Rozmowa z Juliuszem Machulskim

Juliusz Machulski
Juliusz Machulski. Fot. Marcin Kułakowski – PISF

 

W przeddzień premiery najnowszego filmu Juliusza Machulskiego „Kołysanka”, o wampirach rozmawia z reżyserem Piotr Śmiałowski.

 

– Bał się pan w dzieciństwie wampirów?


– Raczej nie. Pewnie dlatego, że nawet jako mały chłopak nie wierzyłem w ich istnienie. Ale lubiłem niektóre filmy z wampirami – na przykład „Nieustraszeni pogromcy wampirów” Romana Polańskiego. Miałem kilkanaście lat, gdy zobaczyłem ten film po raz pierwszy. Potem widziałem go jeszcze wiele razy. Teraz w jakiś sposób chciałem wykorzystać jego konwencję, która łączy elementy horroru i komedii.

 

– Znalazłem wywiad z panem, którego udzielił pan w 1985 roku zaraz po powrocie ze stypendium w Ameryce. Już wtedy mówił pan o tym, że chce zrobić horror. Wspominał pan także o widowiskowym filmie wojennym.


– Wtedy byłem jeszcze bardzo młody i przekonany, że jako reżyser chcę i powinienem spróbować wszystkich tych gatunków filmowych, które w jakiś sposób mnie intrygują. Dziś już jestem bardziej ostrożny. Nie wszystko to, co lubię na ekranie, chciałbym sam nakręcić. Nie miałbym na przykład odwagi zrobić musicalu.

 

– Dlaczego?


– Te musicale, które wywarły na mnie największe wrażenie – „Cabaret” oraz „All that jazz” – nakręcił Bob Fosse, który był także choreografem i tancerzem. Wydaje mi się, że tylko taki background gwarantuje pełny sukces w tym gatunku. Ja go nie mam. Oczywiście – gdybym miał odpowiednie środki i czas, żeby się przygotować, poradziłbym sobie i z musicalem. Tylko po co, skoro zaorałbym się na śmierć, bo nie za bardzo to czuję? Natomiast komedia wykorzystująca atrybuty horroru rzeczywiście nęciła mnie od bardzo dawna. Tu liczy się zbudowanie atmosfery, pomysł na coś nadprzyrodzonego, strasznego i ożywienie tego na ekranie – czyli strona plastyczna. Wprawdzie nigdy przez te lata nie siadłem sam, żeby napisać taki scenariusz, ale kilka lat temu trafił do mnie tekst Adama Dobrzyckiego i tak zaczęła się historia realizacji „Kołysanki”. Półtora roku temu ruszyliśmy z tym projektem na dobre.

 

– Jaki był scenariusz Dobrzyckiego? „Kołysankę” nakręcił pan na podstawie własnej adaptacji jego tekstu. Podobnie postąpił pan kiedyś z „Kilerem” Piotra Wereśniaka. Wtedy zmiany były duże. A teraz?


– Przy „Kołysance” nie było tych zmian aż tak wiele, jak kiedyś przy „Kilerze”. Ale ja zawsze muszę czyjś scenariusz niejako „przepuścić przez siebie” – stąd adaptacja. Scenariusz Adama Dobrzyckiego był początkowo trzyodcinkowym serialem telewizyjnym. To było zanurzone w naszej wiejskiej obyczajowości, miało kilka wątków pobocznych. Z rodziną wampirów mieszkał jeszcze na przykład pies – też wampir – który im uciekał i grasował po okolicy. Żeby zrobić z tego scenariusz półtoragodzinnego filmu, musiałem przede wszystkim skondensować różne wydarzenia, wymyślić i ułożyć nowe punkty zwrotne, dodać bardziej wyraziste zakończenie. Wydaje mi się, że mniej więcej trzydzieści procent rzeczy w „Kołysance” dodałem od siebie. Większość pochodzi jednak z oryginalnego scenariusza Adama, najlepsze pomysły są jego.

 

– A jak rodziła się komediowość „Kołysanki”? Była już w tekście Dobrzyckiego?


– Tak, ale trochę inna niż u mnie. U niego była to komedia, ale taka bardzo delikatna, taka „na małym ogieńku”. Ja jednak wolę, gdy dialogi w komedii są ostrzejsze, gdy scena ma dowcipną puentę. I w tę stronę poszedłem. Przy realizacji komedii o wampirach, staje się przed dylematem: ma być bardziej śmiesznie czy raczej strasznie? I jak ze sobą pogodzić te przeciwieństwa? Wolałem, żeby przy „Kołysance” widz częściej się śmiał, a naprawdę przestraszył tylko kilka razy. Nie ma tu prawie makabrycznych scen, największą grozę mogą budzić nogi wystające ze ściany. Ale nie chciałbym zbyt dużo mówić o fabule „Kołysanki”. Widzowie muszę mieć jednak pewną niespodziankę. 

 

– Filmy o wampirach mają pewną ustaloną konwencję, wiele rzeczy można przewidzieć, czasem cała zabawa polega na odpowiednim stopniowaniu mocnych scen. U pana wampiry są jakby inne, można je chyba polubić. Zrezygnował pan nawet z obrazu-ikony, gdy wampir wpija się w szyję ofiary. U pana bardziej interesują go czyjeś stopy…


– Te moje wampiry musiały mieć takie śmiesznostki, część rzeczy musiała być u nich na opak – tak, żeby to pasowało do komedii. Odszedłem od wielu przesądów związanych z wampirami. Nie ma nigdzie czosnku, ale za to każdy wampir ma cień, nawet gdy sama jego postać jest niewidoczna. Jedno było dla mnie pewne: w moim filmie wampiry muszą panować nad wszystkim, co się wokół nich dzieje. Nawet jeśli ktoś im ucieka, musi się zaraz okazywać, że to część jakiegoś większego planu. W pierwszej wersji scenariusza te wampiry swój – w pewnym sensie – magiczny płyn przyrządzały z kory drzewa. Zrezygnowałem z tego właśnie dlatego, że wtedy wampiry nie byłyby w „Kołysance” wystarczająco doskonałe – byłby od czegoś zależne, nie za bardzo mogłyby swobodnie funkcjonować choćby w mieście. W filmie wampiry przyrządzają więc napój z własnej krwi.

 

– Czy wymyślając te szczegóły, myślał pan także o tym, żeby odróżnić wampiry z „Kołysanki” od innych, pojawiających się w popularnych ostatnio filmach – na przykład w „Zmierzchu”?


– Nie. Chociaż rzeczywiście ten nurt wampiryczny ostatnio w kinie na nowo „ożył”. Ale gdy zaczynałem pracę nad adaptacją scenariusza, na ekranach nie było jeszcze tych nowych filmów o wampirach. Pamiętam tylko, że mniej więcej w tamtym czasie obejrzałem jakiś szwedzki film, w którym istnienie wampirów był naukowo wyjaśnione, ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że one są i grasują. I od razu stwierdziłem, że czegoś takiego nie chcę u siebie w „Kołysance”. Starałem się uniknąć rzeczywistości jeden do jednego, chciałem – w pewnym sensie – opowiedzieć bajkę, gdzie dzieją się rzeczy niemożliwe.

 

– Rzeczywistość w „Kołysance” zbudował pan na ciekawym zestawieniu staroświeckości wampirów z nowoczesnością całego otoczenia. To stworzyło wiele zabawnych sytuacji – na przykład tę, gdy dwaj mężczyźni-wampiry wystylizowani na postacie z XIX wieku wsiadają do najnowszego modelu mercedesa. Ale w tych momentach, gdy na ekranie nie ma wampirów, elementy nowoczesności same w sobie nie wypadają już tak interesująco. Nie myślał pan, by cały film wystylizować na XIX wiek albo na któreś dziesięciolecie XX?


– Nie, wtedy „Kołysanka” zupełnie oderwałaby się od rzeczywistości, a tego też nie chciałem. Film miał być zawieszony gdzieś pomiędzy, a wrażenie czasu akcji miało zostać niejako „rozstrojone”. Zdjęcia zbiegły się akurat z planem zmiany mundurów w polskiej policji. I chociaż prawdziwi policjanci nie wszędzie je jeszcze noszą, u mnie w filmie te mundury są powszechne. Nie chciałem po prostu datować akcji na 2009 czy 2010 rok. Dzięki tym mundurom czy bardzo nowoczesnemu modelowi mercedesa realia z „Kołysanki” będą aktualne nawet za pięć lat. Ale ma pan rację, że najciekawsze są te momenty, gdy na ekranie są wampiry. Sceny bez nich skróciłem do absolutnego minimum. To moja żona Ewa, która projektowała przy „Kołysance” kostiumy, wpadła na pomysł, że wampiryczna rodzina Makarewiczów powinna nosić stroje z przełomu XIX i XX wieku, że powinna przypominać rodzinę Amiszów – ascetyczną, żyjącą bez pośpiechu, gdzieś na uboczu.

 

– Ubieranie aktorów w odpowiednie kostiumy, charakteryzowanie ich na wampiry – to musiała chyba dla pana niezła zabawa…


– To była wręcz świetna zabawa. Chociaż to było też trochę jak chodzenie po kruchym lodzie, bo łatwo można było popłynąć i zrobić te stroje zbyt wymyśle i zbyt dziwne – wtedy te postaci byłyby przerysowane. Ale myślę, że udało nam się znaleźć złoty środek. Najpierw pracowaliśmy nad wyglądem postaci żony-wampirzycy, którą gra Gosia Buczkowska. Ją także jako pierwszą obsadziłem w „Kołysance”. Zagrała u mnie wcześniej w filmie „Ile waży koń trojański?” i już wtedy było dla mnie jasne, że Małgosia ze swoją urodą i wielkimi oczami będzie idealną Bożeną z „Kołysanki”. Jej partnerem musiał być natomiast ktoś uosabiający siłę, jakiś rodzaj brutalności – czyli Robert Więckiewicz, którego zresztą lubię obsadzać w każdym swoim filmie. Nie miałem tylko pojęcia, jak powinien w „Kołysance” wyglądać. Robert jest ambitnym aktorem i nie chciał kolejny raz przypominać siebie z innych filmów. Wtedy pojawił się pomysł, żeby ogolił głowę na łyso. I to był strzał w dziesiątkę. Zrobiliśmy mu do tego bardzo bladą, trupią cerę, ubraliśmy w kapelusz i białą koszulę z kamizelką. To mu dodało dystynkcji. Natomiast najdłużej wahałem się co do postaci dziadka-wampira. W scenariuszu dziadek miał 80 lat, Adam miał nawet pomysł na pewnego aktora w tym wieku, ale bałem się, że dla osiemdziesięcioletniego człowieka praca nad tak dużą rolą i to w tak szybkim tempie mogłaby być zbyt wyczerpująca. Poza tym to by było zbyt dosłowne, że wampir wygląda na tyle lat, ile rzeczywiście ma. Wolałem pewną umowność. Zaproponowałem tę rolę Januszowi Chabiorowi – jest około czterdziestki – którego odpowiednio postarzyliśmy i oszpeciliśmy. Wyszła z tego naprawdę niepokojąca rodzina.

 

– Ciekawie reagują na ich wygląd mieszkańcy tej mazurskiej wsi – dziwią się tylko przez ułamek sekundy. Widz dziwi się trochę dłużej, ale w końcu też zaczyna traktować inność Makarewiczów jako coś normalnego.


– Gdybyśmy kogoś takiego jak Makarewicze naprawdę zobaczyli gdzieś w Polsce na ulicy, pewnie byśmy się za nimi jeszcze oglądali. Ale na przykład w Berlinie czy Los Angeles już nie. Tam jest mnóstwo tego rodzaju ekscentryków, którzy stali się już od dawna częścią tłumu. Pewnie gdyby Makarewicze zjawili się w jakimś nocnym klubie warszawskim, też pewnie wtopiliby się w tłum. Jeślibym kręcił „Kołysankę” przed laty, jeszcze za peerelu, wygląd Makarewiczów trzeba by jakoś umotywować, znaleźć dla niego jakieś jednoznaczne wytłumaczenie. Natomiast dziś widuje się  najróżniejszych ludzi, dziwność nie jest już tak bardzo dziwna i liczyłem na to, że widz kupi Makarewiczów tak po prostu – takimi, jakimi oni są. Pamiętam z „Draculi” Coppoli taką scenę, gdy Keanu Reeves jako Jonathan Harker przyjeżdża do Transylwanii do zamku Draculi. Dracula wygląda jak ktoś nie z tego świata i tak też się zachowuje. A mimo to Harker nie jest zmieszany. Przyjmuje, że może w Transylwanii ludzie tak się ubierają. U mnie jest podobnie: Makarewicze pojawiają się na Mazurach znikąd i ludzie myślą, że tam skąd przybyli, taki strój jest powszechny. To wszystko mieści się w konwencji tego filmu.   


– Czy te mazurskie chaty, w których zamieszkują Makarewicze to jakiś skansen?


– Tak, to skansen w Olsztynku, znalazła go ekipa scenografa Wojtka Żogałły, chociaż ja też tam już kiedyś wcześniej byłem. Dzięki temu mieliśmy gotową dekorację, to było bardzo oszczędne posunięcie. I bardzo zgrało się z pewną aurą, którą roztacza rodzina Makarewiczów. Już na początku rozmów o „Kołysance” ustaliliśmy z Wojtkiem Żogałą i operatorem – Arkiem Tomiakiem, że musimy uciekać od pejzażu i obyczajowości, które znamy z „Rancza” czy „Plebanii”. Proste odwzorowanie obrazków z polskiej wsi nie pasowałoby do takiego filmu jak „Kołysanka”.

 

– W finale pańskiego filmu rodzina Makarewiczów przyjeżdża do Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. Trudno było uzyskać panu zgodę na zdjęcia w tym miejscu?


– Z tym nie było akurat najmniejszego problemu…

09.02.2010

Galerie zdjęć