Wspomnienia z Cannes: Małgorzata Szumowska

Z reżyserką Małgorzatą Szumowską dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes rozmawia Marcin Zawiśliński.

Marcin Zawiśliński: Pamiętasz swój pierwszy pobyt na festiwalu w Cannes?

Małgorzata Szumowska: To był 2000 rok. Pojechałam tam razem z Michałem Englertem z „Wniebowstąpieniem”, naszym krótkim metrażem, który był prezentowany w sekcji Cinéfondation. Po raz pierwszy w życiu wylądowaliśmy w świecie totalnego glamour. Dla Polaków z lat 90. to był niezły szok i super zabawa.

Twoja druga wizyta na tym festiwalu była związana z „Antychrystem” duńskiego reżysera Larsa von Triera.

Byłam polską koproducentką tego filmu. Do dziś wspominam ten wyjazd, bo był najbardziej spektakularny ze wszystkich moich dotychczasowych pobytów w Cannes. Byłam z ekipą von Triera! Pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie prezentowana tam wówczas „Biała wstążka” Hanekego i pokaz z jego udziałem. Na pewno marzeniem wielu reżyserów jest zaprezentowanie swojego filmu w konkursie głównym w Cannes. Ciężka sprawa, ale nigdy nic nie wiadomo. Na razie jestem jednak reżyserem typowo berlińskim i cieszy mnie to, bo bardzo lubię Berlinale.

Trzeci raz pojechałaś do Cannes w 2011 razem ze „Sponsoringiem”, który był rozwijany na etapie scenariusza w ramach 5. edycji Atelier de la Cinéfondation.

To była zupełnie inna wizyta niż dwie poprzednie. Uczestniczyłam wtedy w bardzo wielu niezwykle interesujących pitchingach, rozmowach i kolacjach z producentami z całego świata. Takie spotkania to pewne lekcje.

Dlaczego zgłaszasz swoje filmy do Berlina, a nie do Cannes?

To nie tak. Kiedy kończę swój film, staram się go wysłać na najbliższy festiwal klasy A. W ostatnich latach był to Berlin. Z drugiej strony, jest to element strategii mojego zagranicznego agenta sprzedaży. Poza tym organizatorzy festiwalu w Berlinie od dawna interesowali się mną jako reżyserką z Polski. Okazuje się, że bliskie sąsiedztwo też ma znaczenie. Francuzi nie są już tak bardzo, jak kiedyś zaciekawieni tym, co prezentuje obecnie nasza kinematografia. Dzisiaj chętniej oglądają filmy irańskie czy rumuńskie. Dlatego polskim twórcom trudniej jest teraz przebić się w Cannes niż w Berlinie.

Gdybyś miała do wyboru Berlin czy Cannes, gdzie wysłałabyś swój kolejny film?

Z chęcią spróbowałabym Cannes, w końcu Berlin już znam. Agnieszka Holland powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, po co twórcy potrzebne są sukcesy festiwalowe? Żeby mieć wolność tworzenia”. Absolutnie się z tym zgadzam, do tego służą nam nagrody i festiwale, ale też nie dajmy się zwariować i róbmy po prostu swoje.

Rozmawiał Marcin Zawiśliński dla specjalnego wydania dwutygodnika Viva! Polish Cinema na 70. MFF w Cannes.

22.05.2017