Spotkanie z Maciejem Drygasem

Fot. www.michaldabrowski.com
Fot. Michał Dąbrowski (www.michaldabrowski.com)

 

14 grudnia w ramach festiwalu Watch Docs Maciej Drygas spotkał się z widzami po projekcji swojego najnowszego dokumentu „Cudze listy”.

 

Film, nad którym Drygas pracował przez pięć lat, jest oparty na tekstach listów pisanych przez zwykłych ludzi o codziennych sprawach w epoce PRL-u. Kontrolowana przez służby perlustracyjne korespondencja była punktem wyjścia do opowieści o tym, jacy byli wtedy Polacy, próbą zrozumienia myśli i ukrytych pragnień.

Pomysł

Pytany o źródło pomysłu na film reżyser opowiadał: – Kiedy zbierałem materiały do mojego poprzedniego filmu, „Jednego dnia w PRL” siłą rzeczy w którymś momencie sięgnąłem po materiały perlustracyjne i wtedy znalazłem raport roczny z 62 roku z informacją, ile listów polskich i z zagranicy zostało posortowanych. To były dziesiątki milionów. Poraziła mnie ta skala i pomyślałem, że jak uporam się już z „Jednym dniem …”, to chciałbym do perlustracji wrócić. To był dla mnie ogromny skok, bo w „Jednym dniu …” szukałem materiałów dotyczących konkretnej daty, a w „Cudzych listach” mierzę się z ponad 40 latami.

Służby perlustracyjne

Przez cały okres PRL, poza krótkim czasem tuż po wojnie i stanem wojennym kontrola korespondencji Polaków była tajna: – To była jedyna aż tak zakonspirowana forma działalności służb bezpieczeństwa, ponieważ konstytucja gwarantowała nam tajemnicę korespondencji. Najczęściej starano się, żeby listy docierały pod wskazany adres, po to, żeby nie zostawiać śladów. Zatrzymywano tylko te listy, których treść była zbyt ostra oraz te, które służyły potem za dowód w sprawie, na podstawie których aresztowano ludzi. Natomiast te najciekawsze dla SB były większości kopiowane i odsyłane do adresatów.

 

– To był straszliwie rozbuchany aparat, gigantyczna ilość ludzi pracowała w służbach perlustracyjnych, a listy były kontrolowane na wielu etapach. Podstawowa kontrola tzw. dotykowa dotyczyła prawie każdego listu. O skali tego przedsięwzięcia świadczy znaleziony przeze mnie dokument z lat 70-tych, w którym tylko z powodu planu otwarcia wydziału niemieckojęzycznego naszych służb perlustracyjnych, proszono władze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o 880 nowych etatów.

 

Na pytanie o to, czy na podstawie znalezionych w archiwach dokumentów, można zauważyć jakieś różnice natężenia kontroli korespondencji, Maciej Drygas mówił: – Zmasowane ataki perlustracji były związane z sytuacją w kraju. Jeśli działo się coś ważnego, to perlustracja była ewidentnie wzmocniona, co można zauważyć wokół przełomowych dat PRL. Ale nie tylko, bo dotyczyło to również okresu kryzysu kubańskiego, kryzysu berlińskiego, czyli wzniesienia muru, 68 roku i marca i wydarzeń w Czechosłowacji. Podczas stanu wojennego cenzura była jawna, jednak szkolenia wydziałów perlustracyjnych do stanu wojennego rozpoczęto na długo przed jego ogłoszeniem, co zresztą jest niezbitym dowodem na to, że stan wojenny był długo przygotowywany. Z tego, co pamiętam, to chyba w maju 80 roku już odbyły się ćwiczenia cenzury na wypadek stanu wojennego.

Dokumentacja

– Szperałem kilka lat – mówił reżyser o procesie dokumentacji. – To nie jest tak, że w Instytucie Pamięci Narodowej rzuca się hasło perlustracja i wylatują teczki z listami. Musiałem przeprowadzić swoiste śledztwo. Czasami z pierwszego otwarcia udawało się znaleźć jakiś list, a czasami na podstawie notatek służbowych SB, raportów rocznych zamawiałem kolejne setki teczek. Pracowałem we wszystkich oddziałach IPN-owskich. Kilka tysięcy teczek przeszło przez moje ręce, pewnie ok. 300-400 listów rozpatrywałem do montażu, po to, żeby 30 z nich dopuścić do filmu. To nie była przyjemna robota. Materiały SB mają potwornie negatywną energię. W dodatku po części sam czułem się perlustratorem czytając te wszystkie listy i notatki służbowe.

Założenia autorskie

Reżyser pytany o wybory, jakich dokonywał w trakcie realizacji filmu, opowiadał: – Mam świadomość, że to film bardzo autorski. Poza częścią werbalną, zależało mi na tym, żeby to było również kino, więc dbałem o formę, konstrukcję. Chciałem skomponować pewną całość o precyzyjnie zbudowanej dramaturgii, żeby ta tkanka emocjonalna się rozwijała, żebyśmy właśnie nie dotykali wielkiej historii, polityki, żeby ten film nie był zanurzony w publicystyce, tylko, żeby składał się z drobnych szczegółów codzienności. Chciałem zajrzeć w głąb człowieka, nie chciałem po raz kolejny opowiadać o momentach przełomowych, nie chciałem wpuszczać do tego filmu osób, które pisały tę dużą historię.

Prawda treści

Reżyser mówił również o przebiegu realizacji filmu. – Od samego początku wiedziałem, że listy nie mogą być czytane przez aktorów. Miałem poczucie, że jeśli listy zaczną być odgrywane, kreowane, to rozpłynie się ich wewnętrzna prawda. Przez prawie rok jeździłem po Polsce nagrywając ludzi w różnych miejscach. Nagrywałem na przykład w szpitalach, bo ludzie w szpitalach mają czas, u zaprzyjaźnionego księdza łapałem ludzi po mszy. Byłem na Śląsku, w Białymstoku, pod Szczecinem, w miasteczkach, we wsiach. Bywało tak, że jeden list czytało 15 osób. Czasami ktoś fantastycznie przeczytał list, a ja próbowałem szukać obrazu, czasami znajdowałem jakiś bardzo dobry obraz i wtedy szukałem do niego głosu.

Prawda obrazu

Widzowie byli ciekawi, skąd pochodzi wykorzystany w filmie materiał wizualny. – W tym filmie są naprawdę unikalne materiały archiwalne, część z nich nie była nigdy emitowana. Nie ma natomiast ani jednego ujęcia z kroniki filmowej, ponieważ była ona mocno cenzurowaną formą, fałszującą obraz rzeczywistości. W „Cudzych listach” jest też kilka scen przeze mnie rekonstruowanych, ale one są tak zrealizowane i tak umiejscowione, żeby całkowicie zlewały się z materiałami archiwalnymi. Realizując te rekonstrukcje, naśladowaliśmy technikę filmową Służby Bezpieczeństwa – zdjęcia były robione na czarno-białej taśmie 16 mm, światło płaskie, duża dosłowność i niezbyt wyszukane kadry.

 

Maciej Drygas opowiedział również, na jakiej podstawie oparł sceny rekonstrukcyjne: – Rekonstrukcja była precyzyjnie przygotowana po głębokiej dokumentacji i rozmowach z perlustratorem. Ten człowiek był bardzo zdystansowany i nieufny. Moje rozmiękczanie go trwało kilka miesięcy. W końcu otrzymałem telefon, że może się spotkać. Pierwsze konspiracyjne spotkanie odbyliśmy w McDonald’sie. I kiedy się poznaliśmy, ten człowiek dalej nie wiedział, czy może ze mną rozmawiać, mówił, że przysięgał, że do końca życia zachowa tajemnicę.

Prawda dźwięku

Reżyser mówił także o procesie udźwiękawiania filmu. – Cały film jest udźwiękowiony ambientami, czyli atmosferami dźwiękowymi. To są atmosfery z tamtych czasów, więc tramwaje, samochody itd. Ale była jeszcze jedna rzecz – żadne materiały archiwalne nie były udźwiękowione, a ja bardzo chciałem zbudować taką energię, żeby widz mógł wejść w ten świat. Postanowiłem udźwiękowić ten film totalnie tzn. każdy krok, każdy szelest i otwieranie drzwi były udźwiękawiane i uczestniczyłem w tym procesie osobiście, co było dla mnie bardzo intymnym przeżyciem. Miałem wrażenie, że odbyłem nową podróż po swoim filmie odkrywając w procesie udźwiękawiania nowe detale.

 

„Cudze listy” były współfinansowane przez PISF – Polski Instytut Sztuki Filmowej.

 

Kalina Cybulska

15.12.2011