Rozmowa z twórcami filmu "Przy Planty 7/9"





8 grudnia na ekrany kin wszedł współfinansowany przez PISF film dokumentalny „Przy Planty 7/9” w reżyserii Michała Jaskulskiego i Lawrence’a Leowingera. Rozmawiamy z twórcami filmu oraz producentem i dystrybutorem Marcinem Wierzchosławskim (Metro Films).

Marcin Wierzchosławski, producent: O tym filmie dowiedziałem się od Bartka Gliniaka, kompozytora m.in. muzyki do filmu „Na granicy”, który produkowałem. Bartek wcześniej poznał Larry’ego i Michała i wiedział, że od kilku lat pracują nad tym filmem i nie mają producenta. Pomyślał, że ja mogę pomóc im skończyć ten film. Kiedy zobaczyłem materiały robocze to, mówiąc kolokwialnie, „opadła mi szczęka”, wzruszyłem się. To także temat bliski moim zainteresowaniom historycznym i absolutnie wskoczyłem w ten projekt z dnia na dzień. Tak zaczęła się dla mnie ta przygoda, jakieś 3-4 lata temu. Larry i Michał robili ten film przez 10 lat. Mogę nieskromnie powiedzieć, że dzięki mojej energii i wysiłkowi ten film został ukończony.

PISF: Jak film dokumentalny twoim zdaniem powinien opowiadać o wydarzeniach takich jak pogrom kielecki?

Marcin Wierzchosławski: Myślę, że kluczowym słowem jest szczerość i miłość, zresztą to pada z ust naszego bohatera. Jeśli opowiadamy o ciężkich, bardzo niewygodnych czasami historiach to nie ma innej metody jak mówienie szczerze do końca, ale bez oskarżania, bez szukania winnych. Z miłością – takie też jest motto naszego filmu. Znałem oczywiście wcześniej historię pogromu kieleckiego, to nie jest pierwszy film, który dotyka tego tematu. Są filmy takie jak „Świadkowie” Łozińskiego czy „Amnezja” Śladkowskiego. To nie jest tak, że filmowcy nigdy się za ten temat nie wzięli. Ale myślę, że nasz film jest pierwszym, który opowiada bardzo szeroko o tym temacie. Nie boi się też mocnego pierwszego aktu faktograficznego, ale gdybyśmy na tym skończyli to byłoby bardzo źle. Później ten film ewoluuje głównie dzięki Bogdanowi Białkowi, który w którymś momencie stał się jego bohaterem. To nie było tak, że od początku był w tym projekcie.

Jak twórcy trafili na Bogdana Białka i co sprawiło, że zgodził on się wystąpić w filmie?

Marcin Wierzchosławski: Nie ukrywam, że znam ten początek jedynie z opowieści. Mogę tylko cytować Bogdana, on oczywiście wiedział, że taki film powstaje. Poznał reżyserów dokumentu w 2006 roku i początkowo traktował ich z rezerwą. Przekonał sie do nich dopiero po 2 – 3 latach. Podobnie Michał i Larry też po kilku latach doszli do wniosku, że tę historię trzeba opowiadać przez Bogdana. Ja ich w tym utwierdziłem, bo gdy dołączyłem do projektu to też były wątpliwości, na ile powinien być wiodącą postacią. Absolutnie byłem za tym, aby miał mocną pozycję w filmie. W końcu w wersji międzynarodowej obraz nosi tytuł „Bogdan’s Journey”.

Lawrence Leowinger: Najważniejsze wydaje się to, że podczas tak długiej realizacji wszyscy się do siebie zbliżyliśmy i zaczęliśmy sobie ufać. Tak stopniowo Bogdan stawał się coraz bardziej otwarty. Zaczął dostrzegać, że to nie tyle film o nim, co o jego pracy, działaniach i zmaganiach. Tak zaufanie wzrastało rok po roku.

Michał Jaskulski: Po pierwsze Bogdan nie wiedział, że będzie bohaterem. My też tego nie wiedzieliśmy. Jak nam ostatnio powiedział, kiedy zobaczył zwiastun zapowiadający jego jako głównego bohatera nie poczuł się z tym dobrze. Jednak zaufał nam. Podobnie było z innymi bohaterami, zarówno tymi z Kielc, jak i z Izraela czy Nowego Jorku. Początkowo ci z zagranicy ufali bardziej Larry’emu. Dopiero Miriam zaczęła mi zadawać pytania, między innymi o to, co moi dziadkowie robili w czasie wojny. No cóż, nie wiem zbyt wiele, byli lekarzami i kilka historii z ich życia jej opowiedziałem. Skończyło się na tym, że Miriam zaczęła bawić się w swatkę i szukać dla mnie żony! Tak właśnie wyglądało nasze wzajemne poznawanie się i budowanie zaufania.

Jakie są pierwsze reakcje publiczności? Film był prezentowany m.in. podczas 13. Millenium Docs Against Gravity FF.

Marcin Wierzchosławski: Tak, festiwal Artura Liebharta to światowa premiera filmu. Film ma bardzo dobry odbiór. Przedpremierowo pokazywaliśmy go m.in. w Muzeum POLIN i w Krakowie. Oczywiście zdarzały się głosy widzów, którzy wiedzieli czego się spodziewają, przyszli dobrze przygotowani i znali historię pogromu kieleckiego i może mają trochę inne podejście do oceny tego wydarzenia. Był głos powołujący się na innych historyków, na źródła dostrzegające większy udział prowokacji. My z pokorą wysłuchaliśmy tego punktu widzenia. Jednak ten sam widz docenił sam film jako emocjonujący, potrzebny i prawdziwy. Przede wszystkim postać Bogdana Białka wzbudzała fantastyczne reakcje widzów, którzy po pokazach podchodzą do niego i gratulują i mówią, że robi coś fantastycznego.

Jak wyglądało kompletowanie budżetu?

Marcin Wierzchosławski: Film jest koprodukcją. Przez pierwsze lata głównie Larry i jego nowojorska firma Two Point Films poszukiwała funduszy w różnych źródłach. To nie było łatwe. Produkcja filmu dokumentalnego w Stanach Zjednoczonych głównie opiera się o źródła prywatne, fundacje, donatorów. Kiedy dołączyłem do ekipy od razu wiedziałem, że muszę złożyć ten projekt w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. Jestem bardzo wdzięczny, że te pieniądze dostaliśmy, choć przyznam, że nie było łatwo – projekt został dwukrotnie odrzucony. Dziś jestem dumny, że ten film ma stempel PISF i nie ukrywam, że to nam bardzo pomogło. Publiczna polska instytucja, która wspiera film odwołujący się do dość drażliwej historii to jest pomocne nie tylko finansowo.

Lawrence Leowinger: Na początku tego projektu byłem zupełnie sam. Pomysł na film wyglądał zupełnie inaczej: miała to być historia amerykańskiego rzeźbiarza, który ma stworzyć w Kielcach pomnik upamiętniający ofiary pogromu. Tak się złożyło, że znałem tego artystę i razem z nim pojechałem do Polski w 2006 roku. Zatrudniłem wtedy Michała jako autora zdjęć.

W trakcie zdjęć filmowaliśmy m.in. konferencję prasową tego rzeźbiarza, która odbywała się w biurze Bogdana Białka. Wtedy zauważyłem, że w samej postawie Bogdana, w tym jak i co do nas mówił było coś niezwykle poruszającego, jakiś rodzaj nieugiętej postawy moralnej. Podczas tych zdjęć Michał powiedział mi kilka rzeczy, m.in. to, że nasz rzeźbiarz nie wypada zbyt dobrze przed kamerą, wydał mu się wręcz nieciekawym bohaterem. Zaczęliśmy dużo rozmawiać o moim projekcie i rok później wróciłem, by spróbować opowiedzieć inną historię. Teraz to była opowieść o Bogdanie, który jako inicjator budowy pomnika zatrudnił tym razem polskiego rzeźbiarza Marka Cecułę. Na tym etapie realizacji naprawdę zaprzyjaźniłem się z Michałem i stał się on dla mnie współautorem i producentem tego filmu. Tak zaczęliśmy wspólnie ten projekt jako coś nowego.

Pojechaliśmy m.in. do Izraela, aby porozmawiać z osobami, które ocalały z pogromu. Rok później odwiedziliśmy Izrael już z Bogdanem, filmując jego spotkania z tymi osobami. Później towarzyszyliśmy jednej z naszych bohaterek, Miriam podczas pobytu w Polsce. Pomału zaczęło być dla nas jasne, jaki kształt przybiera ten film. Po 2011 dużo więcej przy filmie robił Michał, filmując wiele intymnych momentów z życia Bogdana Białka. Pojawiły się tez inne postaci, m.in. mieszkający w USA kuzyn jednej z ofiar. W Stanach wiele osób żydowskiego pochodzenia uważa Polskę za siedlisko nienawiści i ogromnego antysemityzmu. Okazało się, że kiedy tutaj przyjechał, spojrzał na to zupełnie inaczej, że sam miał wiele uprzedzeń dotyczących Polski. W 2015 r. wydarzyły się rzeczy, które pozwoliły nam dokończyć film, spotkaliśmy także Piotra Piwowarczyka – scenarzystę filmu „Amnezja”, który wówczas powstał. Pewien krąg się domknął, rozmawialiśmy zarówno z ofiarami jak i ludźmi, którzy gdzieś tam znali również sprawców tych wydarzeń. Tak wyglądało powstawanie tego filmu: rok po roku wracaliśmy do tematu.

Michał Jaskulski: Zastanawiałem się niedawno, co sprawiło, że ten film przybrał właśnie taki kształt. Tak jak wspomniał Larry, ta historia zmieniła się w trakcie realizacji, kiedy poznawaliśmy wciąż nowe osoby. Po trzech latach pracy nabraliśmy przekonania, że idziemy we właściwą stronę. Pamiętam dokładnie dwie ważne dla tego filmu rozmowy: kiedy z Larrym zauważyliśmy, że to właśnie postać Bogdana Białka łączy wiele spraw, o których trzeba opowiedzieć. Pamiętam też nagranie w ogrodzie Bogdana, w 2008 r. kiedy powiedział coś, co mogło się wydawać kontrowersyjne: „Mam wiele współczucia dla Żydów, którzy tutaj zginęli, ale też współczuję zbrodniarzom”. Dla mnie brzmiało to bardzo kontrowersyjnie. Jak można współczuć obu stronom tych strasznych wydarzeń? To jednak brzmiało po czasie odkrywczo, ponieważ wskazuje na pewną perspektywę, którą można przedstawić w filmie. Nie jest to perspektywa żydowska, to nie perspektywa polska – to spojrzenie pełne empatii. To największa wartość tego filmu. To też był dobry punkt wyjścia.

Tak jak wspomniał Larry, dołączyłem do projektu początkowo jako autor zdjęć. Jednak jestem typowym polskim operatorem i zawsze muszę dużo rozmawiać z reżyserem, w końcu to nasza wspólna praca. W którymś momencie zaczęliśmy pracować nad zwiastunami i Larry zauważył, że tyle włożyłem w powstanie tego filmu, że powinienem być jego współreżyserem. I tak film stworzyli wspólnie polski katolik i amerykański Żyd.

Dla mnie ten film jest nie tyle kroniką tego, co się wydarzyło, ale także uniwersalną historią o pamięci i wybaczaniu. Jakie znaczenie ma dla was właśnie ta uniwersalność?

Lawrence Leowinger: Pochodzę z rodziny, dla której historia zawsze była ważna i mnie samego historia niezwykle interesuje. Jak przeszłość wpływa na nas dzisiaj, jakie znaczenie ma dla nas przeszłość innych ludzi. Przyjechałem do Polski jako całkowicie obcy człowiek. Moi dziadkowie wyemigrowali z Europy do USA na długo przed dojściem nazistów do władzy, jednak moje korzenie sięgają zarówno Rosji jak i Węgier. Na początku ta historia ciekawiła mnie od strony czysto intelektualnej, stopniowo zaczęły dochodzić uczucia, emocje. Prawda jest taka, że lubię przyjeżdżać do Polski i czuję się tutaj bardzo dobrze. Chyba dziennikarz z Guardiana podpytywał nas, czy kiedykolwiek coś przykrego spotkało nas w Kielcach. Takie rzeczy nigdy się nie zdarzyły.

Michał Jaskulski: Kiedy zaczynasz pracę, to na początku oczywiście zazwyczaj jest euforia. Tutaj ciekawiła mnie historia wzajemnych relacji Polaków i Żydów. Moje pokolenie nie za bardzo zna te relacje, chyba też i starsze pokolenie ich nie zna. Chciałem się czegoś nauczyć. Pierwsze lata projektu, kiedy jeszcze naszym tematem była praca artysty rzeźbiarza to dla mnie głównym tematem była rola pamięci, pierwszy tytuł filmu to zresztą „Ciężar pamięci”.

Zastanawialiśmy się, o czym powinniśmy pamiętać, a o czym powinno się zapominać. Odpowiedź na te pytania pojawiła się dziesięć lat później. Tego nie ma w naszym filmie. Z okazji dziesięciolecia Stowarzyszenia im. Jana Karskiego odbywała się mała uroczystość. Bogdan Białek opowiadał o osiągnięciach tej instytucji i w którymś momencie przeszedł do podziękowań. Na scenie pojawiały się różne osoby i nagle jedna ze starszych uczestniczek powiedziała: chciałabym podziękować Bogdanowi. Po wojnie zostałam całkiem sama, ale działania Stowarzyszenia i wszystkie spotkane tu osoby sprawiły, że czuję się, jakbym miała rodzinę. Wtedy wróciły do mnie wszystkie te sceny, które zarejestrowaliśmy, te wzruszające chwile. Tak właśnie uświadomiłem sobie, po co tworzy się wspomnienia. Upamiętnianie czegoś lub kogoś powinno służyć budowaniu wspólnoty. Jeśli podejdziemy do siebie wzajemnie z empatią i Polacy postarają się zrozumieć ból, jaki Żydzi czuli po kieleckich wydarzeniach, to zacznie powstawać coś na kształt wspólnoty. Tak dzieje się pod koniec filmu, gdy jeden z potomków napastników mówi o tym, jak wielkie jest jego współczucie dla ofiar. I pozostali doceniają jego otwartość. To właśnie jedna z tych historii dotyczących pamięci.

Z twórcami filmu „Przy Planty 7/9” rozmawiała Marta Sikorska

 


13.12.2017