Rozmowa z Wiesławem Saniewskim

Wiesław Saniewski. Fot. Marcin Kułakowski, PISF
Wiesław Saniewski. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

Od dzisiaj w polskich kinach można oglądać najnowszy film Wiesława Saniewskiego „Wygrany”. Film opowiada historię Oliviera Linovskiego młodego, amerykańskiego pianisty polskiego pochodzenia, który podczas koncertu w Polsce zrywa nagle światowe tournée. Z reżyserem rozmawia Paulina Bez.

 

PISF: Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie Pana najnowszy film „Wygrany”, w którym pokazuje Pan świat konkursów pianistycznych na tle świata wyścigów konnych. Co skłoniło Pana do zrobienia filmu akurat na ten temat?

 

Wiesław Saniewski: To nie jest film na temat konkursów, ani o wyścigach. Opowiadam o wrażliwych, ciepłych ludziach, zanurzonych w środowiska, o których Pani wspomniała. Znam je dość dobrze, ponadto miałem wspaniałych konsultantów, znawców środowisk muzycznych i pianistycznych, takich jak Janusz Olejniczak, prof. Witold Witkowski i Marek Dyżewski.

 

Czy to prawda, że postać głównego bohatera wzorowana jest na znanym chorwackim pianiście Ivo Pogoreliću?

 

Jeden wątek został zaczerpnięty z jego życia. Będąc faworytem publiczności i części jurorów, przegrał konkurs pianistyczny im. Fryderyka Chopina, nawet nie docierając do finału. Ale w głównym bohaterze jest również taka niezależność, którą ma w sobie Krystian Zimmermann, czy Piotr Andereszewski.

 

W filmie Oliver Linovsky grany przez Pawła Szajdę mówi, że: „Konkurs pianistyczny jest jak wyścig”. Czy świat konkursów filmowych Pana zdaniem wygląda podobnie?

 

Myślę, że żaden twórca nie lubi się ścigać. Konkursy artystyczne tym się różnią od prawdziwych wyścigów, że talent i formę koni weryfikuje celownik i meta. Artystów natomiast obiektywnie nie weryfikuje nic. Co najwyżej gust jurorów i ich zawodowe kompetencje, humor w danym dniu i samopoczucie, aktualny trend, wreszcie sympatie i antypatie.  To mierzenie niemierzalnego, porównywanie nieporównywalnego. Jak można zmierzyć, czy znakomita komedia jest lepsza od świetnego dramatu, a filmy Woody Allena od np. filmów braci Coen?

 

Porównanie konkursu do wyścigu jest bardzo trafne, bo w grę wchodzą wielkie emocje uczestników, ale też widzów. W ubiegłym roku odbył się w Polsce kolejny Konkurs Chopinowski. Czy Pan się nim interesował, czy śledził Pan kolejne etapy?

 

Tak. I pamiętam zaskoczenie nagłą, w ostatniej chwili ogłoszoną zmianą regulaminu, niespodziewany werdykt i burzliwy wieczór w studio telewizyjnym, gdzie urywały się telefony od zszokowanych werdyktem widzów-melomanów. Ktoś powiedział: „Tak właśnie zabija się w młodzieży jej zapał i optymistyczną wiarę, że wygrywają naprawdę najlepsi”. To wszystko potwierdziło sens i aktualność „Wygranego”.

 

W „Wygranym” występują znani polscy aktorzy: Janusz Gajos, Wojciech Pszoniak, Grażyna Barszczewska, ale także młodsi artyści Paweł Szajda i Marta Żmuda-Trzebiatowska. Jak układała się Panu współpraca z tymi aktorami?

 

Praca z aktorem na planie, kiedy jeszcze nie wiadomo, co z tego wyniknie, jest dla mnie ekscytująca. Miałem duży komfort dzięki temu, że główni aktorzy mieli dla mnie czas przed filmem i mogłem poświęcić dwa tygodnie na próby i rozmowy z nimi. To w filmie zaprocentowało.

 

Ważnym elementem filmu jest muzyka. Oprócz tej poważnej granej przez głównego bohatera pojawia się również tango stworzone specjalnie na potrzeby filmu przez argentyńskiego twórcę Carlosa Libedinsky’ego. Jak doszło do Pana współpracy z tym artystą?

 

Muzyka Carlosa Libedinsky’ego to wątek „wolnościowy” w filmie. Jest związana z postacią dziadka Olivera, w którym zaszczepił potrzebę wolności w życiu. Początkowo wyobrażałem sobie, że taką „wolnościową” muzyką powinien być jazz, ale gdy kupiłem płytę z muzyką Libedinsky’ego, wiedziałem, że to jest to, czeka szukam. Zaproponowałem Carlosowi, żeby posłuchał koncertów fortepianowych Chopina f-moll i e-moll. Gdy usłyszał e-moll w wykonaniu wspaniałej argentyńskiej pianistki Marty Argerich, zadzwonił do mnie i powiedział: to przecież brzmi jak tango! Na motywach tego właśnie utworu, napisał główny wątek muzyczny, który przewija się w filmie.

 

Bohaterami filmu są również konie, które biorą udział w wyścigach, a w szczególności jeden z nich prawdziwy koń wyścigowy o imieniu Ruten.

 

Ruten wygrał w Polsce Derby i Puchar Środkowej Europy, otrzymał także tytuł konia roku. Jest ogierem wybitnym, z sukcesami. Początkowo nie miałem zamiaru „zatrudniać” go w filmie, bo taki z takim koniem trzeba się szczególnie delikatnie obchodzić . Nie mieliśmy jednak wyjścia. Koń grający w „Wygranym’ musiał spełniać kilka warunków: wyróżniać się maścią, żeby już samym wyglądem odcinać się od stawki w Baden-Baden, no i, rzecz jasna, musiał mieć wysoką klasę, pozwalającą na udział w wyścigach międzynarodowych w Baden-Baden i Francji. Kolejnym warunkiem była jego, praktycznie całoroczna, dyspozycyjność. Nikt nie dałby dobrego konia do zdjęć, bo musiałby wyłączyć go z treningów i zrezygnować z ważnych wyścigów w sezonie, a więc i z szans na sukces finansowy, a także prestiżowy. W tym wypadku miałem jednak spory wpływ na decyzję o poświęceniu Rutena dla filmu.

 

Zdjęcia do filmu tworzyło dwóch operatorów, doświadczony Piotr Kukla i debiutujący Piotr Sobociński Jr.

 

Miałem do nich ogromne zaufanie, a oni do mnie. A jeszcze ważniejsze, że oni mieli zaufanie również do siebie. Jeden miał duże doświadczenie i talent, drugi na razie tylko (i aż) talent, ale uzupełniali się fantastycznie. Od początku pracowali razem. Potem były takie momenty, kiedy na przykład Piotr Kukla jechał na dokumentację do innego filmu, musiał więc zostawiać samego Piotra Sobocińskiego. Założenia dotyczące charakteru zdjęć ustalaliśmy oczywiście dużo wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem produkcji.

 

Pański film porusza również temat wolności artystycznej. Jak jest w Pana przypadku. Czy Pan tak, jak główny bohater idzie swoją drogą, czy też zdarza się Panu pójść na kompromis?

 

Ta postać jest mi wyjątkowo bliska. Nie wyobrażam sobie siebie prowadzonego na smyczy, robiącego coś na zamówienie, bo jest taka moda albo, że „będą walić tłumy”. To nie w moim stylu ani w mojej naturze. A kompromis? Robienie filmu zawsze jest jakimś kompromisem, czasem ekonomicznym, czasem produkcyjnym i trzeba się z tym liczyć. W żadnym wypadku jednak w grę nie wchodzi kompromis dotyczący spraw artystycznych i merytorycznych.

 

Posiada Pan wszechstronne wykształcenie, jednak reżyserii uczył się Pan wyłącznie w praktyce.

 

Nie tylko. Studiując w łódzkiej szkole filmowej scenariopisarstwo, byłem w klasie Andrzeja Wajdy i Bolesława Michałka. Ten pierwszy uczył nas właśnie reżyserii. Nawiasem mówiąc, nasz mistrz uważał, że najlepszą szkołą dla przyszłego filmowca jest praca na planie. To dzięki niemu pracowałem m.in. przy jego „Dyrygencie”

 

Zanim został Pan reżyserem był Pan również krytykiem filmowym. Czy to pomogło, kiedy zaczął Pan tworzyć filmy?

 

I tak, i nie. Traktowałem przygodę z pisaniem o filmie jako kolejny etap dokształcania się – właśnie dla filmu. Oglądałem ich zresztą całą masę, głównie na międzynarodowych festiwalach. Poznawałem film wszechstronnie, wielopłaszczyznowo i to mi bardzo pomogło. Dzięki krytyce filmowej po raz pierwszy zderzyłem się z problemem oceniania innych i ferowania wyroków. Zrozumiałem, że krytyk ma naprawdę wielką władzę, taką opiniotwórczą moc „eksperta”, która może rodzić arogancję. Rodzaj władzy bez żadnej odpowiedzialności za słowo. Gdy eksperyment dowiódł, że z równym powodzeniem można ten sam film schlastać albo wynieść na piedestał, zapaliło mi się czerwone światełko.

A były krytyk ma podwójnie „pod górkę” i to się chyba nie zmieni. Są tacy, którzy moich filmów nie muszą oglądać, żeby wiedzieć, co o nich napiszą. Ja nie muszę ich czytać, żeby wiedzieć, co napisali.  

 

Może dla krytyków filmowych wskazana byłaby odwrotna od pańskiej droga: najpierw jestem reżyserem i dopiero potem oceniam innych?

 

Ciekawa propozycja, choć mało realna. Być może byłaby wtedy szansa na krytykę merytoryczną, warsztatową. Ktoś może przekonałby widza do oglądania dobrych, dopracowanych warsztatowo filmów. Kto, jeśli nie krytyk?

 

Który etap pracy nad filmem lubi Pan najbardziej?

 

Właściwie lubię wszystkie etapy: okres przygotowawczy, próby z aktorami, okres zdjęciowy, montaż i udźwiękowienie. Ale to praca na planie jest tym etapem, który mnie szczególnie cieszy.

 

Akcja „Wygranego” dzieje się w dużej mierze we Wrocławiu. To miasto pojawia się w Pańskich filmach bardzo często. Z czego to wynika? Czy jest to miejsce, w którym po prostu dobrze kręci się filmy?

 

Znam Wrocław. Tam się urodziłem i wychowałem. Warszawa jest już mocno obfotografowana, zwłaszcza przez seriale. A Wrocław ma tych jeszcze nieodkrytych i nieopatrzonych miejsc zdecydowanie więcej. To miasta niezwykle filmowe, jak zresztą cały Dolny Śląsk.

 

Nad czym Pan obecnie pracuje?

 

Zawsze przygotowuję kilka projektów równolegle. Jednym z nich jest XV-wieczna historia obrazu „Sąd ostateczny” Memlinga, ale ona ciągle jest daleko w kolejce, spada coraz niżej z powodów finansowych. Chciałbym zrobić film o pokusie władzy, w którym jednak głównymi bohaterami byłyby dzieci. Inny projekt to film o człowieku, któremu przewartościowuje się świat po wypadku, bo traci wszystko, a przede wszystkim możliwość porozumiewania się z innymi. Tematów mam znacznie więcej – niektóre egzotyczne i ekscytujące, osadzone na przykład w Botswanie.  Nigdy nie wiadomo, który dostanie swoją szansę na realizację.

 

18.03.2011