Sesja "Literatura dla filmu"

Sesja "Literatura dla filmu"
Sesja „Literatura dla filmu”. Fot. Marcin Kułakowski, PISF

 

W czwartek podczas 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni miało miejsce bezprecedensowe wydarzenie. W jednej z sal konferencyjnych sopockiego hotelu Sheraton spotkało się kilkudziesięciu młodych autorów: prozaików, dramaturgów i filmowców.

 

Organizatorzy sesji „Literatura dla filmu” zaprosili ich, by porozmawiać o związkach literatury i filmu.

 

Zebranych twórców przywitał dyrektor artystyczny gdyńskiego festiwalu Mirosław Bork, wiceprezydent Sopotu Bartosz Piotrusiewicz oraz dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz.

 

Chciałabym, żeby z tego spotkania powstało sporo pomysłów na świetne filmy i taki jest jego cel (…). Proszę czuć się swobodnie na naszym festiwalu, mam nadzieję że polscy literaci będą tutaj stałymi gośćmi – tak przywitała zebranych Agnieszka Odorowicz.

 

Spotkanie rozpoczęły dwa referaty, prezentujące spojrzenie na związki kina i literatury. Jako pierwszy swój tekst przedstawił prof. Mirosław Przylipiak z Uniwersytetu Gdańskiego, który w zaprezentował rys historyczno-filmoznawczy zagadnienia. – Relacje między kinem i literaturą należą do najczęściej w piśmiennictwie filmowym podejmowanych tematów (…). Choć film jest syntezą różnych sztuk, bądź też – jak chcą niektórzy – jest różnych sztuk składowiskiem i wiele można napisać o jego stosunku do muzyki, malarstwa, fotografii, teatru a nawet baletu i architektury – to przecież relacja między kinem, a literaturą przyciągała i nadal przyciąga szczególną uwagę (…). Rzuca się w oczy dwoista tendencja: z jednej strony literatura jest traktowana jako naturalny sojusznik kina, bliski krewny i przyjaciel, u którego w potrzebie szukamy pomocy i który nigdy tej pomocy nie odmówi. Z drugiej wszak strony bywała ona postrzegana jako zagrożenie dla integralności kina, jego autorów i jego spoistości. Uważano często, że literatura kino zubaża. Uważano również, że kino zubaża literaturę, a nawet ją wulgaryzuje (…). Nie sposób wyobrazić sobie polskiego kina bez adaptacji Sienkiewicza, Iwaszkiewicza, Hłaski czy Dygata; kina czeskiego bez choćby mistrzowskich, menzlowskich adaptacji Hrabala, kina światowego bez adaptacji powieści Jane Austen. Z literatury wywodzą się całe gałęzie kinematografii – by wspomnieć choćby o kinie szekspirowskim(…). Ważniejszy jest tutaj kierunek przepływu: we wszystkich tych wyliczeniach literatura pojawia się na pierwszym miejscu a film na drugim. To kino czerpie z literatury – nie zaś odwrotnie. Choć pojawiają się prace wskazujące na odwrotny kierunek przepływu, wskazujące, że wiele technik literackich xx-wiecznej literatury powstało pod wpływem kina (…) to ten typ refleksji odgrywa marginalną rolę i nie ma, jak sądzę, większego wpływu na powszechną świadomość. Cytując esej teoretyka Aleksandra Astruca z 1948 r. profesor Przylipiak przedstawił drogę kina do stania się językiem – czyli formą w której i poprzez którą artysta może wyrazić swoją myśl, bez względu na to, jak byłaby abstrakcyjna. Prelegent przypomniał również sylwetkę innego teoretyka – Siegfrieda Krakauera i jego „Teorię kina”, po raz pierwszy wydaną w 1959 r. W tej książce, która wywarła znaczny wpływ na kinematografię lat 60-tych Krakauer podzielił kino na „filmowe i „niefilmowe” – zgodne i niezgodne z naturą medium. Do tych drugich zaliczał właśnie adaptacje literatury – jego zdaniem fabuła zabija w filmie to, co najistotniejsze, a wiec zgodność ukazywania rzeczywistości.

 

Dr Marta Cuber z Uniwersytetu Śląskiego opowiedziała natomiast w swojej prezentacji o książkach z ostatniego dwudziestolecia, które nie zostały dostrzeżone przez polskich filmowców. – Jestem przekonana, że nie ma żadnej tajemnicy adaptacji i nie ma tak naprawdę narracji, która nie byłaby filmowana (…). Z punktu widzenia komercji i ekonomii kinu istotnie było łatwiej porzucić myśl o szukaniu scenariusza wśród stosów eksperymentującej z realizmem – na pokaz oczywiście – literatury niż dostosować swój język do jej rosnącego niezdecydowania. W efekcie tylko osiem, spośród niezliczonej rzeszy opowieści autorów urodzonych w okolicach roku 1960 i to w dość niekonkretnym wymiarze jest sfilmowana. Dr Cuber wspomniała tutaj adaptacje prozy Jerzego Pilcha – „Spis cudzołożnic” i „Żółty szalik”, „Pannę Nikt” Tomka Tryzny , adaptacje dzieł Manueli Gretkowskiej, Pawła Huelle i Andrzeja Stasiuka. – Dialogu filmu i literatury nie zdołało ożywić zarówno zarówno literackie pokolenie „Brulionu” jak i „Pokolenie 2000″ filmowców. Może to natomiast uczynić kilka powieści z przełomu wieków, napisanych w niezwykle filmowy sposób. Część pochodzi ze szkoły „Rewersu” – jak ja to sobie nazwałam, pozostałe należą do szkoły „Wojny polsko-ruskiej”. Następnie autorka referatu wymieniła autorów i utwory jej zdaniem posiadające potencjał, by zostać sfilmowanymi. Krzysztof Varga, Marek Kochan, Michał Komar, Edward Redliński, Piotr Siemion, Eustachy Rylski, Jerzy Sosnowski, Stefan Chwin – to nazwiska przez nią zaproponowane. Według Cuber, obok powieści także utwory napisane w formie noweli mogłyby zostać przełożone na ekran – tutaj wymieniła m.in. utwory Magdaleny Bożko, Andrzeja Horubały, Włodzimierza Kowalewskiego. – Książki takie jak „Wielościan” Jerzego Sosnowskiego, dwie ostatnie powieści Ingi Iwasiów, powieści Joanny Bator – powieści operujące rodzajem melanżu różnych historii, melanżu różnych tożsamości, pokazujące bardzo niejasne związki emocjonalne ludzi- ich adaptacje świetnie zrobiłyby kinu, i myślę, że nie obciążyło by go jakoś bardzo kompozycyjnie bo w końcu ta „altmanowska” kompozycja nie jest dla kina, także polskiego, niczym niewykonalnym. Chcę powiedzieć, że w literaturze 30to kilkulatków też takie opowieści się pojawiają, pojawiły – to ostatnie książki Daniela Odiji, Adama Przegalińskiego i Mikołaja Łozińskiego. Zmarnowana szansą kina pozostaje w dalszym ciągu wielowątkowa i niejasna opowieść epizodyczna w rodzaju filmu „Closer” Mike’a Nicholsa – takich rzeczy brakuje w polskim kinie. Zmarnowana kariera filmowa polskiej prozy w zasadzie znalazłaby jeszcze krótszą drogę do swojej opowieści. Wystarczyłoby ją połączyć refleksją na temat nieobecności lub niedostatecznej obecności pewnych wątków w kinie. Wówczas niepodjęta narracja o ważnych do niedawna mechanizmach marginalizowania określonych obszarów rzeczywistości i kolonializacji ich przez jakieś języki ideologii okazałaby się tematem czekającym na swojego reżysera(…) Nie apeluję, by od razu przenosić półki z książkami do studiów filmowych. Przemyślenie na nowo dialogu między filmem i literaturą które tworzyły niegdyś w Polsce niebezpieczny związek, a dzis wzięły rozwód wymaga jednak namysłu nad ich relacją w kategoriach wyostrzonej namiętności, która została wygaszona i zaniedbana – odciążając wprawdzie wyobraźnię polskiej kultury i uwalniając ją od niekorzystnych sentymentów ale pozostawiając pamięć o romantyczno – symbolicznej więzi obu tych obszarów, które wyprzedzając narodową mitologię komercyjnym zaangażowaniem chciałyby znowu znaleźć swojego świadka. Reżyserzy chcą robić filmy w oparciu o dobrą a jednocześnie łatwą literaturę – tylko tym mogę tłumaczyć nieobecność wśród adaptowanych tekstów utwory spoza koniunktury. Tak jak brakuje mi prozy bez granic tak brakuje mi kina nie liczącego się z ograniczeniami przekładu.

 

Następnie, przy udziale publiczności, odbyła się rozmowa, w której uczestniczyli także goście z Islandii. Dzięki niej wszyscy zebrani mogli dowiedzieć się, jak niezwykle silne są tam związki pomiędzy literaturą a filmem.

Podczas sesji spotkali się również twórcy wersji literackich jak i filmowych dwóch nagradzanych na zeszłorocznym festiwalu adaptacji literatury – „Rewersu” (twórca scenariusza – pisarz Andrzej Bart oraz producent Jerzy Kapuściński – szef Studia Filmowego „Kadr”) oraz „Wojny polsko-ruskiej”( pisarka Dorota Masłowska oraz reżyser Xawery Żuławski).
Jerzy Kapuściński opowiedział o swojej pracy w Telewizji Publicznej, gdzie w cyklu „Studio Teatralne Dwójki” udawało mu się kojarzyć ze sobą twórców młodej literatury i filmu, którzy wspólnie tworzyli spektakle Teatru Telewizji (wspomniano m.in. o spektaklu „Kuracja” Wojciecha Smarzowskiego).

Andrzej Bart natomiast opowiedział, jaki jego zdaniem powinien być dobry producent filmowy: – Film jest dużym biznesem, a więc kłopot polega na tym, żeby w ogóle natrafić na ślad człowieka w osobie producenta, który myśli, który jest naszym partnerem. Człowieka, który z pisarzem gada jak człowiek oczytany, z reżyserem – cytuje mu wszystkie sceny z tysięcy filmów, które widział. Taki partner jest cudem, jeżeli się na takiego trafi – wydaje mi się że tu można szukać wśród takich ludzi, nie tracić pary na ludzi, którzy chcą tylko wytwarzać i zarabiać pieniądze i przez te 20 lat doprowadzili kino do tego, że żaden film się nie dostał do poważnego konkursu festiwalowego. Nadzieja jest w tych ludziach, którzy tych dostanych z państwowej instytucji pieniędzy na film nie tracą na organizowanie sobie dostatniego życia tylko ich przeznaczeniem jest robić prawdziwe, dobre kino.

Bart wspomniał również o swoich ulubionych lekturach i próbach przeniesienia ich na ekran – Jestem wielkim miłośnikiem książek Magdaleny Tulli (…), ale jej proza jest po prostu poematem. Filmować poemat? To tak jak „Kwiaty zła” Baudelaire’a – możemy się za to wziąć, ale duża jest możliwość porażki. Tak samo jest z Magdą Tulli i z wieloma książkami, wielkimi, które powstają.


Xsawery Żuławski opowiedział o tym jak doszło do jego spotkania z Dorotą Masłowską i jej prozą: – W naszym przypadku to było tak, że połączył nas pan Jacek Samojłowicz (…). Książka stała na straży i na moje oko, tak mistycznie, to książka tutaj tak naprawdę udzieliła nam zgody i czuwała nad tym żebyśmy tego nie schrzanili. Takie mam wrażenie. Prowadzący spotkanie dyrektor Bork zaryzykował stwierdzenie iż nastąpiła tutaj ta rzadka sytuacja, w której po zrealizowaniu filmu autor książki i reżyser pozostali w przyjaźni.


Żuławski w odpowiedzi dodał: – To są takie stereotypy, że scenarzysta czy też literat i reżyser powinni się pokłócić. Takich pytań otrzymałem już tysiące jak Dorota reagowała na planie? Mówiłem, że mieliśmy na planie taki mały czarny namiot i tam się ją zamykało. I mogła tylko wyjść na efekt finalny. Generalnie przeżywaliśmy wspólnie to tworzenie i ze świadomością, że wszyscy pracujemy na rzecz tego filmu. Masłowska podkreśliła: – Usiłowałam się emocjonalnie nie angażować w to i wierzyłam w inteligencję Xawerego. Miałam do niego zaufanie. W odpowiedzi Xawery Żuławski wspomniał: – Proza Doroty jest albo do przyjęcia, albo nie. Przyjąć tę prozę można tylko wyłączając swojego wewnętrznego krytyka, interlokutora, tego, który tłumaczy co czytam lub też ocenia co czytam. Dopóki pojawia się ta ocena to przeszkadza nam w totalnym odbiorze, o czym pisze Dorota. Mam wrażenie, że odpuszczając siebie możemy jak najbardziej wejść w ten tekst i on wcale nie jest taki skomplikowany i trudny i niebezpieczny – okazuje się na końcu.

– W momencie kiedy kończy się pisać książkę, a zwłaszcza skończyło się ją kilka lat wcześniej energia twórcza na temat jest dawno wypalona. I nie ma się tego ochoty ani rozwijać ani zwijać. Akceptacja tego, co się dalej z nią stanie bardzo rośnie. – tak swój udział w powstawaniu adaptacji pod koniec spotkania opisała Dorota Masłowska.

28.05.2010