Właśnie po to powstają filmy

Juror Konkursu Międzynarodowego 26.MWFF

François Da Silva. Fot. Marcin Kułakowski, PISF


Tuż przed uroczystą ceremonią wręczenia nagród podczas 26. Międzynarodowego Warszawskiego Festiwalu Filmowego rozmawialiśmy z jednym z jurorów Konkursu Międzynarodowego tej imprezy – Françoisem Da Silvą.

 

PISF: 15 filmów w Konkursie Międzynarodowym, które musieli państwo ocenić. 5 jurorów, którzy wspólnie pracowali nad werdyktem. Czy było trudno?

 

François Da Silva: Werdykt był bardzo łatwy do ustalenia. Już kilkakrotnie byłem zapraszany do uczestniczenia w jury, lecz tym razem pracowaliśmy w bardzo zróżnicowanym składzie: młodzi, starsi, kobieta, mężczyźni. Niezwykle interesujące, a także wynikające z różnych źródeł, było to, iż nad werdyktem obradowaliśmy krótko. Wcześniej członkowie jury 26. WFF nie znali się. Niemal od początku świetnie się porozumiewaliśmy. Dość szybko ustaliliśmy werdykt, choć od początku ustaliliśmy, że nie będziemy przeprowadzać poważnych debat po każdym konkursowym pokazie – wiadomo, że niektórzy potrzebują czasu, by lepiej dotrzeć do tego, co niesie ze sobą treść filmu. Nie bez znaczenia jest, że codziennie spotykaliśmy się, nie tylko po projekcjach, ale także na wspólne posiłki. Więc bardzo szybko podjęliśmy decyzje. Werdykt był demokratyczny i anonimowy. Przyznaliśmy trzy nagrody i kilka wyróżnień.

 

Pracował pan jako dyrektor artystyczny canneńskiej sekcji The Directors’ Fortnight. Co wpływa najbardziej na to, co lubi pan w kinie? Jakie filmy podobają się panu najbardziej?

 

Powiem coś bardzo prostego – im więcej filmów oglądasz, tym trafniejszych wyborów dokonujesz i jesteś bardziej precyzyjny. Jesteś jak torreador, walczący z bykiem. Im więcej walk przetrwasz, tym bardziej zyskujesz własny styl. Ze mną jest tak samo. Zwykle oglądałem około 300 filmów rocznie, i tak przez 20 lat mojego życia. Tak, z pewnością można powiedzieć, że mam specyficzny i ukształtowany gust.

 

Jakby mógłby pan określić swoje filmowe upodobania?

 

Lubię filmy pochodzące z mniejszych kinematografii, które mogą być oglądane i rozumiane na całym świecie. Lubię to, co lokalne, a zarazem globalne. To bardzo proste, wystarczy przyjrzeć się filmowi, który w tym roku wygrał Złotą Palmę w Cannes. To tajski film „Uncle Boonmee”. Film doskonale uniwersalny, a mówiący o bardzo, ale to bardzo specyficznych sprawach w Tajlandii. Ale te właśnie sprawy przemawiają do ludzi na całym świecie. To właśnie lubię w kinie.

 

Prowadzi pan własną firmę, działającą w branży filmowej. Czym zajmuje się się pan w Novo Films?

 

Jestem kimś w rodzaju producenta. Łączę ze sobą ludzi, pracuję w bardzo egzotycznej dziedzinie tego przemysłu. Nie bywam na planach filmowych, zajmuję się wszystkim tym, co dzieje się przed rozpoczęciem zdjęć. Rozwijam projekt, zajmuję się kreacyjnymi aspektami. Byłem na przykład koproducentem filmu chińsko-brazylijskiego i była to pierwsza taka koprodukcja między tymi krajami. Pracowałem w Indiach, teraz będę tam ponownie pracował jako producent wykonawczy. To jest praca, którą bardzo lubię. Nie pracuję natomiast we Francji i oczywiście w Stanach Zjednoczonych.

 

Współpracował pan także z firmą francuskiego reżysera Luca Bessona. Proszę opowiedzieć o tym okresie w pana życiu zawodowym.

 

Współpracowaliśmy przez cztery lata. W zasadzie zajmowałem się tym samym, co robię teraz. Byłem doradcą artystycznym, co oznacza, że podróżowałem po świecie, wybierając nowe projekty, szukając pomysłów i gotowych filmów dla EuropaCorp. Jest to spora firma, pracuje dla niej mnóstwo dystrybutorów, agentów sprzedaży. Ja przywoziłem pomysły z całego świata, za wyjątkiem rzecz jasna Francji i USA. To samo robię teraz, odszedłem z EuropaCorp i założyłem własną firmę – Novo Films. Mnóstwo podróżuję. Jeśli ktoś na świecie ma jakiś zwariowany pomysł, na przykład chce nakręcić film na Islandii lub, dajmy na to w Polsce – zajmę się tym. To także jeden z powodów, dla których tutaj przyjechałem. Po raz pierwszy jestem w Warszawie, chciałem dowiedzieć się o Polsce czegoś więcej, naprawdę mało wiem o tym kraju. Przyjazd tutaj jest dla mnie niezwykle pożyteczny.

 

Jak podoba się panu Warszawski Festiwal Filmowy?

 

Polubiłem to wydarzenie, tak jak większość ludzi, których tu spotkałem, a którzy byli tu po raz pierwszy, jak ja. Znakomitą rzeczą jest to, że macie tutaj naprawdę sporą widownię, to dla festiwalu filmowego jest bardzo dobre. Warszawski Festiwal Filmowy jest otwarty dla publiczności, większość podobnych imprez zamyka się na przeciętnego widza i publiczność ma ograniczany dostęp do projekcji. Tutaj wszystko dedykowane jest publiczności, to wspaniałe, bo właśnie po to powstają filmy.

 

Rozmawiała Marta Sikorska

18.10.2010