozrastały. W ostatnich latach brało w nich udział ponad 250 kupujących z całego świata. Myślę, że się udały, bo wybraliśmy na nie dobry moment, już po festiwalu w Torontu i przed amerykańskimi targami filmowymi. Jakąś rolę odegrało również miejsce targów, Rzym, który wiele osób chce odwiedzić. Stworzenie targów filmowych nie jest łatwą sprawą. Kupujący filmy mówią, że nie ma zapotrzebowania na nowe targi filmowe. Ale nam się udało.

Prezentacja filmu podczas targów może pomóc np. w znalezieniu agenta sprzedaży. W Polsce firm zajmujących się sprzedażą filmów prawie w ogóle nie ma. Czy Pana zdaniem to powinno się zmienić?

Myślę, że dla Was nie powinno być najważniejsze posiadanie polskich agentów sprzedaży. Polscy producenci mogą i powinni współpracować z międzynarodowymi firmami. Najważniejsze jest znalezienie dobrego agenta sprzedaży. Jeżeli jakaś firma, która zajmuje się sprzedażą filmów jest dobra, nieważne, gdzie się mieści. Może sprzedawać filmy z całego świata. Wild Bunch, Fortissimo Films, Match Factory, Memento Films mają w swojej ofercie filmy z Azji, ze Stanów Zjednoczonych, z Ameryki Południowej, z Europy Wschodniej, nawet z Francji.  Myślę, że Wasz przemysł filmowy jest dobry. Moglibyście się trochę lepiej zorganizować, ale może nie sami. Może warto byłoby coś zrobić razem z Czechami czy z Bułgarią – prezentacje filmów z tych krajów. Co roku do innego kraju moglibyście zapraszać 200 firm i pokazywać im najnowsze produkcje, które nie były jeszcze nigdzie prezentowane. 

Jakie jest Pana zdanie na temat dystrybucji kina europejskiego? Co roku powstaje wiele produkcji, niestety tylko niewielka część z nich trafia na ekrany zagranicznych kin.

W Europie produkuje się za dużo filmów. W szczególności we Francji. Co roku powstaje tam ponad 200 filmów i zazwyczaj około 10 z nich to naprawdę dobre produkcje. Jest coraz większa przepaść, różnica między filmami niezależnymi i dużymi produkcjami. To jest bardzo niebezpieczne, bo zaczyna kreować się widownia tylko dla jednych albo drugich filmów. Błędem producentów europejskich jest to, że za bardzo idą w kierunku kina niezależnego, które ma małą liczbę odbiorców. Filmy niezależne są prezentowane prawie wyłącznie podczas festiwali filmowych. Myślę, że spora odpowiedzialność spada teraz właśnie na nie. Powinny pomagać w odkrywaniu, promowaniu dobrych, małych produkcji, ale również powinny mieć w swoim repertuarze większe produkcje, które zobaczy wielu ludzi.

 

Z Silvainem Auzou rozmawiała Paulina Bez

08.11.2013