Życie niespieszne Anny Milewskiej

„W tym łagodnym kanionie kobiecego głosu ze światłem ciemność walczy” – tak poeta Zbigniew Jerzyna pisał niegdyś o aktorstwie Anny Milewskiej obchodzącej 21 lutego 80 urodziny.

 

Blondynka o spokojnym głosie, kobieta krucha, pełna ciepła i nieśmiała, to wizerunek, na który zapracowałam sobie udziałem w wielu filmach i serialach. – wspomina dziś Jubilatka. – Widzowie taką mnie odbierali. Aby wyjść poza ten schemat, kilka razy zagrałam morderczynie. I to dla wielu była spora niespodzianka.

 

Aktorka od lat przyzwyczaiła widzów do postaci szlachetnie urodzonych. A w „Konopielce” objawiła się głównemu bohaterowi jako Matka Boska. Przez lata była niemal etatową panną z dworku. Ma w swym dorobku filmowym hrabiny, hrabianki, księżne. Od lat dla wielomilionowej publiczności jest Julią Złotopolską.

 

Zawsze mówię, że mama rodziła nas, trzy córki, w Warszawie, tylko dla porządku. – wspomina aktorka. – Niemal całe dzieciństwo spędziłam bowiem na wsi i było ono rzeczywiście „sielskie-anielskie”. Mówiąc prowincja, odczuwam bowiem klimat pewnego spokoju, życia „niespiesznego”, trochę naiwnego, a zarazem bardziej szlachetnego. Do tak rozumianej prowincji zawsze tęskniłam. Moja rodzina wywodzi się z Mazowsza, żadne tam „jaśniepaństwo”, raczej szlachta wyznająca tradycję patriotyczno-powstańczą. Ludzie, o których mówi się „sól ziemi”. Mój ojciec był wielkim demokratą i nigdy nie zwracał uwagi na apanaże, sygnety i herby. Rodzice ukończyli przedwojenną SGGW: mama – wydział ogrodniczy, tata – rolniczy.

 

Dzieciństwo Anny Milewskiej przypada na lata okupacji, a mimo to uważa je za spokojne, bo spędzone na wsi na Podlasiu, dokąd długo nie docierali Niemcy.

 

Mieszkaliśmy w białym dworku z kolumnami i była to taka enklawa poza rzeczywistością. Rzeczywistość nas dopadła dopiero w 1944 roku. Mój ojciec administrujący majątkami, kiedy usłyszał, że zbliża się front wschodni, szybko przeniósł się wraz z rodziną do Warszawy. Dzięki temu uniknęliśmy łagrów lub Kazachstanu. Trafiliśmy jednak na Powstanie Warszawskie i cały nasz dobytek poszedł z dymem. Potem wyciągnął nas z obozu w Pruszkowie i tak chcąc, nie chcąc Warszawa stała się naszym przeznaczeniem.

 

Zamieszkanie w Warszawie zniweczyło plany Anny Milewskiej, by, podobnie jak rodzice, osiąść na wsi i zająć się ogrodnictwem. – Zdecydowałam się wtedy na historię sztuki, bo uznałam, że zdobyta tam wiedza przyda się każdemu inteligentnemu człowiekowi. I że to świetny kierunek uzupełniający dla wszelkich studiów humanistycznych. Liczne moje podróże, prywatne czy teatralne potwierdziły, że miałam rację. Po studiach rozpoczęła pracę u prof. Stanisława Lorenza w warszawskim Muzeum Narodowym.

 

Mówiąc półżartem, praca przewodnika dała mi pewne przygotowanie do występów publicznych. Oprowadzając wycieczki musiałam skupić na sobie uwagę słuchaczy i zapanować nad nimi, co czasem było naprawdę dużym wyczynem. Ponieważ od dziecka dobrze znałam francuski, kiedy tylko pojawiła się w muzeum grupa cudzoziemców, w naszym biurze rozlegał się krzyk „Milewska na malarstwo” i wtedy zbiegałam na sale wystawowe.

 

Potem, za namową koleżanki zdawała do krakowskiej PWST. Po skończeniu szkoły teatralnej wraz z grupą absolwentów zaangażowana została do zespołu kielecko-radomskiego, kierowanego przez Halinę Gryglaszewską, jej opiekunkę roku. Jak przystało na istotę kruchą i delikatną pracę w teatrze rozpoczęła od roli Cherubina w „Weselu Figara”. Potem była scena objazdowa, czyli Teatr Ziemi Mazowieckiej.

 

Anna Milewska, czyli serialowa Julia ze „Złotopolskich”, od najmłodszych lat była wdzięcznym obiektem dla malarzy, rzeźbiarzy i poetów. Marian Promiński z myślą o niej napisał cykl nowel „Druga Modrzejewska i inne opowiadania”. Będąc muzą dla poetów, sama także zaczęła przed laty pisać wiersze. Reżyserzy, widząc w aktorce słowiański typ urody i takąż duszę, chętnie obsadzali ją w utworach Czechowa, Dostojewskiego, Puszkina. Niespodzianką były i są również role teatralne aktorki grane w warszawskim Teatrze Studio, z którym związana jest do dziś.

 

Role w teatrze dawały wiele satysfakcji zawodowej, choć popularność, bez wątpienia zawdzięcza filmom, takim jak „Żywot Mateusza”, „Konopielka”, „Rdza”, czy serialom „Rodzina Połanieckich”, „Lalka”, a ostatnio „Złotopolscy”. Jako aktorka nie czuje się więc niedowartościowana. Dzięki „Żywotowi Mateusza” w 1968 roku wyjechała na festiwal filmowy do Cannes.

 

Festiwal niezwykły. – wspomina – Zwłaszcza dla mieszkańców tej części Europy. A był rok 1968. Zaproszono nas z „Żywotem Mateusza”. Pamiętam zdziwienie hotelowego kelnera, bo wprawdzie jedliśmy normalnie to, co inni, lecz nigdy nie zamawialiśmy napojów. Po prostu, zorientowaliśmy się, że są płatne, a kelnerowi nie przyszło do głowy, że każdy z nas dostał dietę w wysokości… 5 dolarów.

 

Julia ze „Złotopolskich” bardzo lubi podróżować po świecie. I ta cecha jest szczególnie bliska aktorce. Zwiedziła Australię, Japonię, Izrael, Nepal, Tybet, Singapur, Afganistan. Jej mąż, słynny himalaista, Andrzej Zawada zabierał ją czasem na swe wyprawy.

 

Zdolność chodzenia po górach zawdzięczam temu, że mieszkałam na wsi i od dzieciństwa lubiłam chodzić po drzewach, jak wiewiórka. Do dziś w ogródku lubię wdrapywać się na drzewo, by zajrzeć do skrzynek dla ptaków. Kiedy Andrzej Zawada pojawił się w naszym klubie wysokogórskim, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Wszedł jakiś młody, przystojny, nieznany mi chłopak i popatrzyłam na niego z taką fascynacją jak… Tadeusz na Telimenę. On chyba też coś we mnie dostrzegł, bo pamiętam, że wyszliśmy z tego zebrania razem. Nasze narzeczeństwo, choć trwało 10 lat, było bardzo intensywne. Andrzej uczestniczył w wyprawie do Wietnamu, opłynął Afrykę, pół Azji, odbył wyprawę na Spitsbergen. Pobraliśmy się w 1963 roku i do końca jego dni miałam wrażenie, że ciągle fascynujemy się sobą.

 

Anna Milewska zawsze tęskniła do „życia niespiesznego” i nawet w Warszawie udało jej się z mężem stworzyć oazę spokoju. Mieszka w niewielkim domku z ogródkiem, każdego ranka budzi ją kos, a cały rok w pokoju z kaflowym piecem cykają świerszcze.

 

Jan Bończa-Szabłowski

20.02.2011