Rozmowa z Xavierem Henry-Rashidem

Rozmawiamy z Xavierem Henry-Rashidem, dyrektorem zarządzającym Film Republic – agencji sprzedaży założonej w 2012 roku, specjalizującej się art house’owej fabule i dokumentach kreacyjnych.

PISF: Czy twój personalny gust różni się od zawodowego?

Xavier Henry-Rashid: Mój personalny gust jest być może nieco tandetny i daleko spolaryzowany w stosunku do profilu Film Republic. Nasza agencja zajmuje się wyłącznie art house’owymi fabułami oraz dokumentami, produkcjami przekraczającymi granice. Personalnie nie jestem może wielbicielem mainstreamu, ale gatunków niskich lotów już tak – lubię filmy grozy. Ale lubię też wiele dokumentów, prawdopodobnie więcej niż przeciętny człowiek. Odwiedzam około 20 festiwali rocznie, więc oglądam sporo filmów.

Jesteś przypuszczalnie jednym z najmłodszych agentów sprzedaży w Europie. Jaki był powód założenia własnej firmy? Czy chciałeś wypełnić jakąś lukę w europejskim rynku filmowym?

Film Republic została stworzona z konieczności i okoliczności. Jestem związany z prasą filmową, PR i programowaniem festiwali od prawie dziesięciu lat, zatem jestem daleki od bycia nowym w biznesie i w jakimś sensie byłem niezadowolony ze, związanych z marketingiem filmowym, ogromnych kosztów, którymi często obarcza się filmowców i producentów. Istnieje zjawisko ogromnego wsysania dochodów z filmu na każdym poziomie mechanizmu biznesowego, co powoduje, że bardzo trudno jest małym, art house’owym filmowcom zarobić wystarczająco dużo. A jedną z ważniejszych kwestii w sprzedaży jest zabezpieczenie marż naszych klientów i ogólnych wyników finansowych. Ponadto źródła wpływów stają się bardziej zróżnicowane. Kiedyś na jednym terytorium pracowało się z jedną firmą, teraz filmowcy mają do czynienia z rozmaitymi niszami (rozbijającymi model kinowy, VoD, edukacyjnymi, festiwalami). Agent sprzedaży musi to wszystko razem zebrać, ale nie sądzę, żeby zawsze odbywało się to w uczciwy sposób, zatem z konieczności postanowiłem to robić sam. Niektóre rynki takie jak Ameryka Łacińska czy pewne kraje azjatyckie są bardzo młode w kontekście produkcji filmowej. Chcę być częścią tej ekspansji, chcę również pracować z filmowcami z mojego pokolenia.

Jakiego rodzaju historii szuka twoja agencja?

Szukamy wymagających narracji. Widzimy wiele filmów, które zastępują narrację, dobrą historię i scenariusz czy kulminacyjne / końcowe sceny elementami przemocy. Niestety wygląda na to, że taka jest tendencja wśród debiutujących filmowców, za którymi ja, jak na ironię, kocham się opowiadać. My stawiamy tutaj jednoznaczną granicę. Nie sądzę, żebyśmy kiedyś poszli na kompromis w kontekście jakości, nawet jeżeli miałoby to oznaczać odrzucenie domniemanej „łatwej sprzedaży”. Są inne firmy, które robią takie rzeczy, a ważne jest ulokowanie się wyraźnej niszy – nasi nabywcy wiedzą, że nie zawsze mamy łatwe filmy, ale zawsze są one wysokiej jakości – „prawdziwe kino”, bez wyjątków. Wiele z naszych filmów napędza estetyka, obraz i ścieżka dźwiękowa – nazywamy to „wizualną narracją” i myślę, że ten element jest dla nas bardzo ważny.

Jaki był powód Twojego przyjazdu na Polskie Dni po raz pierwszy w tym roku? Czy polskie kino staje się coraz bardziej widoczne na rynku?

Polskie Dni miałem na uwadze od kilku lat. Zbudowaliśmy też mocny związek z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, który jest szczególnie silny w promowaniu narodowego kina, znacznie bardziej niż ekwiwalentne instytucje w innych krajach. Polskie Dni uwzględniają projekty na etapie developmentu, w trakcie produkcji, a także ukończone filmy, zatem jest wiele opcji do wyboru. Mam nadzieję pracować z przynajmniej jednym z zaprezentowanych tam filmów. Poza tym mieliśmy w Konkursie Nowe Horyzonty swój film – „Cherry Pie” Lorenza Merza.

Czy masz wiele okazji do spotykania polskich filmowców poza Polską?

Co roku jestem obecny na sporej liczbie targów koprodukcyjnych czy przeglądów. Powiedziałbym, że spotykam sporo polskich filmowców na tych wydarzeniach. Polacy są międzynarodowo bardzo aktywni – być może wynika to z konieczności koprodukcji z sąsiadami, ale nie powiedziałbym, że są bardziej aktywni od innych europejskich filmowców.

Co poradziłbyś polskim producentom i reżyserom w kontekście prezentowania projektów?

Jednym z kluczowych obszarów jest pewność siebie w kontakcie z publiką. Nie przeszkadza mi słaby pitching dopóki elementy na ekranie i na papierze są dobre, ale oczywiście jeżeli oczekuje się ode mnie trzygodzinnego siedzenia i słuchania prezentacji, to humor, urok i pewność siebie liczą się na plus.

Pitching nie jest łatwym zadaniem. Jest zadaniem niezręcznym. Umiejętności publicznego przemawiania nie są odzwierciedleniem tego, jak dobry jest filmowiec czy producent. Jednakże, kiedy film jest zrobiony i krąży w obiegu, ważne jest to, żeby twórcy byli zaangażowani w cały proces. Charyzmatyczny reżyser, który nieco podróżuje i udziela wywiadów, jest bardzo pomocny. Moja agencja kupiła bardzo mały film zatytułowany „El Limpiador” – zeszłorocznego peruwiańskiego kandydata do Oscara, który odwiedził 150 festiwali i bardzo dobrze się sprzedał. Adrian – reżyser był obecny na kilku targach koprodukcyjnych. Zatem nie tylko ja rozmawiałem z dystrybutorami, ale również on – czarował ich, spotykał się z nimi podczas różnych wydarzeń i to zrobiło dużą różnicę, ponieważ, kiedy pracujesz z małymi filmami, w obiegu krąży dosłownie 100 innych tytułów, które są równie dobre. Jeżeli nie masz przypisanego dużego nazwiska – reżysera czy obsady, a masz po prostu dobry mały film, to dystrybutorzy stają przed wyborem i będą zadowoleni, że wzięli dany tytuł, ponieważ osobiście lubią jego agenta sprzedaży czy reżysera. Oni potrzebują tego osobistego związku.

Przyjechałeś na tegoroczny festiwal w Gdyni, żeby kontynuować działania rozpoczęte na Polskich Dniach.

Śledzimy filmy od wczesnego etapu, poprzez rough cut do ukończonego produktu i używamy festiwali do tego, żeby spotykać producentów i prowadzić negocjacje. Na umowy wszystkich filmów, które podpisałem, złożyły się cztery lub pięć wyjazdów służbowych – wszystkie po części odpowiadały za zakup. Ważne jest spotykanie ludzi twarzą w twarz, a nie tylko lubienie samego filmu. Kiedy podpisujesz umowę, będzie ona trwała przez 7 do 10 lat, zatem ważna jest znajomość zespołu, z którym będziesz pracować. Ważne są dobre relacje, sympatia i wzajemne zaufanie.

Czyli nie czujesz presji, żeby podpisać umowę na każdym festiwalu, jaki odwiedzasz?

Rocznie odwiedzamy sporo festiwali. Dobrze jest wiedzieć, że każdy z nich ma cel biznesowy. Dobrze jest uzyskać bezpośredni rezultat, ale czasem to się po prostu nie dzieje. Moi koledzy i ja jeździmy na około 30 festiwali rocznie, moja firma podpisuje rocznie poniżej 10 umów. W jeżdżeniu na festiwale często chodzi o rozeznanie, zrozumienie rynku i jego produktów.

Czy jako agencja sprzedaży jesteście zainteresowani projektami na etapie developmentu?

Jak wiele współczesnych agencji sprzedaży, zawsze jesteśmy zainteresowani projektami w developmencie. Rzeczywistość jest jednak taka, że ciężko nam dołączyć do projektu na tak wczesnym etapie. Często jesteśmy pytani o to, czy możemy dołożyć MGs (Minimum Guarantees – minimalne poręcznie) na targi koprodukcyjne, na projekt na etapie scenariusza. Odpowiedź jest taka sama dla wszystkich: „Nie”. Gdybyśmy mieli rozważyć, jak dużo gotówki potrzebowalibyśmy, żeby zainwestować zawczasu na film z ograniczonym potencjałem rynkowym, zrealizowany kilka lat później, z minimalnym poręczeniem przyćmiewającym prowizję, zwariowalibyśmy. Firmy naszych rozmiarów mogą okazjonalnie wyłożyć zaliczki na projekty na etapie post-produkcji. Te pieniądze pochodzą zazwyczaj z pierwszej sprzedaży i często dotyczą większych tytułów o profilu ‚loss leader’. Słyszałem, że niektóre firmy nie pobierają prowizji po to, żeby wywalczyć większe filmy, ale my nie jesteśmy na tym etapie. Poza tym nie chciałbym tego robić.

Czy brytyjscy dystrybutorzy są zainteresowani polskim kinem? Nie widzimy wielu polskich tytułów w brytyjskiej dystrybucji.

Duże tytuły są dystrybuowane – takie jak „Ida” czy „Płynące wieżowce”, ale zazwyczaj są to filmy w jakiś sposób niszowe. Paweł jest znany w Wielkiej Brytanii, mieszkał tu (a jego film odnosi sukcesy na całym świecie), a „Płynące wieżowce” to kino LGBT. Te elementy przyczyniły się do ich rozpowszechniania.

Ale ich dystrybucja jest bardzo ograniczona.

Tak, skala rozpowszechniania jest niewielka, ale Wielka Brytania jest jednym z najtrudniejszych rynków do dystrybucji filmów zagranicznych w Europie Zachodniej. Jeżeli nie chodzi o duży tytuł z Cannes czy Berlina albo taki, który ma rdzenną niszę jak LGTB, to nie ma dla filmu rynku w Wielkiej Brytanii. Generalnie rzecz biorąc myślę, że widownia brytyjska nie lubi napisów oraz nie ma takiego apetytu na zagraniczne produkcje jak np. Francuzi, chyba że chodzi o duży, nagradzany tytuł. Zatem jeśli bierzemy pod uwagę różnorodność rozpowszechnianych filmów, to uważam, że Wielka Brytania jest w tyle, za resztą Europy. W niektórych krajach istnieje założenie, że film to sztuka i kultura. W Wielkiej Brytanii to biznes o czysto komercyjnej motywacji. Jeśli chodzi o kino art house’owe, doświadczenie jest w jakimś sensie elitarne, jak to mówią mieszczańskie.

Może Brytyjczycy powinni popracować nad edukacją swoich widzów.

Być może. Nie można po prostu oczekiwać, że ludzie pójdą oglądać małe artystyczne, zagraniczne filmy z napisami. Nie jest tak, że ludzie obudzą się pewnego dnia i stwierdzą, że chcą taki film zobaczyć. Myślę, że istnieje ogromna potrzeba edukacji filmowej. Ludzie powinni być poddani jej działaniu w telewizji, w szkołach itd. Uczyłem w kilku szkołach filmowych. Kiedy patrzyłem na program kursów kina zagranicznego, zawsze widziałem to samo – Almodovara, Wong Kar-Waia, Makhmalbafa – wielkie nazwiska, typy celebrytów. Wstępem do kina brazylijskiego zawsze będzie „Miasto Boga”. Nie sądzę, żeby zapoznanie się z twórczością najgłośniejszych polskich reżyserów było uczciwym odzwierciedleniem polskiego kina. Myślę, że dzieje się o wiele więcej. Porównajmy to np. do muzyki/ teatru, gdzie młodzi ludzie są adresatami pewnych działań, dotuje się ich bilety (pamiętajmy, że cena biletu do kina w Wielkiej Brytanii wynosi około 15 Euro), żeby nie zgubić tych młodych pokoleń (tak jak na Broadwayu). Młodych ludzi uczy się gry na instrumentach, ponieważ statystyki pokazują, że kiedy dorosną będą bardziej nastawieni na słuchanie występów poza mainstreamem. Filmu nie adresuje się w ten sposób, a w Europie nasza widownia z roku na rok nie rośnie, tylko się starzeje.

Czy zdarza Ci się wybrać film sugerując się krajem, z którego pochodzi?

Nie sądzę, żebyśmy kiedyś wybrali film ze względu na jego narodowość, choć niektórzy się tym sugerują z powodu krajowych dotacji dla agentów sprzedaży. Jednakże zależy nam na jak największym zróżnicowaniu naszej oferty. Kiedy masz w katalogu zbyt dużo filmów z danego kraju lub danego gatunku, ludzie mogą zacząć cię szufladkować. Nie chciałbym do takiej sytuacji dopuścić. Nabywcy wymagają wachlarza możliwości, a racją naszego istnienia jest zaoferowanie różnorodności i wyboru – dystrybutorom czy festiwalom. W obecnej chwili bardzo chciałbym rozszerzyć geograficznie nasz katalog.

Rozmowę przeprowadziła Kalina Cybulska

05.11.2014